fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Witold Waszczykowski: Czy Europa odważy się na gambit wobec Turcji?

AFP
W ostatnim czasie Turcja stała się celem europejskiej krytyki. Od kilku dni oskarża się Ankarę o antyeuropejską grę uchodźcami/emigrantami. Potępia się aktywność Turcji w Syrii. Podejrzewa o knowania z Rosją. I oczywiście oskarża się władze w Ankarze o autorytaryzm, a prezydenta Erdogana nazywa się otwarcie sułtanem. Dowodzi się, że Turcja powraca do tradycji Imperium Osmańskiego i zmierza do uzyskania hegemonistyczne pozycji w regionie. To czarno-biały obraz.

Niestety sytuacja w regionie jest bardziej skomplikowana. Wydaje się, że w tej sytuacji Turcja powinna być traktowana jako geopolityczny atut dla Europy i dla NATO. Czy zatem Unia Europejska odejdzie od ideologicznego postrzegania Ankary, poświęci swoje ambicje przekształcania wszystkiego według lewicowo-liberalnej miary i dostrzeże w Turcji sojusznika w polityce stabilizowania naszych południowo-wschodnich granic? Czy Europę stać na szachowy gambit?

Trudne relacje

Od wielu lat relacje Unii Europejskiej z Turcją są delikatne, delikatnie mówiąc. Od lat nie ma postępu w negocjacjach akcesyjnych. Europa piętrzy problemy, a czasem nawet otwarcie wypowiada się, że Turcja nie kwalifikuje się do członkostwa w UE. Prawdą jest, że Turcja też nie ułatwia Europie tych negocjacji akcesyjnych. Przemiany tureckie były przedstawiane Europie jako budowa „islamskiej chadecji”. Marnie to wychodzi jak dotąd w oczach Europejczyków. Z europejskiej perspektywy, turecka polityka wygląda czasem jak dwa kroki naprzód, krok w tył i krok w bok.

Pretekstem przez lata do blokowania tureckiej akcesji były szeroko rozumiane kwestie praw człowieka w Turcji. Rzeczywiście, wiele rozwiązań społecznych i obyczajowych odbiega od europejskich standardów. Szczególnie od standardów lewicowo-liberalnych i laickich. W wielu krajach europejskich dominuje zatem niechęć do przyjęcia, do struktur europejskich, muzułmańskiego kraju, którego tylko ok. 3 proc. terytorium znajduje się na kontynencie europejskim.

Jednak poza islamem dominują realne i twarde kwestie polityczne i ekonomiczne. Wejście prawie 80-cio milionowej Turcji do Unii Europejskiej zmieniłoby układ sił w mechanizmach decyzyjnych. Ani Berlin, ani Paryż nie godzą się na ew podzielenie się swoimi prerogatywami politycznymi z Ankarą. Turcja jest też potężną gospodarką należącą do G-20. Jednak w kilku dziedzinach kwalifikowałaby się  jako petent do funduszy europejskich. Na pewno do dopłat rolnych i funduszy spójnościowych dla wschodnich prowincji. Nie ma w Europie klimatu na taki transfer. Stąd również z ekonomicznego punktu widzenia wykorzystuje się różne preteksty, aby zablokować tureckie członkostwo w Unii.

Trudna geopolityka

Niestety od lat Unia Europejska i również NATO, ignorowały interesy bezpieczeństwa Ankary. Należy przecież pamiętać, że Turcja leży w bardzo niebezpiecznym regionie. Od dziesięcioleci w jej sąsiedztwie toczy się konflikt izraelsko-palestyński i arabski. Dla Turcji, która przez kilkaset lat dominowała w regionie jest to delikatna sytuacja. Nie ma w Turcji sympatii pro-arabskich, pro-palestyńskich. Jednoczy jednak islam i chęć zaistnienia w tym świecie. Z drugiej strony pamięta się w Ankarze, że po kryzysie cypryjskim z lat 70-tych to Izrael wyciągnął rękę do izolowanej Turcji. Ankara stara się zatem utrzymywać w tej kwestii równowagę.

Turcja ma od lat skomplikowane relacje z Iranem. Przez dekady Islamska Republika próbowała rywalizować ze świecką Turcją. W ostatnich latach doszedł jeszcze problem programu nuklearnego Iranu i hegemonistycznych ambicji Teheranu. Iran wzmacnia swoje wpływy w tureckim otoczeniu, w Syrii i Libanie. W Syrii, Iran otwarcie wspiera Asada, a w Libanie Hezbollah, który to wspomaga syryjskiego władcę. Iran, Syrię (Allawitów) i Hezbollah łączy religia i postawa antyizraelska. Dla tej konfiguracji, nadal relatywnie świecka Turcja jest rywalem ideologicznym i geopolitycznym w regionie.

Od 2011 roku toczy się wewnętrzny konflikt w Syrii, który bezpośrednio dotyka Turcję. Konflikt syryjski generuje miliony uchodźców. Cztery miliony znalazło schronienie w Turcji, obciążając budżet państwa daleko ponad europejskie donacje. Konflikt syryjski ma też wspomniany, regionalny, geopolityczny aspekt z Iranem i Hezbollahem w tle. Od kilku też lat z udziałem Rosji.

Konflikt syryjski został wykorzystany przez państwo islamskie ISIS/Daesh. Fundamentaliści muzułmańscy urządzili sobie na terenach Syrii, opuszczonych przez władze centralne, niepodległą enklawę o charakterze quasi-państwa. Z terenów syryjskich zaatakowali północno-zachodni Irak. Przez kilka lat ISIS panowało w pobliżu Turcji nad rozległym terytorium i wielomilionową populacją. ISIS dysponowało więc znaczącym potencjałem gospodarczym, generowało dochody z podatków i sprzedaży ropy. Posiadało ciężki sprzęt wojskowy zdobyty w Iraku. Obawiano się, że w laboratoriach rafinerii irackich zdołają wyprodukować chemiczną broń masowej zagłady. Wszystko to działo się w pobliżu Turcji, której terytorium było wykorzystywane do nielegalnego tranzytu ludzi i wszelkich środków dla ISIS.

Na bezpieczeństwo Turcji w istotny sposób rzutuje kwestia kurdyjska. Krajanie Sala-dyna żyją dziś w Turcji, Iranie, Iraku i Syrii. W trzech pierwszych wspomnianych krajach ich status jest mniej więcej uregulowany i Kurdowie nie kwestionują go. W rozbitej przez wojnę domową Syrii powstały de facto niezależne enklawy kurdyjskie. Syryjscy Kurdowie odegrali ważną rolę w walkach przeciw ISIS. Uzyskali dla tej walki wojskowe i materiałowe wsparcie ze strony USA. Niepodległe, uzbrojone i rewolucyjnie nastawione enklawy kurdyjskie mogą stać się, w ocenie Ankary, zarzewiem ruchu niepodległościowego, promieniującego na cały region.

Z tą skomplikowaną sytuacją regionalną zderzyła się amerykańska administracja. Ale nie administracja Trumpa, jeszcze administracja Baraka Obamy, laureata pokojowej nagrody Nobla. Pamięta to jeszcze ktoś? Administracja Obamy nie przyczyniła się do rozwiązania żadnego z problemów tamtego regionu. Obama kreślił nieprzekraczalne linie i nie reagował kiedy były przekraczane przez bomby z bronią chemiczną. Dopiero w ostatnich miesiącach prezydentury administracja Obamy przystąpiła do asertywnej polityki na kilku frontach. W naszym regionie zdecydowała o zakończeniu polityki resetu z Rosją. Na Bliskim Wschodzie do walki z państwem islamskim. Pod koniec 2017 roku zdobyto Ar-Rakkę, stolicę ISIS.

Bliskowschodni galimatias, zmniejszające się zaangażowanie USA i zupełna nieobecność Europejczyków zostało wykorzystane przez Rosję. Po atakach na Gruzję w 2008 i Ukrainę w 2014, Rosja stała się de facto hegemonem Morza Czarnego. Następnie ustanowiła mocną obecność wojskową w Syrii. Oznacza to, że ze wschodu jak i zachodu panuje nad cieśninami tureckimi. Przed kilku laty Rosja dodatkowo jeszcze dokonała ostrzału rakietowego syryjskich rebeliantów z okrętów z Morza Kaspijskiego!!! To był pokaz siły wobec Izraela, Turcji i wojsk amerykańskich w regionie.

Na tę sytuację nakłada się prawie brak aktywności Unii Europejskiej. I tyle. Bo nic nie wynika z ostatniej wizyty szefa unijnej dyplomacji w Ankarze. Problemy z Ankarą nie ograniczają się do kwestii wysyłania przez Turcję uchodźców na granice europejskie.

Trudne dylematy

Możemy zatem dywagować na temat ostatnich wydarzeń na pograniczu turecko-syryjskim. Kto zaczął i co chce osiągnąć. Odpowiedz jest prosta. Wobec braku międzynarodowego wsparcia Turcja stara się samodzielnie zabezpieczyć swoje interesy. Można dywagować czy robi to rozsądnie, zgodnie z prawem międzynarodowym, zgodnie z prawami humanitarnymi. Ale czy Turcja ma alternatywne rozwiązania? Czy ktoś przychodzi z pomocą? Czy nadal utrzymujemy Turcję na ścieżce do Unii Europejskiej?

Działania Turcji można postrzegać jako wrogie akty wobec Europy. To jednak sygnał o pomoc. Zapewne niezręczny. Wymaga rozmów i wyjaśnień. Turcja gra z Rosją? Potępimy Ankarę za to czy przedstawimy alternatywę powrotu do ścisłej współpracy z Europą?

Kilka lat temu jako Minister Spraw Zagranicznych stworzyłem mechanizm współpracy trzech największych państw wschodniej flanki NATO: Polski, Rumunii, Turcji. Od roku nie jest wykorzystany. A jak nie my to kto, przypomni Europie o znaczeniu Turcji dla europejskiego bezpieczeństwa? W wyniku naszych działań zabezpieczyliśmy północno-wschodnia flankę NATO. Możemy pomóc Turcji zabezpieczyć południowo-wschodnią. Polsce to też się opłaci. Tak jak w szachach może trzeba poświecić jakiegoś pionka, aby wygrać całą partię. Polska musi grać o wygranie partii.

Autor jest europosłem PiS, b. szefem MSZ

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA