fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prezydent USA

Trump zerwał z istotą amerykańskiej polityki?

Fotorzepa/Robert Gardziński
Prof. Paweł Kowal, poseł Koalicji Obywatelskiej, były wiceminister spraw zagranicznych, o tym, co kształtuje obecne Stany Zjednoczone.

Co ma większy wpływ na dzisiejszą Amerykę? Donald Trump czy kryzys spowodowany koronawirusem?

Najważniejsze jest, że Trump uruchomił nierówności społeczne. W Ameryce lubi to wybuchnąć co kilkadziesiąt lat. Boję się, że Trump przez swój język, agresywny styl bycia, zmianę reguł gry na scenie politycznej i społecznej, uruchomił wszystko to, co w Ameryce przez lata starano się chować i regulować.

Jak bardzo Donald Trump zmienił Stany Zjednoczone?

Zmienił pod każdym względem. Wprowadził do polityki swoich bliskich, element kumoterstwa i nepotyzmu na najwyższe szczeble. Wprowadził język agresji w relacjach z dziennikarzami. Wprowadził ostry styl dyskutowania z przeciwnikami politycznymi.

Zrobił też coś, co zjednało mu pewne grupy społeczne. Skierował się do grup najbardziej przedsiębiorczych, niekoniecznie najbogatszych, ale też. Oni popierają Trumpa. Przez swoją politykę konfliktu i różnicowania społeczeństwa może zyskiwać. Dużo badań pokazuje, że na takich rzeczach w Ameryce można zyskiwać. Szczególnie jeśli protesty, które trwają, nabrałyby brutalnego wymiaru. Im bardziej pokojowe są protesty, tym bardziej sprzyjają demokratom. Im bardziej uruchamiają negatywne emocje, paradoksalnie tym bardziej będą sprzyjały republikanom i Trumpowi w kampanii wyborczej.

Jakie są cechy jego polityki z perspektywy lotu ptaka?

To nowa interpretacja polityki izolacjonizmu. Trump jest w pewnym sensie nowoczesnym prezydentem, np. ze względu na używanie mediów społecznościowych, ale zerwał ze wszystkim, co było istotą polityki amerykańskiej po II wojnie światowej. Dla nas było oczywiste, że Ameryka interesuje się światem, zwraca uwagę na interesy i trochę na wartości. Polityka amerykańska to był taki miks interesów amerykańskich, ale też przekonania, że prawa człowieka mają znaczenie. Trump zupełnie to wyeliminował. Jednak nie zdominował administracji. Okazało się, że to głębokie państwo spokojnie sobie poradziło z kadencją Trumpa. W Departamencie Stanu jest wielu ludzi ze starej ekipy. Mimo że Trump wymieniał jak karty w talii najważniejszych doradców, nie był w stanie wymienić urzędniczego korpusu. Dlatego czasami nam się wydaję, że Sekretariat Stanu mówi co innego niż prezydent. W Ameryce tak jest, a nie rozumieją tego polscy komentatorzy ani politycy. W Ameryce prezydent nie jest królem. Żeby zrozumieć amerykańską politykę, trzeba odrobić tę podstawową lekcję. Większość decyzji zapada w administracji albo w Kongresie.

Nie dziwi pana konfrontacyjność Trumpa jako jeden z głównych mechanizmów zderzania się z rzeczywistością?

Na pewno jest to zaskakujące, bo to jest ruletka. Trudno powiedzieć, czy na końcu przysłuży się to Ameryce. Mówi się, że Ameryka straci wielu naturalnych sojuszników. Wysypią się konflikty społeczne, nierówności na tle majątkowym czy dostępu do studiów. To wszystko razem może być bardzo niebezpieczne i zakończyć epokę wielkiego imperium, które na wszystko ma wpływ.

Kto jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych? Polska ma jakiekolwiek znaczenie?

Tak, ma znaczenie. Ale to nie jest rozumienie sojuszników jak w latach 90. Wtedy Polskę traktowano jako pełnowartościowego partnera, któremu trzeba pomóc, aby w każdym aspekcie był podobny do Ameryki. Teraz Ameryka wraca do modelu z lat 80. Polska ma być sojusznikiem, który wewnętrznie robi sobie, co chce. Jeśli firma amerykańska ma problem, to dyplomacja załatwia to politycznie, ale nie dba o cały system.

To, co się wydarza na ulicach amerykańskich, przełoży się na wynik wyborczy Trumpa?

Tak, to będzie miało bezpośredni wpływ na wynik i może zaszkodzić prezydentowi. Tu dochodzimy do polskiego wątku. To nie jest tak, że Trump robi łaskę Andrzejowi Dudzie. Może się okazać, że Duda robi łaską Trumpowi. Wśród ludzi wokół Trumpa jest przekonanie, że polskie stany mogą przeważyć w wyborach. Występuje to w dwóch płaszczyznach. Uważają, że osób, które mogą mieć związki z Polską, jest sporo i polskość zagra w serduchu w ostatnim momencie oddawania głosu. Sam Trump mówi swoim współpracownikom, że Polacy mu przynoszą szczęście, traktuje to jako talizman. Andrzej Duda może być przyjęty w szczycie kampanii wyborczej, kilka lat temu było to nie do pomyślenia, dzisiaj jest możliwe. Tylko kto komu będzie tu robił łaskę. Nie sądzę, że Andrzejowi Dudzie pomoże to w Polsce. To bardzo anachroniczne myślenie PiS i części polskiej prawicy, którzy o Ameryce myślą w kategoriach lat 90. To tak jakby w latach 30., 40. myśleć o stosunkach międzynarodowych w kategoriach XIX wieku.

Pamiętam, że Trump był fanem Andrzeja Gołoty.

Trump ma zakodowane, że Polacy przynoszą mu szczęście. Jego doradcy pewnie liczą ludzi, którzy mają polskie korzenie, a on liczy na szczęście. Z kolei Andrzej Duda liczy na anachroniczny odruch polskiego społeczeństwa, który już nie występuje. To tak, jakby w latach 30. ktoś wspominał imperium austriackie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA