fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Zaremba: Co dalej z rewolucją?

Poparcie wzrosło, a mandatów tyle samo. Na zdjęciu prezes PiS Jarosław Kaczyński przemawia po ogłoszeniu wyników wyborów
EAST NEWS, Jakub Kaminski
PiS wygrał, odwołując się do „normalności". Mobilizowanie ludzi przeciw kolejnym środowiskom czy instytucjom może się teraz okazać zawodne.

Dziennikarka „Newsweeka", która w wieczór wyborczy zaczęła od ogłoszenia, że „PiS ma wielkie kłopoty", stała się już bohaterką memów i przedmiotem drwin nawet kolegów z jej politycznej strony. Nie zamierzam iść w jej ślady. Ze swoim 43,5 procenta – podkreślmy: w drugiej kadencji – partia Jarosława Kaczyńskiego pobiła wszelkie rekordy i odniosła sukces.

Sukces i niedosyt Kaczyńskiego

PiS przybyło siedem procent poparcia i ponad dwa miliony wyborców. Z powodu układu sił w parlamencie nie przybyło posłów, ale większość jest w ostateczności bezpieczna. Co więcej – wbrew tezie o erozji demokracji w Polsce swój mandat partia potwierdziła przy rekordowej frekwencji.

Jeśli warto poszukać cieni czy drobnych rys na tym triumfalnym malowidle, to idąc śladem samego Jarosława Kaczyńskiego, który w wieczór wyborczy wezwał do „refleksji nad tym, co się nie udało". I przypominał swoim ludziom, że „poważna część społeczeństwa uznała, że nie należy nas popierać". Lider PiS potem łagodził to wrażenie, a jednak zrazu nie umiał ukryć rozczarowania. Podobno największym zaskoczeniem było dla niego przekroczenie pięcioprocentowej bariery przez Konfederację. Spece od sondaży utrzymywali go do ostatniej chwili w przekonaniu, że do tego nie dojdzie. Doszło.

Ale pytanie, które postawił, było szersze. Sprowadzało się ono do zdziwienia, dlaczego w obliczu tak gigantycznych socjalnych transferów ta większość nie stała się bardziej jeszcze wyraźna. Jeśli doszukiwać się w jego wywodach próby odpowiedzi, uderzał nacisk na przekonywanie Polaków. Wyzierała z nich sugestia: Jesteśmy świetni, tylko z jakichś powodów nie potrafimy o tym opowiedzieć. Pojawiła się też niejasna zapowiedź kontynuacji twardej polityki wobec sądów. Jednym słowem – jeszcze więcej tego samego? Propagandy połączonej z przebudową samego pola gry? Opozycja nazywa taką przebudowę „autorytaryzmem".

Oczywiście nadawanie takiego sensu słowom Kaczyńskiego jest odrobinę na wyrost. To wszystko przecież jedynie aluzje, równoważone późniejszymi, bardziej triumfalnymi deklaracjami.

Zdecydował wiatr historii

Podsumowanie tego, co się stało, warto jednak zacząć od bilansu czteroletnich rządów PiS i jego przewag nad opozycją. Zgadzam się tu z socjologiem Januszem Czapińskim, który przedstawił obecny zwrot Polaków ku socjalnej i z lekka eurosceptycznej prawicy jako następstwo czegoś naturalnego i w dużej mierze nieuchronnego. Swoistego „wiatru historii".

Gdy przyjrzeć się dziejom III RP, układa się ona w swoiste cykle koniunkturalne. Po zwróceniu się ku spadkobiercom PRL, lekko hamującym liberalną modernizację, postawienie na siły solidarnościowe. Po moralnym antykorupcyjnym wzmożeniu wywołanym m.in. aferą Rywina szukanie pieriedyszki w filozofii ciepłej wody w wydaniu ekipy Donalda Tuska. Cykle początkowo czteroletnie zmieniły się w ośmioletnie. Możliwe, że ten jest kolejny.

Wiele razy już opisywano, na czym ta faza miałaby polegać. To poszukiwanie szybszej konsumpcji owoców wzrostu i dowartościowanie wykluczonych, które ma być odpowiedzią na bezduszność demokracji proceduralnej.

Oczywiście Jarosław Kaczyński nasycił to swoimi indywidualnymi priorytetami (choćby pomysłem na walkę z „państwem prawników"). I oczywiście politycy PiS mogli wykorzystać zapotrzebowanie na taki etap lepiej lub gorzej. Dowiedli, jak to lapidarnie ujął lewicowiec Jan Śpiewak, sprawczości państwa. Nie w pełni i tylko na wybranych obszarach, ale wystarczyło, aby zaskarbić sobie wdzięczność Polaków.

Naturalnie w ciągu trzech kolejnych kampanii opozycja mogła w teorii zorganizować kontrofensywę. Bagatelizuję tu spór o jedność czy jej brak. Nie da się dowieść, że idąc jedną niespójną ławą, różnobarwni oponenci agendy Kaczyńskiego sięgnęliby po większość. Prosta arytmetyka, zsumowanie ich wyników tu nie wystarczy. Da się za to wskazać kilka największych słabości opozycyjnych wysiłków. Niewątpliwie głównym adresatem uwag będzie tu Koalicja Obywatelska, najsilniejsza i traktowana symbolicznie jako wyraziciel oporu starych elit. Ale niektóre odnoszą się do opozycji jako całości.

Wydatki rozłożyły opozycję

Ciężko byłoby komukolwiek sensownie przeciwstawić się wielkiej ofensywie rządowych wydatków. Kaczyński korzystający z pomocy Mateusza Morawieckiego poważył się na rzecz bez precedensu, także w stosunku do praktyki innych państw. Bywał w tym brutalny, umieszczając wiele grup pod kreską (nauczyciele, lekarze, niepełnosprawni), a w ostatniej fazie grał na pograniczu najbardziej cynicznego ryzyka. Ale zrobił coś na rzecz zmniejszenia społecznego rozwarstwienia. To mu dało podstawę do ubiegania się o wyborczą nagrodę.

Używając amerykańskiej politycznej metafory, walka z tym przypomina sytuację, gdy facet uzbrojony w parasol staje naprzeciw tajfunu. Nawet współczuję opozycyjnym środowiskom. Tym niemniej przyjęta przez nie linia okazała się tyleż zygzakowata, ileż prowadząca donikąd. Formuła: nic nie będzie wam odebrane, za to dodamy to, tamto, i jeszcze tamto, nie zwiększyła wiarygodności przede wszystkim ugrupowaniu Grzegorza Schetyny. Bardziej już pasowała do lewicy. Z jednej strony dla elektoratu socjalnego było to niewiarygodne. Z drugiej bardziej umiarkowani wyborcy mogli uznawać, że PiS oferuje mniej astronomiczne sumy, czyli jest bardziej przewidywalny i obliczalny.

Czy była inna droga? Nie wiem. Może obdarzeni większym autorytetem liderzy opozycji mogli się zdobyć na kompletnie odmienną wizję wydatków i funkcji państwa. Choć bardzo możliwe, że i tak ponieśliby porażkę. Na korzyść PiS przemawiała gołosłowność przestróg przed bankructwem państwa z początków kadencji i względna sprawność pisowskich rządów w pozyskiwaniu dochodów.

Skądinąd cała scena została bardzo mocno przesunięta w lewo. Schetyna i jego koledzy nie wyobrażali siebie w roli trwających przy pryncypiach niezłomnych (taką rolę wzięła na siebie w sferze gospodarki tylko skrajna w sprawach ideologicznych Konfederacja). Niewątpliwie jednak reputacja połowicznych liberałów zmienionych w nieszczerych zwolenników państwa socjalnego jest dziś gorsza niż przed tymi wszystkimi manewrami. Przemawia za nimi już tylko siła struktur i utrwalona mainstreamowość.

Do tego doszedł „klasizm" społecznego zaplecza opozycji – u schyłku kampanii zaczął na to narzekać nawet Aleksander Smolar. Odruchy tych wszystkich celebrytów opowiadających o strasznych Polakach, z czym maszyneria Schetyny nie umiała sobie w żaden sposób poradzić. Choć powinna próbować zamknąć im usta albo przynajmniej zachęcić do umiaru. Mści się tu natura tego politycznego środowiska nastawionego bardziej na świecenie odbitym światłem niż na kreowanie własnego przekazu.

Demokracja, autorytaryzm, normalsi

Dotyczyło to w jakiejś mierze również mitycznej „walki o demokrację". Chcę być dobrze zrozumiany – uważam, że PiS ma na sumieniu sporo grzechów w sferze łamania demokratycznych standardów, a opozycja miała prawo o tym mówić. Ba, miała nawet prawo odwoływać się do zagranicznej opinii publicznej.

Popełniono tu jednak wszelkie możliwe grzechy – od zbyt wczesnego alarmu sprowadzającego każdy spór do przestrogi przed apokalipsą, po słabość najważniejszą: niekonsekwencję. Opowiadanie o pisowcach jako bez mała nowych okupantach, po czym debatowanie z nimi we wszelkich możliwych mediach miało naturę kabaretu. W efekcie już po wyborach rzecznik PO Jan Grabiec oznajmił w Polsacie, że polska demokracja ma się dobrze, choć dopiero co słowo „autorytaryzm" nie schodziło mu z ust.

Ostatnią poważną przewiną opozycji było wręcz machinalne wejście w spór światopoglądowy. To nieprawda, że to PiS zaczął wojować tematyką LGBT. Zrobiły to jeszcze podczas kampanii europejskiej platformerskie władze Warszawy, a potem już poszło. Bezkrytycznie wspierano marsze równości z całym ich antyreligijnym sztafażem. Początkowo próbowano też pouczać Kościół – z tego tematu wycofano się po wyborach europejskich, jednak za późno.

Skorzystała na tym po trosze lewica, skrzykując swój kilkunastoprocentowy elektorat antyklerykalny i nawet PSL przyciągający niechętne takim ekscesom skrzydło wyborców platformerskich. Ale chyba nawet ważniejsze od gwałtownego schudnięcia zgniatanej przez te sprzeczne tendencje KO było zagonienie wielu normalsów pod skrzydła pisowskiego rządu. Bo jawił się jako ostoja stabilności, wystrzegania się radykalizmów.

Oczywiście progresywne kręgi mogą ignorować to niepowodzenie, traktując radykalny kurs obyczajowy i światopoglądowy jako inwestycję w dalszą przyszłość. Nie wiem jednak, na ile świadomie weszli w to spragnieni szybkiego sukcesu politycy KO. Zaryzykuję twierdzenie, że bardzo słabo, pomimo profesjonalnych badań, rozpoznawali nastroje Polaków.

Zwycięstwo solidne, ale... kruche

Ta lista nie wyczerpuje zapewne powodów, dla których rezultat był, jaki był. Zwłaszcza że sondaże zapowiadały go od miesięcy. Można by tu jeszcze dodać bardziej profesjonalną kampanię PiS, w której wszystko było lepsze od poczynań KO – od spotów po akcje w internecie. Możliwe, że w ostatnich dniach czegoś nie zauważono czy zaniedbano. Ale zauważano i przewidziano całkiem sporo.

Naturalnie można też spojrzeć na to całkiem inaczej – idąc tropem niepokojów samego prezesa PiS, który chciałby większości wyraźniejszej. Przydałaby się ona już dziś, zwłaszcza w obliczu utraty kontroli nad Senatem. Tym bardziej zaś, gdy sobie wyobrazić porażkę w wyborach prezydenckich wiosną przyszłego roku. Opozycyjny prezydent uczyniłby swoim wetem z rządów PiS czystą fikcję, skoro nie ma wystarczającej liczby głosów, aby je obalić.

No tak, tylko że już te obie okoliczności czynią sugestię twardej polityki wątpliwą. Brak kontroli nad Senatem nie paraliżuje tej władzy, ale odrobinę wzmacnia możliwości opozycji wpływania na opinię publiczną. A ewentualna próba zachowania jakiegoś wpływu na Senat powinna zachęcać do postawy kompromisowej. Kompromis to jednak sztuka, z której PiS nigdy, a już zwłaszcza w ostatnich latach, nie słynął.

Jeszcze bardziej nasuwającą się okolicznością wydaje się otwarta kampania prezydencka. Powinna ona skłaniać raczej do ostrożności niż do sięgania po kontrowersyjne projekty. Z propagandą jest pewnie trochę inaczej, ale i ona, jeśli będzie stricte partyjna, raczej zawęzi niż poszerzy polityczną bazę Andrzeja Dudy – ilekolwiek by miał atutów na starcie.

Oczywiście rewolucję można odłożyć na potem. Wyczekać pół roku prężąc się do skoku. Ale warto sobie dobrze zdać sprawę z konsekwencji takiego czy innego wyboru.

Przykładowo autor najbardziej zmasowanej propagandy w dziejach III RP Jacek Kurski powinien teraz wypiąć pierś pod ordery, bo się przecież udało. Możliwe, że z taką intencją pospieszył do pisowskiego sztabu w wieczór wyborczy. Tylko że nasuwa się pytanie: czy TVP wojną z Konfederacją w ostatnich dniach kampanii nie uczyniła z niej męczennika i nie napędziła zwolenników? Może tak, może nie. To podejrzenie nie jest bezsensowne. Czym innym są udane spoty produkowane przez sztab, czym innym front telewizyjny.

A w szerszym sensie propaganda denerwująca już nawet niektórych co bardziej wrażliwych na dobro wspólne wyborców PiS nie jest dobrą odpowiedzią na pytanie o dodatkową „górkę" wyborców, o poszerzanie się na nowe środowiska. Czy to jest instrumentarium rodem z „autorytaryzmu"? Z pewnością jest przejawem psucia państwa i psucia demokratycznej debaty. Tyle że z rządzącymi dawno już nie daje się rozmawiać na poziomie przypominania o standardach. Nauczyli się je lekceważyć, często wzorem poprzedników, choć bardziej totalnie. Można ich co najwyżej ostrzegać, że z innymi narzędziami mogliby być jeszcze bardziej skuteczni.

Pułapki następnej kadencji

Tym bardziej, że nowa kadencja będzie dla nich najeżona pułapkami. Walka o prezydenturę to pierwsza z nich.

Politycy PiS przyznawali cichcem w kampanii, że niektóre zapowiedzi społeczno-ekonomiczne się nie domykają, a obietnica zrównoważenia budżetu to wyborczy teatr. Niemniej politykę wielkich wydatków przedstawiali do końca jako receptę na nadchodzące z zachodu spowolnienie gospodarki. Ale przecież nie ma pewności, czy tak będzie.

Może się okazać, że tym razem części obietnic nie da się zrealizować, że takie hasła, jak „czternasta emerytura" okażą się tylko obietnicami, a z czterotysięcznej płacy minimalnej trzeba się będzie wycofywać, bo zagrozi zduszeniem gospodarki. Lud nie tylko zareaguje niezadowoleniem. On przypomni sobie wtedy o tym, co teraz zamieciono pod dywan. O nadmiernie zatłoczonych szkołach. O robiącej bokami służbie zdrowia. Także o tych elementach programu, których nie udało się przekuć w czyn, choćby o programie mieszkaniowym. Wtedy ten lud może się zemścić na swoich dobroczyńcach, z całym brakiem lojalności, jaki cechuje elektorat.

Na trudności prawicowa władza może zareagować w różny sposób. Na razie nawet w wypowiedziach Kaczyńskiego z wyborczego wieczoru Polacy pojawiali się jako przedmiot. Można próbować dialogować z różnymi grupami. I można reagować zwiększeniem propagandy i rozmaitych zabezpieczeń mających pomóc tejże władzy wygrać kolejne wybory.

W teorii kolejne cztery lata mogą się zakończyć albo klęską PiS i zakończeniem ośmioletniego cyklu, albo zbudowaniem systemu, który opozycja będzie nazywać autorytarnym. Możliwe są też rozwiązania pośrednie. Zwłaszcza że ekonomiści nieraz się już pomylili. Możliwe, że Morawiecki za cenę kuglarstwa i księgowych sztuczek przeprowadzi Polskę suchą stopą przez trudności.

Powrót Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry, bardzo wzmocnionego przez silną reprezentację Solidarnej Polski w nowym klubie, do wzmianek o „reformie sądów" wskazywałby na próby „zabezpieczenia władzy". Prezes PiS nie traktuje ich zresztą tylko instrumentalnie. Naprawdę wierzy w złamanie siły prawniczej korporacji. Podobny zamiar walki z nadmiernymi wpływami rozmaitych środowisk niechętnych PiS dotyczy innych dziedzin, choćby rynku mediów. Rzecz w tym, że jedyną odpowiedzią jest wzmacnianie machiny państwa, na dokładkę natrętnie partyjnego. Nowe elity, które czasem zapowiada prezes, to działacze PiS, ich krewni i znajomi.

Kilka refleksji dla lidera

Nie chcę takiej zamiany jako obywatel. Ale też mam co najmniej wątpliwości, czy marsz w tym kierunku będzie dla PiS marszem szczęśliwym, funkcjonalnym. Na razie musi go odłożyć do zakończenia walki o prezydenturę. Potem może stanąć w obliczu zablokowania swoich planów przez opozycyjną głowę państwa.

Oddzielny problem stanowi opór instytucji europejskich, nawet w sytuacji świeżego mandatu wyborczego polskiego rządu. Kaczyński liczy się z tym oporem do pewnego stopnia, bo z powodów geopolitycznych, wbrew twierdzeniom opozycji, szuka porozumienia z Europą. Nie za wszelką cenę, ale jednak.

Naturalnie Kaczyński nie jest jedynym, którego czekają w najbliższym czasie zasadnicze przemyślenia i przewartościowania. Opozycja powinna sobie na przykład zadać pytanie, czy mechaniczny powrót do status quo sprzed roku 2015 jest programem najszczęśliwszym. Z jakichś powodów obywatele niespecjalnie rzucali się bronić sądów i sędziów. To niejedyne pytanie. Zasadnicze brzmi, jak debatować o polityce społeczno-gospodarczej. Możliwe, że partiom opozycyjnym w sukurs przyjdą pierwsze ekonomiczne trudności. To skądinąd straszne, że muszą czekać aż na nie.

Ale na razie największe dylematy musi sobie przemyśleć zwycięski lider. Możliwe, że jest skazany na jakąś korektę czarów państwowymi wydatkami. Kampania prezydencka da mu czas na odpowiedź, co dalej z rewolucją. Kampanię wygrał, odwołując się w dużej mierze do „normalności". Mobilizowanie ludu przeciw kolejnym środowiskom czy instytucjom może się okazać zawodne.

Już dziś przeszedł do historii jako człowiek, który postawił Polakom wiele pytań i udzielił z powodzeniem kilku odpowiedzi. Na pewno ma wciąż ich poparcie, kiedy stawia na silne państwo narodowe rozwiązujące problemy. Tylko tych problemów może być za wiele jak na najtęższy nawet umysł.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA