fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Czy Andrzej Duda rzuci rękawicę wielkim graczom

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Jeśli Andrzej Duda poważnie myśli o reelekcji, to dziś powinien budować własną partię.

Uwaga komentatorów politycznych od pewnego czasu koncentruje się na pytaniu, czy Andrzej Duda zdecyduje się na zbudowanie własnej formacji politycznej. W moim przekonaniu właściwe pytanie powinno brzmieć nie, czy tak zrobi, ale kiedy. Jeśli bowiem chce poważnie myśleć o reelekcji, to musi mieć w 2020 roku swoją partię. Inaczej, bez względu na to, jak będzie wówczas popularny, polegnie w wyścigu o prezydenturę.

Dlaczego PiS nie poprze prezydenta?

Jedno wydaje się pewne: Jarosław Kaczyński nie poprze kandydatury Andrzeja Dudy na prezydenta w 2020 roku. W oczach prezesa PiS obecna głowa państwa okazała się nie tylko nielojalna, ale nawet zdradziecka. Jeśli na tego typu nielojalność pozwala sobie w pierwszej kadencji, to na jeszcze więcej stać go będzie po reelekcji. Wówczas to właśnie wokół czterdziestokilkuletniego Dudy, a nie siedemdziesięciokilkuletniego Kaczyńskiego konstytuować by się mogła polska prawica. To samodzielny już wtedy prezydent byłby najważniejszym ośrodkiem mocy politycznej w kraju, a nie starzejący się prezes PiS.

Dlatego jest jasne, że Kaczyński będzie wolał przegrać dla PiS elekcję prezydencką, niż pozwolić w niej wygrać Dudzie. Uraz psychiczny, przekonanie o zdradzie obecnego lokatora Belwederu, ale także kalkulacja polityczna nie pozwolą Kaczyńskiemu udzielić poparcia Dudzie. Szybciej zaakceptuje przegraną Szydło, Morawieckiego, Czarneckiego czy Suskiego jako kandydata PiS, niż zgodzi się na udział w zwycięstwie obecnego prezydenta, które to zwycięstwo... zmarginalizowałoby jego pozycję, a uczyniło najważniejszym graczem w Polsce (a już na pewno po prawej stronie sceny politycznej) Dudę.

Najważniejsze jest zaplecze

Obaj o tym wiedzą: i prezes PiS, i obecny prezydent. Jedynym wyjściem dla Dudy jest stworzenie własnej partii, bowiem bez jej pomocy nie ma szans na zwycięstwo w 2020 roku. Choćby nie wiadomo jak był popularny i lubiany, to jako kandydat niezależny nie ma szans w starciu z kandydatami partyjnymi. To już wiemy z doświadczenia poprzednich kampanii: gdy dochodzi do ostatecznego rozstrzygnięcia, wyborcy poszczególnych ugrupowań głosują na kandydatów wysuniętych właśnie przez nie, a nie polityków tyleż sympatycznych i lubianych, co niemających trwałego i twardego poparcia politycznych formacji.

Jeśli w 2020 roku „niezależny" Duda stanąłby naprzeciw kandydatów popieranych przez Kaczyńskiego i Schetynę (oraz ich partie), to przegra w oboma kandydatami. Miałby z nimi szanse dopiero w drugiej turze, jako mniejsze zło, wspierane przez wszystkich, poza elektoratem tego partyjnego kandydata, który wszedłby do drugiej tury. Ale właśnie dostanie się do niej stanowi dla Dudy największy problem.

Bo by wejść do drugiej tury, trzeba mieć nie tylko popularność i sympatię, której na pewno nie zabraknie Dudzie, ale także struktury, sztab ludzi organizujących kampanię, a nade wszystko pieniądze. Oraz przyzwyczajenie wyborców. A tego wszystkiego może obecnemu prezydentowi zabraknąć. Może ponieść upokarzającą porażkę nie tylko na przykład z Borysem Budką czy Rafałem Trzaskowskim z PO, ale z Beatą Szydło czy nawet z... Markiem Suskim, gdyby kaprys Kaczyńskiego uczynił ich kandydatami PiS. Bo za nominatami partyjnymi stoją struktury owych partii, budżetowe miliony złotych oraz przyzwyczajenie szerokich rzesz wyborców do stania wiernie przy partii, bez względu na to, co ona robi i kto ją reprezentuje. Wejście do drugiej tury jest zatem prawdziwym problemem Dudy.

Głowa państwa w koalicji rządowej

Rozwiązaniem jest założenie jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2019 roku własnej formacji politycznej i patronowanie jej w kampanii do Sejmu i Senatu. Takie ugrupowanie nie mogłoby liczyć na więcej niż 10–15 proc. To oczywiste. Bo ze strony PiS nastąpiłby furiacki atak na Dudę jako zdrajcę i zaprzańca. Kaczyński, jego pomagierzy polityczni i medialni nie oszczędzaliby ani samego prezydenta, ani jego rodziny. Ale pomysł Partii Prezydenckiej (PP) jest realny. Co więcej, to ona decydowałaby w istocie o tym, kto będzie rządził po 2019 roku – albo zwycięskie PiS, albo zwycięska PO. Bo PP mogłaby się otworzyć na koalicję albo z jedną, albo z drugą formacją. Oczywiście, ze względów psychologicznych ta pierwsza opcja byłaby cięższa, ale przecież nie niemożliwa.

Przy tak ukształtowanej większości sejmowej szanse Dudy na reelekcję gwałtownie by rosły, bo częścią umowy koalicyjnej byłoby poparcie przez partie tworzące rząd właśnie jego na prezydenta. Byłby on zatem wspólnym kandydatem większości sejmowej w elekcji prezydenckiej. Kalendarz wyborczy zacząłby wówczas sprzyjać jego reelekcji. Bo jeśli rząd zostałby de facto ukonstytuowany w listopadzie 2019 roku, to przez następne pół roku do elekcji prezydenckiej mógłby on, wespół z lokatorem Belwederu, urządzić festiwal dobroczynności dla Polek i Polaków. Przez te sześć miesięcy, który zbywałyby do wyborów prezydenckich, nowy rząd, z PP w składzie, we współpracy z Dudą, mógłby uszczęśliwiać co chwila poszczególne grupy wyborców. Dodatkowym elementem wzmacniającym szanse reelekcji obecnego prezydenta byłoby i to, że zasadnym wydawałby się argument, że tylko trwanie kooperacyjnego układu nowy rząd – stary prezydent gwarantowałoby utrzymanie tego, co przez owe pół roku nowy gabinet zrobiłby lub obiecał. Propaganda strasząca zatem zmianą w Belwederze mogłaby skutecznie utrzymywać poparcie dla Dudy i euforię związaną z nowym rządem i jego pierwszymi, populistycznymi, posunięciami. Agenda polityczna w czasie kampanii prezydenckiej byłaby w całości praktycznie wyznaczana przez nowy rząd i obecnego prezydenta, co znacząco zwiększałoby szanse Dudy na reelekcję.

Scenariusz niewiadomych

To plan ryzykowny (ile naprawdę uzyska PP; czy układ wasz premier – nasz prezydent, zawarty przez PP z PO lub z PiS, okaże się trwały; kto byłby premierem nowego rządu i czy chciałby być lojalny wobec Dudy), ale scenariusze alternatywne wyglądają jeszcze gorzej dla obecnego lokatora Belwederu. O jednym z nim już wspomnieliśmy, czyli o liczeniu na to, że jeśli Duda poprzez PiS w 2019 roku, to PiS poprze Dudę w 2020. To stać się nie może. Inny scenariusz zakłada, że obecny prezydent nie buduje swojej formacji, nie jest wskazany przez PiS, ale startuje w 2020 roku jako kandydat niezależny, wspierany przez jakąś bliżej nieokreśloną „koalicję republikańską", złożoną z Kukiz'15, PSL, narodowców, secesjonistów z PiS i PO. Dzięki jej pomocy Duda stara się wejść do drugiej tury, a w niej powalczyć z kandydatem PO lub PiS.

Ale w tym przypadku obecny prezydent jest zakładnikiem tego, co akurat będzie miał w głowie Paweł Kukiz (potężne ryzyko), jakie będą interesy PSL (bardziej przewidywalne, ale jednak niepewne), jak skuteczne będą secesje z PO i z PiS (uzależnienie swojego losy od kolejnej wolty Gowina jest mało rozsądne). W tym scenariuszu jest wiele zmiennych i niewiadomych, a Duda skazuje się na rolę petenta wobec innych graczy.

Dlatego właśnie założenie PP jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2019 roku, współtworzenie potem rządu oraz start jako kandydat większości sejmowej wydaje się najlepszym rozwiązaniem dla Dudy, jeśli poważnie myśli on o reelekcji. Lepsze to niż czekanie na łaskę Kaczyńskiego, kaprys Kukiza czy kolejną ekwilibrystykę partyjną Gowina. Czy jednak obecny prezydent zdecyduje się na taki krok? Tego nie wiadomo, bo to byłoby rzucenie rękawicy wszystkim wielkim graczom w polskiej polityce. A pytanie, czy psychologicznie i politycznie Andrzej Duda jest na to przygotowany, pozostaje wciąż otwarte.

Autor jest politologiem z Uniwersytetu Śląskiego, byłym eurodeputowanym PiS i PJN

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA