fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Charles Powell, szef Instytutu Elcano: Kim Dzong Un nie odda atomu

AFP
Singapur to przepustka dla dyktatora do klubu potęg jądrowych. Czy Trump coś ugra, dopiero się okaże – mówi Charles Powell, szef Instytutu Elcano w Madrycie.

"Rzeczpospolita": Żaden prezydent USA nie spotkał się z przywódcą Korei Północnej. Jak skończy się to pokerowe zagranie?

Charles Powell: Byłem w Pjongjangu przez tydzień pod koniec maja. Chciałem zrozumieć, dlaczego Korea Północna zdecydowała się na negocjacje z Donaldem Trumpem. Chyba są po temu trzy powody. Mniej więcej od stycznia Kim Dzong Un dysponuje pełnym arsenałem jądrowym. Czuje się przez to pewny jak nigdy. Ale doszedł do wniosku, że rząd południowokoreański jest bardzo słaby i chce za wszelką cenę doprowadzić do porozumienia z Pjongjangiem w obawie, że Ameryka Trumpa nie będzie dłużej płacić za obronę Seulu. Wreszcie Kim chce wykorzystać szansę, jaką stwarza przejęcie władzy w USA przez nieobliczalnego prezydenta. Trump zgodził się na szczyt z Kimem 40 minut po tym, jak otrzymał ofertę z Pjongjangu! Bez przygotowania, bez rozpoznania sytuacji, historii tego konfliktu. Dyplomaci Korei Północnej, którzy są doskonale przygotowani i całkiem racjonalni, uznali, że to jest moment na porozumienie z Ameryką, który się nie powtórzy.

Szczyt z perspektywy Korei Północnej:

Gwarancje przetrwania reżimu

W Singapurze Kim Dzong Un chce przede wszystkim zapewnić sobie bezpieczeństwo. Północnokoreański przywódca obawia się, że może skończyć jak Saddam Husajn, Muammar Kaddafi, którzy zostali obaleni w wyniku zachodniej interwencji. Aby tego uniknąć, Kim znacznie przyspieszył rozwój programu jądrowego po dojściu do władzy sześć lat temu. Dziś Pjongjang dysponuje arsenałem, który pozwala na skuteczne zniszczenie znacznej części Korei Południowej i Japonii,
a być może nawet dosięgnąć zachodnie wybrzeże USA. Budowa takiego potencjału doprowadziła jednak do ogromnego wzrostu napięcia w Azji Wschodniej i nawet Chiny, jedyny sojusznik Korei Północnej, do pewnego stopnia przyłączył się do sankcji przeciw Pjongjangowi. Aby przywrócić dawne relacje z Pekinem, Kim musi więc pójść na ustępstwa. Ale chce przy tej okazji uzyskać dodatkowe gwarancje przetrwania reżimu. Jedną z nich mogłoby być zawarcie pokoju z Koreą Południową formalnie kończącego wojnę z lat 1950–1953. Inną – podjęcie przez Stany Zjednoczone zobowiązania, że nigdy nie zaatakuje państwa Kimów i jego przywódców. Podobne zobowiązanie podjęte przez Johna F. Kennedy’ego w trakcie kryzysu kubańskiego w 1962 r. pozwoliło reżimowi Castro przetrwać do dzisiaj.

Dla Kima jeszcze większy walor miałoby częściowe wycofanie się amerykańskich wojsk z Korei Południowej. Jednak za to wszystko północnokoreański dyktator absolutnie nie jest gotowy oddać całości swojego arsenału jądrowego. Szczegółowe rozmowy w tej sprawie nawet nie zostały podjęte przez negocjatorów Pjongjangu i Waszyngtonu i nie będą na poważnie omawiane w trakcie spotkania w Singapurze.

W delegacji amerykańskiej nawet nie ma specjalistów, którzy zajmowaliby się takimi kwestiami. Prezydent Korei Południowej Moon Jae-in przyznał otwarcie, że rozmowy w tej sprawie z wysłannikami Kim Dzong Una „zajmą wiele lat”.

Czym byłby dla Kima sukces?

Spytałem o to jego współ- pracowników. A oni na to: już go osiągnęliśmy! Będziemy siedzieli za jednym stołem z prezydentem Stanów. Czy może być bardziej spektakularne uznanie nie tylko komunistycznego reżimu, ale też państwa nuklearnego? A to oznacza, że KRLD wchodzi do innej ligi.

Szczyt z perspektywy Stanów Zjednoczonych

Deal życia prezydenta


W Singapurze Donald Trump chce przede wszystkim osiągnąć sławę. Wyruszając w piątek z Białego Domu w podróż, która zaprowadziła go na spotkanie z Kimem, prezydent przyznał doradcom: „przygotowywałem się na to całe życie”.


Bo też szczyt z północnokoreańskim dyktatorem łączy kilka aspektów, które zawsze były dla miliardera drogie.


To możliwość zawarcia dwustronnego „dealu”, który uwolni Amerykę od ogromnego kosztu konfrontacji z Koreą Północną i pozostawi wrażenie, że nie ma wyzwań, z którymi USA nie mogłaby sobie poradzić. Ale show w Singapurze daje także Trumpowi możliwość wykorzystania niezwykłych umiejętności przeciągania mieszanką gróźb i pochlebstw oponenta na swoją stronę. Najważniejsze jest jednak przekonanie miliardera, że to właśnie ten szczyt zdefiniuje całą jego prezydenturę. Bo zdaniem Trumpa nie ma lepszego sposobu, aby udowodnić przeciwnikom, „zakłamanym mediom”, że jest wielkim przywódcą, niż rozwiązać kryzys, z którym nie mogło sobie poradzić 11 jego poprzedników, począwszy od Dwighta Eisenhowera. Pytanie: ile Trump jest gotowy dać za ten sukces. Pod koniec lat 80. chciał zapłacić każdą cenę, byle zbudować luksusową linię lotniczą z własnym nazwiskiem, która będzie przewozić bogaczy Nowego Jorku. Ale po roku firma zbankrutowała.


Romans z Kimem może się skończyć podobnie, jeśli Ameryka przepłaci stawkę. Tak by się stało, jeśli dyktator zgodzi się zniszczyć tylko rakiety dalekiego zasięgu, pozostawiając w zasięgu broni atomowej Japonię i Koreę Południową. Albo gdyby Ameryka przystała na denuklearyzację całego Półwyspu Koreańskiego bez konkretnych gwarancji Pjongjangu. Wtedy system amerykańskich sojuszów budowany w Azji Wschodniej od dziesięcioleci mógłby lec w gruzach.

Kim nie zgodzi się więc na oddanie broni jądrowej?

Skąd! Pomysł, że za wsparcie gospodarcze zgodzi się na całkowitą, możliwą do skontrolowania i nieodwracalną denuklearyzację, od początku był absolutną chimerą. Przyjechałem do Pjongjangu w dniu, w którym wyjeżdżał sekretarz stanu Mike Pompeo. Pytałem Koreańczyków, dlaczego na zdjęciach on się tak śmieje. A oni wtedy też wybuchnęli śmiechem i mówią mi: my też tego nie rozumiemy, bo cały czas mówimy Amerykanom, że do denuklearyzacji nie dojdzie.

Trump coś jednak na tym szczycie musi dostać.

Oczywiście. Kim może na przykład złożyć deklarację, że nie uderzy w Koreę Południową, choć jednocześnie będzie się pewnie domagał denuklearyzacji Korei Południowej i wycofania stamtąd amerykańskich wojsk. Będzie to więc początek procesu wygaszania napięcia na półwyspie.

Korea Północna jest na skraju bankructwa. Przedłużając taką grę z Trumpem, Kim nie ryzykuje, że to jego własny naród go obali?

Tylko że ja wcale nie odniosłem wrażenia, że Korea Północna została rzucona na kolana. Amerykanie uważają, że to nędza pchnęła Kima do negocjacji. Ale rozmawiałem o tym z Krzysztofem Ciebieniem, polskim ambasadorem w Pjongjangu, człowiekiem niezwykle błyskotliwym, a także ambasadorem brytyjskim i szwedzkim i usłyszałem od nich, że gospodarka wcale nie jest w takim tragicznym stanie. W stosunku do mojej ostatniej podróży w 2015 r. zobaczyłem większe ożywienie gospodarki, więcej budów, barów i restauracji, lepiej ubranych ludzi. Zachodni eksperci mówią, że choć ceny rosną, to podstawowych dóbr w sklepach nie brakuje.

Amerykanie nie rozpoznali więc sytuacji – jak przed uderzeniem na Irak w 2003 r.? Nie mają tam swoich szpiegów?

Tam w ogóle jest bardzo mało szpiegów zachodnich (śmiech). Ale ambasador Szwecji, który reprezentuje interesy USA w Pjongjangu, musi każdego dnia mówić to samo Amerykanom, co powiedział mi. Waszyngton ma jednak tendencję do wpadania w schematy myślowe, które nie odpowiadają rzeczywistości. Podobnie było w czasie wojny w Wietnamie, kiedy USA uważały, że Chiny ciągną za wszystkie sznurki. A tak wcale nie było. Mówimy o reżimach, które są niezwykle nacjonalistyczne. Powiedziałbym, że to właśnie nacjonalizm definiuje ustrój Korei Północnej, a nie komunizm czy konfucjanizm. Kimowie to jest dynastia wręcz hipernacjonalistyczna. Koreańczycy z Północy uważają, że są jedyną czystą rasą, czują taką rasistowską wyższość wobec obcych.

Japonia obawia się, że po szczycie w Singapurze może zostać na lodzie. Słusznie?

Tu chodzi także o inne kraje Azji Wschodniej. Byłem niedawno w Korei Południowej, Japonii i na Tajwanie i wszędzie zetknąłem się z brakiem zaufania do obecnego prezydenta USA. Trump już doprowadził do destabilizacji tego regionu, a może być dużo gorzej, jeśli okaże się, że deal z Kimem obejmuje jedynie pociski nuklearne dalekiego zasięgu zagrażające USA. Japonia już myśli o odbudowie swojej potęgi wojskowej, co Tajwan robi zresztą od początku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA