fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

W bezpiecznym raju byliśmy. Wybraliśmy wolność

Mirosław Owczarek
Świat wkracza w okres kompletnie nieprzewidywalny i nie pozostaje naprawdę nic innego, niż szykować się do wojny z nadzieją na to, że nową równowagę osiągniemy drogą wymuszenia pokoju.

Ile by mówić o okropieństwach wojny, na pewno fascynuje nas ona bardziej niż pokój. Mógł Hezjod opiewać, fenomenalnie, po weberowsku – trzy tysiące lat przed Maxem Weberem – pożytki ciężkiej pracy i życia roztropnego. Lecz przecież to wojownicy Homera przemawiali do fantazji pokoleń.

Niewiele jest dzieł literackich czy obrazów opiewających pożytki pokoju. Nawet jeśli sławi się pokój, to najczęściej przez pryzmat wojny. Słynna tarcza Achillesa, wykuta słowem przez Homera w boskiej kuźni Hefajstosa, przedstawia sielankę wiejsko-pasterską przerwaną oblężeniem miasta. Wojownicy greccy walczą i giną pod Troją od wielu lat. Jak to na wojnie, wspominają pochody nowożeńców, taneczne korowody młodzieży, a nawet spokojny trud pracy na roli. Zabijania dawno mają dość. Wycofać się nie mogą, bo bogowie, bo honor, bo przede wszystkim tradycja nie pozwala im wracać do domu z pustymi rękoma.

Oczarowanie wojną przypomina chrześcijańską fascynację piekłem. Chociaż każdy wolałby się znaleźć w niebie, nasze wyobrażenia krążą głównie wokół piekła.

Wojny, niezależnie od sporów o ich pochodzenie, zdają się nieodłączną cechą społeczeństw ludzkich. Niektórzy wiążą je z przejściem od zbieractwa i myślistwa do rolnictwa i hodowli. Inni z rozprzestrzenianiem się wojowniczej kultury indoeuropejskich Arian, począwszy od epoki brązu, kiedy pierwotną Boginię-Matkę związaną z Ziemią i płodnością zastąpili wojowniczy bogowie-kreatorzy łączeni raczej z Niebem.

W najstarszym eposie świata Gilgamesz, młody władca mezopotamski, porywa obywateli własnego miasta do wojska, a ich córy gwałci. Wrogów kładzie masowo trupem i rabuje ich dobytek. Pełne wojen i przemocy są też Mahabharata oraz Stary Testament. To w reakcji na nie pojawia się nowa generacja Nauczycieli: Budda i parę wieków po nim Jezus. Obaj głoszą miłość, sprawiedliwość i pokój. Bez względu na to, czy społeczeństwa pierwotne miałyby być pokojowego czy wojowniczego usposobienia, wojny znormalniały. W ich okiełznaniu nie pomogły ani konwencje haskie z przełomu XIX i XX w., ani rozkwit praw człowieka w wieku XX.

Od przypadku do kryzysu

Epoki szczególnie niespokojne są zarazem okresami aktywności przeciwników wojny: pacyfistów oraz tych wszystkich, którzy – zobaczywszy porażające rezultaty dynamicznie narastającej demoralizacji wojennej – podejmują się analizy załamania porządku społecznego. Szukają strukturalnych rozwiązań mających zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości. W dziejach Europy ostatnich trzech tysiącleci dostrzegamy wyraźnie trzy takie epoki.

Pierwsza to okres wojny peloponeskiej (431–404 przed Chr.), kiedy w ogniu stanęła Hellada rozdarta pomiędzy dwa regionalne mocarstwa – demokratyczne Ateny i oligarchiczną Spartę. Wojnę opisał ateński strateg, potem wygnaniec – Tukidydes, mistrz zdystansowanych obserwacji, wręcz psychohistorycznych i socjologicznych. Jego rozprawa to właściwie studium narastającego kryzysu społecznego wywołanego długotrwałą wojną.

Rozpoczęła się nieomal przypadkowo, ale z upływem lat stawała się coraz bardziej barbarzyńska. Burzono miasta. Niszczono uprawy. Dziesiątkowano wrogów, także spośród ziomków. Przywódcy szafowali demagogicznymi hasłami i pod pozorem walki politycznej załatwiali porachunki osobiste. Dłużnicy mordowali wierzycieli. Namiętności tłumu podniosły się tak wysoko, że do walk włączyły się kobiety, a ojcowie zabijali synów, jeżeli się związali z przeciwnym stronnictwem. Nie szanowano umów, wobec czego zapanowały totalna nieufność i bezkresny strach. Na dodatek w przepełnionych miastach wybuchły epidemie. W reakcji na chaos jedni popadali w depresję, inni kradli w biały dzień, jeszcze inni używali życia.

Dla młodego Platona wojna peloponeska stała się ostrzeżeniem przed demokratycznym bezładem i punktem wyjścia wizji państwa idealnego. Rządzili w nim nieliczni mędrcy mający do dyspozycji wyszkolonych jak psy żołnierzy i policjantów. Sceptyczny stary Eurypides w państwo idealne nie wierzył. Zaprotestował przeciw wojnie spektakularnym dramatem – „Trojankami". Wkrótce poczuł się zmuszony do opuszczenia Aten. Gdyby jednak Eurypides napisał „Trojanki" w XX w., zostałby od razu oskarżony o zdradę lub szerzenie defetyzmu. Im państwo i społeczeństwo bardziej nowoczesne, tym trudniej im tolerować, szczególnie podczas wojny, ludzi myślących inaczej. A bez nich nie przetrwamy. To oni i ich dzieła przenoszą cywilizację ponad barbarzyńskimi czasami.

Okrucieństwo nowożytnej Europy

Dramatyczną relację z wojny peloponeskiej „odkryto" na nowo w miastach włoskich końca XV w., gdzie najwcześniej zaczął się sypać średniowieczny uniwersalny porządek. Na europejską arenę wystąpiły nowe niszczycielskie siły, które przyniosły trwające dziesięciolecia wojny domowe, religijne i konflikty międzynarodowe. Ich okrutny finał przypadł na XVII w.: lata wojny trzydziestoletniej i naszego Potopu.

Z rozwiniętego kulturalnie i targanego sporami Półwyspu Apenińskiego wyszła też pierwsza nowożytna próba opanowania chaosu – „Książę" Machiavellego. Florenckiemu prawnikowi chodziło o przywrócenie Italii porządku publicznego. Za klucz do sukcesu uznał silną władzę monarchiczną, której nie obowiązują – i to stanowiło prawdziwe novum – żadne ogólnie przyjęte normy postępowania. Machiavelli, jak konstatował francuski historyk Fernand Braudel, wyciągnął wnioski ze swoich bezwzględnych czasów i wyniósł politykę ponad etykę, gdzie pozostaje do dziś. Zupełnie inną odpowiedź na problemy dręczące Europę od końca XV w. dał rówieśnik Machiavellego – Erazm z Rotterdamu. Książę humanistów reprezentował poglądy do dzisiaj niewygodne dla każdej władzy. Nawoływał, aby nie wykonywać jej rozkazów, jeśli nie są zgodne z Ewangelią. Nie odrzucał przemocy jako takiej, tylko dopuszczał jej użycie w zupełnie wyjątkowych okolicznościach. Jego przyjaciel, angielski pisarz i biskup Tomasz Morus, dał głowę za prawo jednostki do zachowania niezależności od państwa.

Współcześni poszli w odwrotnym kierunku. Zwłaszcza u Tomasza Hobbesa, który uciekł z Anglii wstrząsanej rewolucją, wszechmocne państwo, Lewiatan, decyduje o wszystkim. Hobbes broni despotii nie z miłości, lecz z przekonania, że jest ona mniejszym złem niż chaos. Dostrzegał naturalnie, że państwo – chociaż jednostki powołały je dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa – postępuje dokładnie tak samo jak wojujące ze sobą osoby: napada sąsiadów pod byle pretekstem. Zauważył jednak, że agresję państwową wspomina się w późniejszych wiekach z szacunkiem. I wyciągnął z tego ryzykowną, lecz wciąż w zasadzie trafną konkluzję, iż działania państwa są niejako z natury sprawiedliwe. Zatrzymanie się na poziomie organizacji jednego państwa, i to w momencie, kiedy świat się tak szybko poszerzał w wyniku odkryć geograficznych, stanowi największą słabość Lewiatana. W tym punkcie Hobbesa dzieli przepaść od zdroworozsądkowego i empatycznego Hugona Grocjusza, który mniej więcej w tym samym czasie kładł podwaliny prawa międzynarodowego. Grocjusz, uciekinier z ogarniętych wojną domową Niderlandów, wprawdzie też odmawiał poddanym prawa do oporu wobec amoralnego władcy, ale w sprawach wątpliwych dotyczących wojny zalecał zdroworozsądkowe: „Nie czyń, jeśli masz wątpliwości". Dopuszczał w zasadzie tylko wojny sprawiedliwe i ustalał, jakie zasady obowiązują na wojnie.

Wojny totalne i prawa człowieka

U progu I wojny światowej stojąca po raz kolejny nad przepaścią Europa zaczęła przypominać sobie krytyków wojen. W ten sposób stulecie masowych mordów, prześladowań i przymusowych przesiedleń stało się zarazem stuleciem praw człowieka oraz ochrony mniejszości. Wpierw na scenę wróciły „Trojanki" Eurypidesa. W krótkim okresie międzywojennym, gdy próbowano jakoś poukładać nową europejską rzeczywistość, renesans przeżył Grocjusz. Wreszcie po II wojnie światowej, kiedy porażona Europa nie wiedziała, jakich wartości się uchwycić, przypomniano sobie Erazma z Rotterdamu. Głoszona przezeń – może w istocie naiwna, ale wciąż tak samo niezbędna światu – „konieczność powszechnej łagodności serca" pomogła Europie przejść przez niebezpieczeństwa zimnej wojny.

Wbrew euforii roku 1989 wojny nie ustały. Kiedy hegliści zapowiadali „koniec historii", a co niektórzy kognitywiści (i kilku archeologów) w modnym naonczas duchu „odważnie" dowodzili, że żyjemy w najbardziej pokojowej epoce dziejów świata, w powietrzu unosił się już swąd kolejnych wielkich konfliktów. Chętnych do ich wywoływania jest więcej niż do pomagania ich ofiarom; nie brak i takich, którzy z niechęci do niesienia pomocy uczynili cnotę. Równocześnie słabnie znaczenie prawa międzynarodowego, co może się zdawać dziwne, gdyż współczesne wojny nie rozwiązują żadnych problemów (ostatnim konfliktem o jasno sformułowanym celu była pierwsza wojna iracka, w której świat powiedział zgodne „nie" stawianiu wspólnoty przed faktami dokonanymi). Raczej tworzą nowe albo pozostawiają stare w stanie zwiększonego chaosu. Widocznie nasz skomplikowany i wielokierunkowy świat przerasta możliwości tradycyjnych wojowników z opowiadań o „ostatnim człowieku" Fryderyka Nietzschego, nie przypadkiem zrodzonych jeszcze pod Troją.

Na Achillesa nie było mocnego. Dzisiaj watażka potrafi zadrzeć z niekwestionowanym mocarstwem, a jego „bojowy" przywódca straszy już tylko na Twitterze. Skuteczność postępowania Kim Dzong Una musi znaleźć naśladowców. Tym samym świat wkracza w okres kompletnie nieprzewidywalny i nie pozostaje naprawdę nic innego, niż szykować się do wojny z nadzieją na to, że nową równowagę osiągniemy drogą wymuszenia pokoju. Nic gorszego, stwierdza brytyjski historyk Michael Howard, niż wojna dla społeczeństw zupełnie do niej nieprzygotowanych. Przezorność i ufność we własne możliwości pozwala nierzadko uniknąć prowokacji i wejścia na równię pochyłą, z której udaje się zejść tylko tytanom. Miejsce logiki zajmuje wtedy logika wojny, miejsce rozwagi – honor, bieg wydarzeń pętli sytuację do tego stopnia, że traci się z oczu przyczyny sporu. Znana już starożytnym zasada dynamiki konfliktu jest prosta: im dłuższy, tym gorszy. Nie sprawdziła się na razie modna niedawno hipoteza, że wojny epoki masowej będą krótkie.

Miejsca pamięci

W nierównej bitwie pod Termopilami Spartanie zostali wycięci przez Persów w pień. Mimo to obrońcy wąwozu zaskarbili sobie pamięć późniejszych pokoleń do tego stopnia, że trudno wyobrazić sobie dzieje Europy bez tej bitwy i jej mitu. Epigram umieszczony na grobie Spartan: „Gościu, oznajmij Sparcie, że w boju poległszy – Tu spoczywamy po wiek wieków, wiernie słuchając jej praw", należy do najlepiej rozpoznawalnych napisów okolicznościowych naszej cywilizacji, napisów o znaczeniu fundacyjnym.

Od dawna rozumiano znaczenie wojen jako czynnika konstytutywnego dla wspólnoty. Umacniały ją wspólne obrzędy, za pomocą których próbowano się przygotować na wojnę i następnie zdystansować wobec jej okrucieństw. Starożytni Grecy składali przed bitwami krwawe ofiary swoim bogom, niekiedy z ludzi. Indiańscy mieszkańcy dzisiejszej Wenezueli i Gujany przygotowywali się do bitwy we wspólnym tańcu, w transie, podczas którego w wojowników wstępował tygrys. I to on, jak wierzono, zabijał, póki nie napił się wrogiej krwi.

Zadanie śmierci przeciwnikowi, któremu trzeba było spojrzeć w oczy, stawało się dla zwyczajnych żołnierzy problemem moralnym nierzadko na całe życie. Jeszcze podczas I wojny światowej żołnierze z poboru starali się, gdy tylko nie ryzykowali własnego życia, strzelać tak, aby nie zabijać.

Dzisiaj ponownie strzelają do przeciwników płatni fachowcy, na dodatek odpowiednio wyszkoleni psychologicznie. Rośnie też odległość, z jakiej się zabija. Nie wiemy, jakie dalekosiężne konsekwencje dla gatunku ludzkiego będzie miała ta techniczna i etyczna łatwość uśmiercania, szczególnie że w XX w. poważnie osłabione zostało tabu zabijania, a to głównie poprzez ostateczne uświęcenie działań państwa, na których straży stanęło samo państwo. Tymczasem to właśnie ono odpowiadało w XX w. za organizację zbiorowego zabijania. Historia kpi z nas nie po raz pierwszy: z państwem źle, ale bez państwa jeszcze gorzej, jak zdają się sugerować początki kolejnego stulecia.

Pragnienie zachowania pamięci musi być jedną z najgłębszych potrzeb ludzkich. Już młody Gilgamesz zapewnia, że nie boi się śmierci w walce, ponieważ przetrwają jego dokonania. Istotnie, od zarania ludzkiej historii bohaterowie wojenni trafiali na pomniki. Szczególne miejsce wśród miejsc pamięci zajmują cmentarze na polach bitew. Symbolizują najwyższe indywidualne poświęcenie – jednostkową śmierć w imię trwania narodu. Jest to wyobrażenie quasi-religijne tworzące więź pomiędzy poległym a nienarodzonym członkiem wspólnoty.

Wyobrażenie narodu – na początku trudnego do odróżnienia od państwa – jako organizmu nieśmiertelnego nie jest bynajmniej nowe. Arystoteles widział naród w postaci symbolicznej rzeki, która wciąż się tak samo nazywa, pomimo że niesie zmieniającą się wodę. Jeśli cecha spajająca wspólnotę – tożsamość – jest wystarczająco silna, narody nie muszą się obawiać „zmiennych cząsteczek".

Jak większość wielkich idei i mitów w zachodnim kręgu kulturowym najstarsze wzorce grupowych czy narodowych miejsc pamięci o charakterze bitewno-sepulkralnym dali starożytni Grecy. Od nich też dowiadujemy się, że już wówczas miejsca pamięci stanowiły przedmiot sporów i manipulacji. Tożsamość grupowa opiera się przecież głównie na pamięci: wspólnocie przeżyć. Gdy jej zabraknie, ani wspólny język, ani wspólna religia nie starczą do zachowania narodowego bytu.

Na czele greckich mitów bitewnych kroczy oblężenie Troi, jedno z najstarszych miejsc pamięci w ogóle. I od razu globalne! O przypadkach pięknej i niewiernej Heleny debatowano nad Morzem Śródziemnym, na Środkowym Wschodzie, wśród kapłanów egipskich. I nawet gdyby wojnę trojańską uznać za wytwór geniuszu literackiego, w niczym nie umniejsza to jej wagi jako symbolu, wokół którego krystalizuje się i zagęszcza zbiorowa pamięć, tworząc szablony – stereotypy dla grupowej tożsamości. Symbole nie muszą być prawdziwe ani zgadzać się z poczuciem zdrowego rozsądku. Siła symboli bierze się stąd, że dotykają nieobliczalnych uczuć.

Wśród greckich miejsc pamięci, mających podstawę w historycznie poświadczonych starciach zbrojnych, prym wiodą cztery bitwy długich zmagań grecko-perskich w V w. przed Chrystusem: Maraton, Termopile, Salamina i Plateje. Legenda Termopil zaczęła się kształtować w momencie podjęcia przez Spartan heroicznej decyzji o pójściu na pewną śmierć. Legenda Platejów wiązała się z rozbiciem armii perskiej oraz liczbą poległych i rannych. Herodot mówi o rzezi platejskiej, dodając, że w Grecji wzrosła gwałtownie produkcja protez. Miasta uczestniczące w bitwie zbudowały pod Platejami wspólny cmentarz, podzielony jednak na osobne, „narodowe" kwatery. A ponieważ Plateje leżą w Grecji centralnie, łatwo było dostrzec, kogo w tej decydującej bitwie zabrakło. Szybko pojawiły się więc na cmentarzu groby puste, budowane przez tych, którzy w ogóle się pod Platejami nie stawili lub uciekli z pola bitwy.

Bitwy średniowieczne, które dały europejskim narodom najwięcej mitów fundacyjnych, były równie okrutne jak starożytne. Dopiero w końcu średniowiecza – zapewne pod wpływem upowszechnienia się wiary w czyściec – rannych i jeńców zaczęto traktować lepiej i nie mordowano zbiorowo na polu bitwy. Dobrym przykładem jest starcie pod Grunwaldem w 1410 r., jedna z tych bitew, których mit rodził się już w trakcie walki i trwał nieprzerwanie przez wieki, przystosowując się do czasów i potrzeb politycznych, społecznych, narodowych. Z relacji bliskich bitwie grunwaldzkiej wyłania się obraz traumatycznego dla obu stron przeżycia. Dominują w nim jęki rannych, umierających w męczarniach zimnej, choć letniej mazurskiej nocy. Z czasem narracja grunwaldzka podzieliła losy opowieści o bitwach greckich. Gloria lub poczucie wstydu, zależnie od strony konfliktu, zupełnie wyparły cierpienie.

Poza krąg przemocy

Od zarania historii wojnę wymienia się wśród największych plag: obok epidemii, głodu i ognia. Zarazem wynosi się pod niebo bohaterstwo bitewne. Jednym z rezultatów naszej odwiecznej niekonsekwencji w ocenie wojny i pokoju jest pewnego rodzaju schizofrenia: ciągniemy na wojnę z wezwaniem do pokoju na ustach. Wobec tego, że nasza mentalność nie podlega, na ile wolno sądzić ludzką miarą, większym przekształceniom, a jednocześnie gwałtownie zwiększają się nasze technologiczne i organizacyjne możliwości, konflikty między społecznościami ludzkimi przyjmują coraz dramatyczniejsze wymiary. Wiemy tymczasem, że społeczeństwa pokojowe istniały, ale nam samym nie udaje się wyjść poza zaklęty krąg przemocy. Co więcej, znane nam społeczności pokojowe wyglądały tak odmiennie od naszej, że ani nie wiadomo, czy ich nauki są dla nas dostępne, ani nawet, czy byśmy chcieli je naśladować.

W bezpiecznym, lecz obezwładniającym raju już byliśmy. Wybraliśmy wolność. Chcąc w niej uniknąć chaosu, musimy nie tylko zaakceptować samą różnorodność, ale i wypracować wspólne mechanizmy rozwiązywania konfliktów na jej tle. To ogromne i wciąż słabo dostrzegane wyzwanie dla społeczeństw demokratycznych, jeśli nie chcą być pożarte przez nowego globalnego Lewiatana.

Autor jest profesorem historii na Uniwersytecie Szczecińskim. Powyższy esej stanowi skrót wykładu wygłoszonego w ramach cyklu „Szczecin humanistyczny", zorganizowanego przez prof. Urszulę Chęcińską

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA