fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Najważniejszy egzamin Trumpa

Głosowanie w Minneapolis (stan Minnesota) za pomocą maszyny wyborczej
AFP
Według Partii Demokratycznej te wybory zadecydują o przetrwaniu demokracji. To przesada. Ale przyszłość prezydenta jest w grze.

Gdy zamykaliśmy gazetę, wyniki wyborów uzupełniających w USA nie były znane. Ośrodki badania opinii publicznej tym razem były ostrożne do końca: nie zapomniały lekcji z 2016 r., gdy wbrew niemal wszystkim prognozom to Hillary Clinton poniosła porażkę, a nie Donald Trump.

Jednak o ile utrata przez republikanów większości w Izbie Reprezentantów wydawała się na kilka godzin przed zakończeniem głosowania całkiem realna, o tyle podobne zwycięstwo w Senacie oponentów Trumpa należało raczej wykluczyć.

Czytaj także: Pierwszy prawdziwy test popularności Trumpa

Portal RealClearPolitics, który kompiluje sondaże z całego kraju, wskazywał, że w 100-osobowej izbie wyższej Kongresu 43 mandaty na pewno utrzymają demokraci, 49 z pewnością pozostanie przy republikanach, a los 8 jest niepewny. Do tej pory partia prezydenta miała 51 senatorów.

Wyczyn Busha i Clintona

W Izbie Reprezentantów sytuacja rysowała się zupełnie inaczej. W tym gremium składającym się z 435 posłów 203 mieli na pewno zachować demokraci, 194 – republikanie, nie było jasne, co z pozostałymi 38. Dotychczasowej opozycji wystarczyło zaś odbić 23 mandaty, aby uzyskać tu większość.

Jeżeli opierać się na historii, szanse Trumpa na utrzymanie przychylnej większości w Kongresie były w tych wyborach niewielkie. Od 1946 r. po dwóch latach sprawowania władzy udało się to tylko dwóm prezydentom: George'owi W. Bushowi w 1998 r. i Billowi Clintonowi w 2002 r. Ale tym razem na korzyść Trumpa działał niezwykły zbieg okoliczności w Senacie. Tu w grze było 35 (ze 100) mandatów, z czego aż 26 należących do tej pory do demokratów. Co gorsza dla opozycji, w tej liczbie było aż 10 stanów, w których w 2016 r. wygrał obecny prezydent. Tak niekorzystnego dla opozycji układu nie było w USA od 1938 r.

– Wiem, że idzie nam bardzo dobrze w Senacie. W Izbie Reprezentantów może natomiast powieść nam się różnie – przyznał Trump.

Znakomity rozwój gospodarki, niski poziom bezrobocia i brak bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju sprzyjały w tej kampanii prezydentowi. Ale amerykański przywódca uznał, że aby wygrać, musi postawić na emocje, bo inaczej nie zmobilizuje swojego elektoratu.

– W grze jest wszystko, co osiągnęliśmy – przyznał na wieńczących kampanię wiecach w Ohio, Indianie i Missouri.

Na ostatniej prostej przed głosowaniem prezydent podkreślał przede wszystkim zagrożenie ze strony niekontrolowanej imigracji, czego symbolem miałaby być karawana kilku tysięcy uchodźców z Ameryki Środkowej zmierzająca piechotą do granic USA (we wtorek minęła stolicę Meksyku). Trump zapowiedział także, że odwoła 14. poprawkę do konstytucji dającą automatyczne prawo do amerykańskiego obywatelstwa dla dzieci nielegalnych imigrantów urodzonych w Stanach (prawnicy uważają, że bez poparcia Kongresu nie będzie to możliwe).

– To głosowanie określi charakter narodu, jakim będziemy. Nie było ważniejszych wyborów za naszego życia – odpowiedział w tej samej co Trump konwencji Barack Obama.

Gra na emocjach najpewniej okazała się jednak także skuteczna po stronie demokratycznych wyborców, w szczególności wykształconych, białych kobiet z klasy średniej mieszkających na zamożnych przedmieściach miast, gdzie decydował się los wielu mandatów do Izby Reprezentantów. Wiele z nich poczuło się urażonych aroganckim podejściem Trumpa do płci pięknej. Ale demokraci mogli także liczyć na mobilizację młodych wyborców. Z możliwości głosowania korespondencyjnego skorzystało dwa razy więcej Amerykanów niż w 2014 r., kiedy łączna frekwencja wyniosła ledwie 38 proc. uprawnionych. Teraz spodziewano się, że będzie o wiele wyższa.

Paraliż Kongresu?

Już kilka miesięcy temu Anne Applebaum, publicystka „Washington Post", mówiła „Rzeczpospolitej", że Ameryka nigdy nie była tak spolaryzowana, jak obecnie. Od tego czasu podział Ameryki jeszcze bardziej się pogłębił. Bezprecendensowy atak na synagogę w Pittsburghu na kilka dni przed głosowaniem, a także ładunki wybuchowe wysłane pocztą do przeciwników Trumpa dają pewne pojęcie o napięciu, w jakim żyje teraz Ameryka.

– Strach jest dominującym uczuciem w tych wyborach – powiedział „USA-Today" Jeffrey Engel, politolog Southern Methodist University.

Ale gen. James Jones, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Baracka Obamy i były dowódca wojsk amerykańskich w Europie, w wywiadzie, który będzie opublikowany w najbliższym „Plusie Minusie", przyznał, że wiele inicjatyw Trumpa w polityce zagranicznej wynika z zaniechania przez poprzednich prezydentów zmierzenia się z narastającymi zagrożeniami dla USA, przede wszystkim ze strony Chin, ale także Rosji i Iranu.

Jeżeli republikanie utrzymaliby większość w obu izbach Kongresu, prezydent najpewniej uznałby to jednak za mandat do prowadzenia jeszcze bardziej radykalnej polityki. W sprawach krajowych dotyczy to przede wszystkim ostatecznego odwołania powszechnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych (Obamacare), ale nie jest też wykluczone, że Trump odsunąłby specjalnego prokuratora Roberta Muellera, który prowadzi śledztwo w sprawie ewentualnych powiązań kampanii wyborczej Trumpa z Kremlem. W polityce zagranicznej można by spodziewać się w szczególności nasilenia wojny handlowej z Pekinem. W takim układzie byłoby też niezwykle prawdopodobne, że prezydent zostanie wybrany na drugą kadencję za dwa lata, a krytycznie wobec niego umiarkowani republikanie przestaliby podważać jego przywództwo.

Odwrotny scenariusz, pełna kontrola demokratów nad Kongresem, pozbawiłaby prezydenta możliwości dalszego forsowania swojej agendy. W taki sposób Obama miał związane ręce od listopada 2010 r.

Ale najbardziej prawdopodobny układ, większość republikańska w Senacie i demokratyczna z Izbie Reprezentantów, oznaczałby powrót do pewnego paraliżu amerykańskiego parlamentu. W takim układzie senatorowie i deputowani wzajemne odsyłaliby sobie projekty aktów prawnych bez możliwości ich zatwierdzenia.

Jest też całkiem prawdopodobne, że rozbudzone emocje doprowadzą do niezwykłych rezultatów na szczeblu lokalnym. W Georgii spodziewano się wyboru na gubernatora pierwszej Afroamerykanki. Kansas i Nowy Meksyk szykowały się do wysłania po raz pierwszy do Izby Reprezentantów rodowitych Indianek, a Michigan i Minnessota – pierwszych muzułmanek. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA