fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polskie Orły

Gmoch – Strejlau, wielki konflikt polskiego futbolu

Andrzej Strejlau
Fotorzepa/Michał Walczk
To nie tylko jeden z najsłynniejszych konfliktów w historii polskiego futbolu, ale i jeden z najbardziej tajemniczych.

Anegdot i historii o wzajemnej niechęci Andrzeja Strejlaua i Jacka Gmocha jest co niemiara. I chociaż z początku była to tylko zwykła rywalizacja dwóch asystentów Kazimierza Górskiego, z czasem przerodziła się w otwartą niemal wojnę i padło wiele –zbyt wiele – mocnych słów i twardych oskarżeń.

Po drodze jednak to Gmoch – a nie Strejlau – został następcą Górskiego w kadrze, i po igrzyskach olimpijskich w Montrealu w 1976 roku przejął drużynę narodową. A żeby było jeszcze ciekawiej, tuż przed wyjazdem na mundial do Argentyny – który obiecywał wygrać – na swojego asystenta nominował... Strejlaua, a ten ofertę przyjął.

Pierwotnie najbliższym współpracownikiem Gmocha w kadrze był Ryszard Kulesza. Lubiany przez piłkarzy za ciepłe i serdeczne podejście, a także ceniony za wiedzę taktyczną i zdolności trenerskie. Kulesza jednak na mistrzostwa nie pojechał. Po latach pojawiła się plotka, że inżynier Gmoch flirtował z pomysłem, by na swojego asystenta do Argentyny nominować... Górskiego. Ale pan Kazimierz był już jednak wówczas w Grecji i okazało się to niemożliwe. Tak przynajmniej pisał w książce „Selekcjonerzy" Andrzej Jucewicz.

Bogu ducha winny Kulesza przeszedł do historii jako wyjątkowy pechowiec. To on objął kadrę po nieudanych MŚ 78, ale po tak zwanej aferze na Okęciu, został pozbawiony funkcji selekcjonera, a w jego miejsce PZPN zatrudnił Antoniego Piechniczka, który w 1982 roku poprowadził w Hiszpanii biało-czerwonych do drugiego brązowego medalu MŚ.

Strejlau był zaskoczony propozycją Gmocha. Wcześniej przez lata byli asystentami Górskiego i się nie znosili. O ich niechęci krążą legendy, a piłkarze mieli z ich rywalizacji wielki ubaw. Co i rusz podjudzali jednego lub drugiego, ot tak, dla draki – jak to piłkarze mają w zwyczaju. Gdy składali autografy na plakatach, które później rozdawali kibicom, Gmoch za wszelką cenę chciał złożyć swój podpis wyżej niż Strejlau. Jan Tomaszewski wspominał jak on i koledzy podpuszczali Strejlaua, by podpisywał się w górnym lewym rogu. Mimo to Gmoch niemal zawsze znajdował sposób, by swoją parafkę wcisnąć wyżej – malutkimi literami, ale jednak wyżej.

Z tymi nieszczęsnym plakatem wydrukowanym przed mistrzostwami świata w 1974 roku w ogóle było mnóstwo zamieszania – Gmocha, jako jedynego z całej ekipy, w ogóle nie było na zdjęciu. bo gdy akurat fotograf przyjechał na zgrupowanie, asystent i szef banku informacji został wysłany przez Górskiego, by oglądał rywali. Gmoch był święcie przekonany, że zrobiono tak specjalnie i ponoć nigdy nie przyjął do wiadomości, że to zwykły przypadek.

Górski umiał z rywalizacji swoich chorobliwe ambitnych asystentów korzystać perfekcyjnie. Oni prześcigali się w coraz to nowych pomysłach, koncepcjach i podpowiedziach, a selekcjoner spokojnie słuchał obu i wybrane pomysły wdrażał w życie. To dogmat polskiego futbolu i część legendy o trenerze wszech czasów, czyli Górskim.

Strejlau pojechał do Argentyny, ale jak po latach wspominał Władysław Żmuda na łamach „Kopalni - sztuki futbolu" nie odgrywał tam ważnej roli. - Tak naprawdę to ja w ogóle Andrzeja z Argentyny nie pamiętam. Owszem, był tam, ale zupełnie w cieniu. Nie spierali się, Gmoch zbyt poważnie chyba go po prostu nie traktował – wspominał Żmuda.

Ciężkie działa zostały wytoczone znacznie później. Gmoch w 2010 roku powiedział w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego": – To ja naprawdę byłem drugim trenerem w 1974 roku, bo ten formalnie drugi był tam tylko fasadą. Nawet nie wymienił Strejlaua z nazwiska, mówił o nim wyłącznie „ten drugi". Gmoch, który był członkiem PZPR do końca istnienia partii, oskarżał w wywiadzie „ubeków" o niszczenie jego dziedzictwa i twierdził, że to ich robota, że po latach był odbierany jako dziwak i człowiek żyjący w swoim świecie. Mówił: – To robota ubeków. Oni niszczyli moje dzieło. A prawda jest taka, że to ja razem z matematykiem i informatykiem stworzyłem wtedy koncepcję rozwoju polskiej piłki i to jej zawdzięczamy wszystkie sukcesy w latach 1972-86.

Dodatkowo Gmoch sugerował również jakoby Górski miał problem z nadużywaniem alkoholu. To po tych insynuacjach Strejlau stwierdził, że już nigdy „Gmochowi ręki nie poda".

Oburzyli się także piłkarze, którzy napisali długi list otwarty, w którym bronili Górskiego i także Strejlaua. List podpisany został przez m.in. Żmudę, Andrzeja Szarmacha, Tomaszewskiego i Lesława Ćmikiewicza. Znalazły się w nim chociażby takie fragmenty: „Andrzej Strejlau fasadą?! Ten wręcz urodzony asystent Górskiego? Człowiek, pod wodzą którego wielu z nas zrobiło z kadrą młodzieżową furorę w mistrzostwach Europy U-23? Przecież to właśnie była naturalna droga do kadry Górskiego, a nie przywoływane przez Gmocha wątki informatyczno-matematyczne! Gmoch nie krył swej niechęci do Strejlaua, obraża go, jak widać, do dziś. To dlaczego „na pięć minut" przed wyjazdem na mistrzostwa świata do Argentyny zwrócił się do szefów Legii Warszawa z błagalną prośbą o pozwolenie na udział jej trenera w sztabie mundialowym? A trenerem tym był właśnie Andrzej Strejlau."

Piłkarze w swoim liście wypomnieli Gmochowi, że nie miał nic wspólnego z medalem zdobytym w 1976 roku w Montrealu, bo już wtedy nie współpracował z kadrą (a Strejlau, owszem), ale też, że on w nich nie wierzył.

Wspominają ogólnie znaną sytuację, gdy tuż przed słynnym meczem na Wembley w 1973 roku, podczas rozgrzewki na murawie, Gmoch ogłosił piłkarzom, że rezygnuje z dalszej współpracy i odchodzi po meczu. „Lepszego środka demobilizacyjnego nie wymyśliliby nawet nasi rywale. Na szczęście nie rozpaczaliśmy, ponieważ Gmoch nie był nam do niczego potrzebny, a na dodatek dał jasno do zrozumienia, że nie wierzy w nasz awans do mistrzostw świata 1974. Kiedy jednak ten awans wywalczyliśmy, na chwilę spokorniał i wybłagał u Górskiego swą dalszą przynależność do sztabu. Ale naszego zaufania nie odzyskał już nigdy!" – pisali piłkarze.

Po latach Gmoch spokorniał, jego właśnie opublikowana książka, poza tym że została wydana pod prowokacyjnym tytułem „Najlepszy trener na świecie" w żaden sposób nie ujmuje Górskiemu, a kwestie Strejlaua w ogóle pomija. Niedługo książkę wydać ma drugi z asystentów Górskiego. Zobaczymy czy Strejlau konflikt z Gmochem wyjaśni,, czy zastosuje taktykę adwersarza i też pominie ten wątek.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA