fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rosja

Spotkanie Putin-Łukaszenko. Morze, jacht i dwóch dyktatorów

Władimir Putin, Aleksander Łukaszenko
Władimir Putin spędził z Aleksandrem Łukaszenką dwa dni. Kreml sygnalizuje światu, że Rosja będzie broniła białoruskiego sojusznika
AFP
W czasie, gdy świat odwraca się od Łukaszenki, Putin spędza z nim weekend i zasila go setkami milionów dolarów.

Spotkanie Aleksandra Łukaszenki z Władimirem Putinem trwało w piątek ponad pięć godzin i zakończyło się późnym wieczorem. Podczas krótkich wypowiedzi dla mediów białoruski dyktator nie szczędził epitetów pod adresem zachodnich polityków i pokazał grubą teczkę. Zapewniał, że ma w niej dowody na to, że to on miał rację, uziemiając 23 maja samolot pasażerski lecący z Aten do Wilna. Zawartości przed kamerami nie ujawnił, a o aresztowanym opozycyjnym dziennikarzu Ramanie Pratasiewiczu nie wspomniał w ogóle. Putin zapomniał też o tym, że aresztowana przyjaciółka Pratasiewicza Sofia Sapieha jest obywatelką Rosji. Gospodarz Kremla mówił natomiast o postępach w „budowaniu Państwa Związkowego Białorusi i Rosji".

– Przez godzinę Łukaszenko narzekał, przez kolejne cztery rozmawiali o integracji państw – mówi „Rzeczpospolitej" Aleksiej Muchin, szef prorządowego moskiewskiego Centrum Informacji Politycznej.

– Nam wszystko odpowiada, wszystko idzie w słusznym kierunku – twierdzi.

Poparcie na wagę złota

Nieoficjalna część spotkania z Władimirem Putinem rozpoczęła się w sobotę. Jacht na Morzu Czarnym, wino, wspólna kolacja z udziałem 16-letniego Mikołaja Łukaszenki. Ciepłe powitanie i ciepłe pożegnanie przez przywódcę Rosji odpływającej łodzi białoruskiego dyktatora trafiło do mediów.

Nie wrócił na Białoruś z pustymi rękami. Tego samego dnia rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył, że Rosja przekaże władzom w Mińsku 500 mln dolarów – to druga transza przyznanego w grudniu kredytu (1 mld dolarów), dzięki któremu Białoruś będzie mogła rozliczyć się z wcześniejszych długów, m.in. z Rosją. Putin z Łukaszenką uzgodnili też, że białoruskie linie lotnicze Belavia, dla których zamkniętoniebo UE, zamiast do Paryża, Warszawy czy Berlina będą latały np. do Nowosybirska, Ufy czy Rostowa. Media spekulowały, że polecą też na Krym, ale prezes Belavii sprostował, że najpierw Mińsk musiałby uznać Krym za część Rosji.

Jednocześnie pełną parą postępuje głębsza integracja w ramach Państwa Związkowego Białorusi i Rosji. Rosyjska agencja TASS informuje, że większość tak zwanych map drogowych dotyczących różnych dziedzin jest już uzgodniona, a ambasador Białorusi w Moskwie zapowiedział nawet, że do podpisania końcowego dokumentu dojdzie w pierwszej połowie tego roku. Dotychczas ani białoruskiej, ani rosyjskiej opinii publicznej nie są znane szczegóły rozmów trwających od kilku lat za zamkniętymi drzwiami. W porozumieniu z 1999 roku mowa jest o dążeniu do wspólnej waluty, wspólnych organów władzy, a nawet symboli państwowych.

– Putin pewnie chciałby dystansować się od niego, ale nie może, bo nie chce stracić Białorusi. Czeka, aż rządy Łukaszenki poważnie się zachwieją, i wtedy Białoruś wpadnie w ręce Rosji – mówi „Rzeczpospolitej" Gleb Pawłowski, były doradca Kremla. – To poważna gra i Łukaszenko zdaje sobie sprawę z sytuacji, w której się znajduje. Próbuje więc zrobić wszystko, by Putin stał się zakładnikiem jego polityki, by maksymalnie się z nim związał. Potrzebuje rosyjskich pieniędzy i poparcia politycznego, by zachować władzę – dodaje.

Nadchodzą sankcje

Tymczasem premier Holandii Mark Rutte podczas spotkania z liderką białoruskiej opozycji demokratycznej Swiatłaną Cichanouską zdradził w piątek, że kolejne sankcje UE wobec reżimu Łukaszenki mają zostać wprowadzone do 21 czerwca. Z kolei szef niemieckiego MSZ Heiko Maas po ostatnim spotkaniu unijnych szefów dyplomacji w Lizbonie sugerował, że jeżeli Łukaszenko nie uwolni ponad 400 więźniów politycznych, w grę wejdą już nie tylko sankcje dotyczące białoruskich urzędników, lecz także uderzające w gospodarkę.

– Chodzi o sankcje wobec przedsiębiorstw państwowych związanych z przemysłem naftowym, metalowym, drzewnym i chemicznym. Na Unię Europejską, Wielką Brytanię i Ukrainę przypada prawie 37 proc. białoruskiego eksportu, dlatego obecnie trwa koordynacja działań pomiędzy krajami. Chcemy, by reżim Aleksandra Łukaszenki został wreszcie ukarany za ten koszmar, który przeżywają Białorusini – mówi „Rzeczpospolitej" Franak Wiaczorka, doradca Cichanouskiej ds. międzynarodowych. – Terror i represje zmuszają Białorusinów do obrony. Czekają na odpowiedni moment i gdy on nadejdzie, tysiące ludzi wyjdą na ulice białoruskich miast. Reżim dokręca śrubę, ale jego dni są policzone. Statek Łukaszenki tonie i już niebawem współpracownicy zaczną z niego uciekać – dodaje. By wesprzeć swoich rodaków, Cichanouska zorganizowała w sobotę Międzynarodowy Dzień Solidarności z Białorusią. Odbył się na Litwie, w Polsce, Australii, Wielkiej Brytanii, USA, Japonii, Nowej Zelandii, Południowej Korei i w ponad 20 innych krajach.

Od kilku dni pod budynkiem Komisji Europejskiej w Warszawie głoduje pięciu Białorusinów. Wśród nich Stasia Glinnik, wnuczka pierwszego przywódcy niepodległej Białorusi Stanisława Szuszkiewicza. Domaga się m.in. sankcji gospodarczych wobec reżimu Łukaszenki. Amerykańskie obostrzenia wchodzą w życie już 3 czerwca, dotkną czołowe przedsiębiorstwa z branży naftowej.

Wenezuela czy Kuba?

Związane z Kremlem media spekulują, że zachodnie sankcje wobec białoruskich przedsiębiorstw mogą przyśpieszyć ich połączenie z rosyjskimi gigantami. Chodzi m.in. o Biełaruśkalij (producent nawozów), którego produkcja zapewnia 25 proc. zapotrzebowania europejskiego rynku. Od lat pomiędzy Mińskiem a Moskwą toczyły się nieoficjalne rozmowy o sprzedaży przedsiębiorstwa, ale Łukaszenko pragnął zachować kontrolę nad gospodarką.

– Istnieje ogromne ryzyko, że teraz rosyjscy oligarchowie przejmą białoruskie przedsiębiorstwa za grosze – mówi „Rzeczpospolitej" Jarosław Romanczuk, znany ekonomista i rywal Łukaszenki w wyborach 2010 roku. – Gdyby Zachód rzeczywiście wprowadził sankcje wobec białoruskiego przemysłu naftowego i potasowego, mielibyśmy do czynienia z ciosem w gospodarkę porównywalnym z upadkiem Związku Radzieckiego. Czekałyby nas niewypłacalność, brak dewiz i deficyt towarów. To może oznaczać upadek Łukaszenki, ale nie musi. Może nas też czekać los Korei Północnej, Wenezueli albo Kuby – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA