Przemysł spożywczy

#RZECZoBIZNESIE: Barbara Woźniak: Za granicą utrudnia się nam życie

Rzeczpospolita
Polska nie jest dużym konsumentem jaj. Zdecydowanie większą konsumpcję możemy odnotować w innych krajach. W Polsce konsumujemy średnio 160 jaj na osobę rocznie, w Niemczech jest to 235, zaś w Meksyku 370 – mówi Barbara Woźniak, członek zarządu Ferm Woźniak, największego producenta jaj w Polsce, gość programu Pawła Rożyńskiego.

Co było pierwsze, jajko czy kura?

Kurnik. Później kura i jajko.

Jesteście największym producentem jaj w Polsce. W Europie też macie wysoką pozycję?

Jesteśmy w pierwszej trójce producentów.

W ubiegłym roku jaja w sklepach mocno drożały. Skorzystaliście na tej świetnej koniunkturze?

Oczywiście, że tak. Za każdym razem, gdy występują tego typu sytuacje niezależne od nas, następuje dynamiczny wzrost cen. U nas nie ma czegoś takiego jak elastyczność podaży z popytem, możemy jedynie wybierać kanały dystrybucji. Nie jesteśmy w stanie z dnia na dzień zwiększyć produkcji i dostosować jej do potrzeb rynku – kury znoszą jaja zawsze tak samo niezależnie od tendencji gospodarczych. Średnio jedno jajo dziennie.

Polscy producenci żalą się, że to wielcy odbiorcy jak hurtownie i hipermarkety decydują o cenach.

To jest duży problem, ale mamy bardzo zdywersyfikowane rynki i odbiorców. Głównie sprzedajemy na rynki zewnętrzne. 33 proc. produkcji zostaje w Polsce, reszta to eksport. Jeżeli inni producenci opierają się tylko na współpracy z dużymi sieciami, niestety, opłacalność i marże mogą być bardzo niskie.

Ceny jaj dalej będą szły w górę?

Rynek już się uspokoił i ustabilizował. Jeżeli nie wynikną nieprzewidziane zdarzenia, to ceny pozostaną na obecnym poziomie. Teraz tylko delikatnie wzrastają, bo zbliżają się święta Wielkiej Nocy.

Oprócz Wielkanocy, kiedy jeszcze szybko rośnie sprzedaż?

Największa tendencja wzrostowa jest w okresie października, listopada i połowy grudnia. Wysoką sprzedaż notujemy zawsze przed świętami Bożego Narodzenia. Wielkanoc to „jajeczne" święta, ale są krótsze – konsumpcja jest więc niższa. Spadki popytu obserwujemy w okresie letnim. Zamknięte są szkoły, przedszkola, inaczej jemy. Zawsze przygotowujemy się na spadek cen w okresie letnim, ale są też inne wskaźniki wpływające na sprzedaż, np. nieprzewidziane problemy jak ptasia grypa. Niestety nie możemy sobie samodzielnie wybrać marży, a wstrzymanie produkcji nie odbywa się jak w fabryce. Jajo musimy sprzedać, gdy jest świeże, nie możemy go zmagazynować. Sezonowo „dokładamy do interesu", ale też analizujemy takie parametry z perspektywy rocznej.

Gdzie macie swoje fermy?

Mamy 20 oddziałów. Największe fermy zlokalizowane są w woj. wielkopolskim. Mamy też fermy w woj. dolnośląskim, łódzkim czy lubuskim.

Ile jaj rocznie produkujecie?

Mogę tylko powiedzieć, że jesteśmy w stanie zaopatrzyć wszystkie sieci w Polsce, wszystkie sklepy jednocześnie. Polski rynek jest za mały na nasze możliwości. 70 proc. naszych jaj trafia na eksport. Jaja używane są też do produkcji makaronów czy ciast. Polska nie jest dużym konsumentem jaj. Zdecydowanie większą konsumpcję możemy odnotować w innych krajach.

Jak bardzo różnimy się w spożyciu jaj z innymi krajami?

W Polsce konsumujemy średnio 160 jaj na osobę rocznie, w Niemczech jest to 235, we Włoszech 215, Japonii 330, a w Meksyku aż 370.

Widać rosnące zapotrzebowanie na jaja z wolnego wybiegu?

Jest to zauważalny trend, bo coraz bardziej świadomie wybieramy produkty. Widać to w obszarze jaj konsumpcyjnych. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli przejść na jaja z wolnego wybiegu w przetwórstwie. Jesteśmy również producentem płynnych jaj, które dostarczamy na całą Europę. Aby wyprodukować 1 cysternę żółtka, potrzebowalibyśmy 1,5 mln jaj. Tyle jaj z wolnego wybiegu nie kupię, nie ma takiej możliwości.

Wasze kury są szczęśliwe?

Osiągamy 98 proc. nieśności. Aby osiągnąć taki efekt, kury muszą być zadbane, zdrowe.

Co jest najtrudniejsze w tej branży?

Nieprzewidywalność. Najtrudniejsze jest to, że nie wiemy, co się wydarzy. Są to kwestie związane z różnymi epidemiami czy kwestie mikrobiologiczne.

Jak rozwiązujecie kwestie logistyczne?

Posiadamy własną flotę ponad 200 aut. Korzystamy również z transportu zewnętrznego. Są to specjalistyczne chłodnie, bo jaja muszą być przewożone w temperaturze do 8 st. Celsjusza.

Jaja to nie jedyny wasz biznes. Macie też produkcję pasz, skup zbóż, wynajmujecie kombajny, usługi transportowe. To rodzaj dywersyfikacji?

Nie, to zintegrowany ciąg produkcyjny. Wszystko jest powiązane, bo w produkcji jaj głównym kosztem są pasze. Posiadamy własną mieszalnię pasz, co pozwala nam być bardziej konkurencyjnym cenowo.

Jak wyglądają wyniki finansowe?

Wszystko zależy od tego, co w danym roku się wydarzy. Dokładnych danych za 2017 r. jeszcze nie podajemy. Przychód netto za 2016 r. w porównaniu do 2015 r. to wzrost o ponad 50 proc. Wynik firmy utrzymuje się cały czas na plusie i wzrost odnotowujemy rok do roku.

Kiedy zaczął się ten biznes?

Firma swoje początki datuje na lata 80. Właściciel zaczął od jednego kurnika w Żylicach. Na początku firma rozwijała się organicznie, później dzięki kredytom.

Zamierzacie wejść na giełdę?

Nie. Jesteśmy polskim kapitałem, jest to firma rodzinna, i taką chcielibyśmy pozostać. Na ten moment nie ma planów wejścia na giełdę.

Prowadzicie ekspansje zagraniczną. Jakie są największe przeszkody?

Sprzedaż za granicą jest uzależniona od różnego rodzaju zakazów. W zeszłym roku byłam na targach w Seulu, bo chcieliśmy tam wejść z nowym produktem. Okazało się jednak, że nie możemy go dostarczać. Dlaczego? Często przeszkodę stanowią kwestie polityczne. Zawsze tego typu zakazy są pod szyldem typu „zagrożenie salmonellą czy ptasią grypą". Byliśmy dużym dostawcą jaj do Dubaju. Od 2016 r. nie możemy dostarczać tam jaj, ponieważ występuje rzekome zagrożenie salmonellą. Dużymi dostawcami jaj na tamten rynek są obecnie Ukraina i Białoruś, z którymi nie jesteśmy w stanie konkurować cenowo, choć Polska ma jeden z najniższych wskaźników kosztów produkcji w Europie. Klienci jednak chcieliby wrócić do polskich jaj, bo mamy zdecydowanie lepszą jakość.

Nie boi się pani, że na polskim rynku zagrożeniem mogą być tanie ukraińskie jaja?

Jest to wyzwanie. Niestety w przypadku jaj ciężko jest konkurować czymś innym niż ceną. Stawiamy na budowę marki własnej – chcemy zbudować zaufanie konsumenta do konkretnej jakości.

W 2016 roku staliście się największym europejskim producentem jaj konsumpcyjnych. I wówczas wasze jaja zostały zgłoszone przez Holendrów do europejskiego systemu bezpieczeństwa żywnościowego RASFF w związku z pojawieniem się salmonelli. Była salmonella, czy ktoś poczuł się zagrożony waszą ekspansją?

Sami do końca nie wiemy. Pojawiły się tam doniesienia o rzekomym zatruciu się polskimi jajami, konkretnie z naszych ferm. To się nie potwierdziło, na żadnym etapie nie stwierdzono salmonelli. Ani w jaju, ani na jaju. Natomiast cała lawina kłopotów, które po tym powstała była trudna do opanowania. Wiązało się to z wypowiadaniem umów przez kontrahentów, np. w Czechach.

Czyli był to typowy czarny PR i próba zdyskredytowania żywności?

Tak, tylko, że jeśli pojawia się taki alarm w systemie RASFF, rozpoczyna się machina kontroli. Prewencyjnie wycofaliśmy z obrotu jaja z konkretnym numerem partii.

Straty były duże?

Oczywiście. Są to utracone kontrakty, bo byliśmy zablokowani. Mówimy tutaj o dziesiątkach milionów złotych.

Sposobem na podniesienie rentowności dalszego rozwijania się w Polsce i za granicą jest tworzenie własnych marek.

W Polsce ciężko jest dostać się do największych sieci pod własną marką. Miliony Polaków konsumują nasze jaja nie wiedząc, że są to jaja polskiego producenta. Pod koniec zeszłego roku zdecydowaliśmy o wprowadzeniu naszej marki, która nazywa się Zdrovo. Nie jest to standardem w naszej branży. Jaja pojawiły się już w jednej z sieci handlowych. Trudno jest jednak przekonać sieci, aby umożliwiły wejście na półki sklepowe ze swoją marką. My lubimy jednak wyzwania i mamy odpowiednie zaplecze, by być partnerem dla największych graczy.

Za granicą też pojawi się ta marka?

Jaja sprzedawane do konsumpcji są pakowane pod markami zagranicznych dystrybutorów, więc nie ma takiej możliwości. Wynika to głównie z uwarunkowań rynku – na Zachodzie obserwujemy trend silnego wspierania rodzimych producentów. Produkty wytworzone lokalnie często są droższe niż te importowane. To kwestia zaufania konsumentów do własnych producentów.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL