fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Merkel i Erdogan na kolizyjnym kursie

Niemieckie tornado w bazie w Incirlik, do której nie mają dostępu niemieccy parlamentarzyści
AFP
Dwa tygodnie zadecydują, czy pomiędzy Niemcami i Turcją dojdzie do ostatecznego rozłamu.

Relacje pomiędzy Berlinem a Ankarą nigdy nie były łatwe, ale w ostatnim czasie pogarszają się w tempie geometrycznym. Ankara nie wyraża od dłuższego czasu zgody, aby żołnierzy Bundeswehry stacjonujących w bazie Incirlik odwiedziła delegacja niemieckich parlamentarzystów. Znajdują się tam niemieckie samoloty zwiadowcze Tornado, współdziałające z koalicją państw zwalczających dżihadystów z samozwańczego tzw. Państwa Islamskiego.

W skład niemieckiej delegacji wejść mieli deputowani postkomunistycznej Die Linke (Lewica), którzy przyjmowali w Berlinie przedstawiciela YPG, czyli Powszechnych Jednostek Obrony, armii samozwańczej kurdyjskiej autonomii na północy Syrii współpracującej z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK) w Turcji, organizacją uznaną za terrorystyczną i śmiertelnym wrogiem tureckich władz.

To oficjalna przyczyna odmowy wjazdu na teren bazy. Ale nie jest tajemnicą, że Ankara trzęsie się z oburzenia, iż niemieckie władze są w trakcie załatwiania prawa azylu dla 40-osobowej grupy tureckich oficerów oskarżanych w Turcji o sprzyjanie puczystom w ubiegłym roku. Większość tych oficerów służyła w instytucjach NATO w Europie i została odwołana po puczu. Nie sposób sobie wyobrazić, aby niemieckie władze odesłały ich do Turcji, gdzie wiadomo co ich czeka.

– Domaganie się otwarcia bazy dla parlamentarzystów bazy w Incirlik jest dla Niemiec sprawą wysoce prestiżową i dlatego rząd w Berlinie nie zamierza przejść nad tym do porządku dziennego. Takiej zapaści w relacjach pomiędzy obu państwami jeszcze nie było – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Ahmet Kuhalci z niemieckiej redakcji dziennika „Hürriyet".

Ale tupnąć zdecydowanie nogą pani kanclerz nie może. – Związała swój polityczny los z Erdoganem, będącym strażnikiem uchodźców zmierzających do Europy – pisze tygodnik „Der Spiegel" w najnowszym wydaniu. Chodzi o wynegocjowane przez Merkel porozumienie UE–Turcja z ubiegłego roku, które zatrzymało falę uchodźców do Europy i Niemiec.

W dodatku przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu wszelkie zdecydowane decyzje mogą okazać się zbyt ryzykowne. Pani kanclerz lawiruje, ale wszyscy w Niemczech mają dość.

– Osiągnęliśmy granicę tego, co można znieść – mówił kilka dni temu szef niemieckiego MSZ Sigmar Gabriel. Nie tak dawno po aresztowaniu w Turcji dziennikarza „Die Welt" Deniza Yücela, Turka z niemieckim paszportem, za rzekomą propagandę na rzecz PKK, minister mówił o największej próbie jakiej w czasach najnowszych podlegają relacje turecko-niemieckie.

– Wasze działania nie różnią się niczym od działań nazistowskich – oświadczył prezydent Turcji nieco później. Działania, o których mówił, to zakaz organizacji wieców w niektórych miejscowościach w Niemczech przez tureckich polityków dla społeczności tureckiej w przeddzień kwietniowego referendum konstytucyjnego.

– Obawiam się, że obecna eskalacja napięcia pomiędzy Ankarą a Berlinem może się jeszcze nabrać tempa. Po obu stronach nie widać chęci do ustępstw – mówi „Rz" prof. Ilter Turan, politolog uniwersytetu Bilgi w Stambule. Jeżeli przez dwa najbliższe tygodnie rządowi niemieckiemu nie uda się skłonić Ankary do otwarcia bazy w Incirlik, Niemcy zdecydowani są do przeniesienia jej do Jordanii lub na Cypr.

Może się też okazać, że po deklaracji NATO o oficjalnym uczestnictwie w koalicji walczącej z ISIS baza w Incirlik stanie się niejako w gestii NATO i wizyta niemieckich parlamentarzystów nie będzie wymagała zgody władz tureckich. Na razie na to nie wygląda i NATO podjęło jedynie decyzję o przedłużeniu misji samolotów zwiadowczych AWACS w bazie w Konya. Stacjonuje tam 260 niemieckich żołnierzy, których rząd kanclerz Merkel nie zamierza wycofać, nawet gdyby nie udało się dojść do porozumienia w Incirlik.

W konflikcie z Turcją Niemcy liczyli na pomoc USA, jednak Amerykanie nie wyrazili ochoty na świadczenie usług rozjemcy. Podobnie jak Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO, który uznał, że konflikt Incirlik jest „niemiecko-tureckim problemem bilateralnym".

Kanclerz Angela Merkel ma jednak problem nie tylko z Erdoganem, ale ze swym szefem dyplomacji, który domaga się zdecydowanych działań. Sigmar Gabriel jest byłym przewodniczącym SPD i bez wątpienia stara się wykorzystać konfrontację z Erdoganem dla swej partii. Nie brak twardych postaw w CDU, ugrupowaniu Merkel. Pani kanclerz nie słynie jednak z szybkich decyzji w takich sprawach. Liczy na to, że prezydent Turcji nie posunie się za daleko. W końcu w Niemczech mieszka ponad 3 mln Turków. Dla wielu z nich to druga ojczyzna. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA