fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Od Urugwaju do Niemiec. Mundial czyli miesiąc fiesty lub rozpaczy

Pierwsze mistrzostwa świata w piłce nożnej odbyły się w 1930 r. w Urugwaju. W finale Argentyna zmierzyła się z gospodarzami, późniejszymi triumfatorami imprezy. Na zdjęciu Pedro Cea wyrównuje stan rywalizacji na 2-2, pokonując argentyńskiego bramkarza Juana Botasso
Getty Images
Dwa, trzy mecze... Ale sześćdziesiąt cztery plus karne? Dla wielu to już lekka przesada. Cóż się dziwić? Niektórzy po prostu chcą coś współprzeżywać, a jak mało jest dziś w życiu okazji, by podrzeć się w realu.

Zaczęło się. W Europie mecze wypadają jeszcze jakoś po ludzku, po godzinach pracy. W Afryce podobnie, ale tam mniej ludzi ma robotę w stylu zachodnim. W Akrze, stolicy Ghany, knajpy przypominają te europejskie, ale gdy pojedzie się na północ, w kierunku Kumasi, piwa można się napić już w typowych dla interioru tancbudach – z blachy, czasem z dykty, a często z kratą oddzielającą barmana od spragnionych. Za drzwi służą nieśmiertelne tiulowe firanki, no i oczywiście w centrum pomieszczenia stoi telewizor. Nie ma nic przyjemniejszego niż wieczór w takim miejscu. W mieścinie bez sklepu, z boiskiem zarosłym trawą wyższą od bramek, gdzie nowiutkie tablice promują nienaganną angielszczyzną mecz Premiership i mogłyby spokojnie stać przed pubem w Londynie. Opisu knajp arabskich nawet nie zaczynam: by opisać tamtejszą piłkarską fiksację zachodni język wydaje się być zbyt ubogi.

W Afryce większość meczów wypada wieczorem, gdy upał już odpuszcza. Co innego u Latynosów. Tam patrzą w ekrany do południa. Wyobraźmy sobie bar w Rio de Janeiro wypełniony tłumem o dziesiątej rano. Poszkodowani są Azjaci, szczególnie na Dalekim Wschodzie. Mecze wyświetlane są tam w środku nocy, wtedy, gdy Azja już śpi. Może poza paroma wyjątkami betonowych metropolii.

Powtórki z porażek

Mundial to nie tylko moment globalnej solidarności. Parafrazując Nabokowa z jego posłowia do „Lolity", są w piłce nożnej momenty stanowiące unerwienie życia, zupełnie jak w literaturze. Kryją się w nich „tajne punkty, podświadome współrzędne, wedle których utkano fabułę" – kluczowe dla autora, choć niepozorne.

Półwolej Jamesa Rodrigueza w meczu z Brazylią i widzisz wyraźnie, jak na zbliżeniu, wycinek własnego życia. Albo natarcie zbitych jak konie Chilijczyków na spłoszonych Hiszpanów. Prywatne epoki lodowcowe.

Świat przed i po mundialu. Pomyśl, gdzie będziesz za cztery lata – nic nie wymyślisz. Z tej wyrwy w czasie trudno się wywinąć. Choćbyś zamknął się w piwnicy, to i tak, wcześniej czy później, cię dopadnie.

Cóż się dziwić? Niektórzy po prostu chcą coś współprzeżywać, a jak mało jest dziś w życiu okazji, by podrzeć się w realu.

Dwa, trzy mecze... Ale sześćdziesiąt cztery plus karne? Dla wielu to już lekka przesada. Malowniczo wyglądają znużeni kibice w poświacie białej nocy, zsuwający się na sofach podczas dogrywek. Miesiąc będzie trwać w Polsce coś w rodzaju fiesty i to jest dobra wiadomość dla tego narodu. Tym lepsza, jeśli coś ugramy. Spektakularne porażki wywołują z kolei brzytewne sceny. Ludzie hamletyzują, nie wracają do domów lub błąkają się jak pewien kibic, który po przegranej z Czechami na Euro 2012, widziałem to na własne oczy, wyszedł z wesela i szedł przed siebie w amoku. Szedł w podbeskidzki mrok wzdłuż trasy wolnego ruchu – na szczęście – i odnalazł się na drugi dzień. Proszę sobie wyobrazić, że przyczyną nie był alkohol. Gdy konfetti opadnie, jakoś strach wyjść na ulicę – to obce oślepiające światło, ta lepka cisza. Lęk przed nieznośną zwyczajnością. Za każdym razem trudno wyjść z podziwu, jak szybko ludzi wciąga młyńskie koło bieżących spraw: i nie sposób nazwać tej siły. No bo przecież nie pieniądze. Niektórzy do następnego meczu o punkty aplikują sobie dawkę powtórek, spędzają wieczory z piłką na YouTubie. W nieskończoność dozują euforię i śledzą kataklizmy. W youtube'owej pętli czasu pojawi się w końcu pytanie o sam początek – o Stworzenie, czyli jak wyglądał pierwszy mundial?

Genesis

Na początku był rok 1930. Mundialowy rok zero. W 1924 i 1928 roku odbyły się igrzyska olimpijskie wygrane przez Urugwaj, uznane później za rodzaj amatorskich mistrzostw świata. To dlatego Urugwajczycy noszą na koszulkach nie dwie, ale cztery gwiazdki oznaczające tytuł mistrzowski. W piłkę w ogóle grało się długo wcześniej, brytyjskie rozgrywki ligowe ruszyły w latach 80. XIX wieku, kiedy Prus publikował kolejne odcinki „Lalki" w prasie. Dopiero jednak po Wielkiej Wojnie fala piłkarskich emocji porwała narodowe reprezentacje na pierwszy mundial, w Urugwaju, a w zasadzie w jednym mieście – w Montevideo. W międzywojniu wiedza Europejczyków na temat tego kraju była na pewno nie mniejsza niż dziś, a być może nawet ściślejsza, biorąc pod uwagę ówczesny imigracyjny ciąg w tamte strony.

Urugwajczykom powodziło się. Ledwie parę lat wcześniej osłabła ostatnia fala imigracji z Bliskiego Wschodu i Europy Wschodniej. Populacja kosmopolitycznej stolicy podwoiła się od 1908 roku. W tym okresie wzniesiono piękne budynki, wille, pałace i La Ramblę – nadmorską aleję, która podkreśliła głębię Atlantyku. Urugwaj wydawał się idealnym miejscem na inaugurację nowej ery w piłce i każdy kopacz marzył, żeby tam pojechać.

Futbol dawnych czasów

Jako młody chłopiec zafascynowany futbolem oglądałem bez końca filmowe dokumenty o historii mistrzostw świata. Bardzo podobało mi się, że europejskie reprezentacje płynęły do Montevideo statkami pasażerskimi. Operatorzy uchwycili tryb dnia futbolistów: przebieżki od burty do burty, pompki i piłkę płoszącą mewy. Podróż trwała wystarczająco długo, żeby dziś z kontuzji wyleczyć Kamila Glika. Piłkarze, chłonąc atlantycką bryzę, wyobrażali sobie Nowy Świat, który ich wabił – większość z nich osiągnęła już taki wiek, kiedy człowiek chciałby zacząć w życiu wszystko od początku. Montevideo. Co mogło mówić im wtedy to słowo? Na jednym z liniowców płynęła reprezentacja ówczesnej Jugosławii, o czym serbski reżyser Dragan Bjelogrlić nakręcił zabawny, a dla wielu widzów nawet urzekający film pod tytułem „Montevideo, smak zwycięstwa". Mały chłopiec, bohater i lektor tej kinowej opowieści, mówi: „Montevideo, wcześniej ta nazwa nie mówiła nam nic. Nagle wszyscy zaczęli powtarzać to słowo". Monte, wiadomo: góra. A video? Czyżby już wtedy? Otóż nie. Etymologia nazwy stolicy jest żeglarska: Monte – góra, VI (szósta), de E.O (płynąc ze wschodu na zachód). Produkcja zgrabnie oddaje gorączkę, jaka zapanowała w środowisku piłkarskim na wydźwięk tej nazwy. Wyjazd na mundial był przecież obietnicą czegoś więcej niż udział w zawodach sportowych. W umysłach zawodników rozbłysła wyobraźnia podróżnicza żywiąca się solidną niewiadomą. Montevideo budziło starą tęsknotę za czystym, przestronnym światem, który nie zna zimy.

Listowne zaproszenie

Jugosławia miała wtedy mocną pakę. 20-letni „Tirke", Aleksandar Tirnanić, i „Moša", Blagoje Marjanović, zawodnicy BSK Belgrad, główni bohaterowie tej opartej na faktach produkcji, byli ówczesnymi celebrytami w swoim kraju. Gdy Moša w 1938 roku poślubił chorwacką dziewczynę z Dalmacji, był na ustach wszystkich. Tak, to była inna piłka, ale mimo to: Moša kropnął dla BSK 575 goli. Film opowiada o przyjaznej rywalizacji tej dwójki. Nie tylko na boisku, ale również o kobiety. A wszystko w atmosferze młodego państwa, wyniszczonego przez wojnę, do którego zagląda wielki świat: salony, gramofon czy radioodbiorniki, przy których kibice w typowo serbskiej kafanie (knajpie) nasłuchują wieści z piłkarskich aren.

Jest jeszcze coś, heroiczne zmagania jugosłowiańskiego związku piłkarskiego z ponadczasową kwestią: brakiem forsy. Europa ledwo zipała po uderzeniu kryzysu. Pierwszy mundial odbył się bez eliminacji. FIFA zaprosiła do udziału wszystkich członków, wyznaczając datę zgłoszenia. Gdy nikt się nie zapisał, uniżono się nawet przed Wielką Brytanią, która do FIFA wtedy nie należała. Wysłano imperium zachętę do udziału w turnieju. Odmówili. Być może dla narodu, który futbol wymyślił, pierwsza taka impreza w innym miejscu wydawała się urazą. Mundial wyłącznie dla zespołów z Ameryki Południowej oznaczałby z kolei porażkę całej inicjatywy, więc do sprawy włączył się szef FIFA Jules Rimet i Urugwajczycy obiecali zwrot kosztów podróży dla zespołów z Europy. Chwilę potem na rejs za Atlantyk zgłosiły się Francja, Belgia, Rumunia i Jugosławia.

Mistrzostwa świata – to się nie opłaca

Powód tego oporu w Europie był jeszcze jeden: prezesi klubów i trenerzy nie chcieli wypuścić swoich gwiazd na parę miesięcy. W Rumunii sam król Karol II wstawił się za zawodnikami i starał się zagwarantować im, że zostaną przyjęci do pracy po powrocie do kraju. Jugosłowianie też chodzili z błagalnymi prośbami do swojego władcy. Gdy działacze wskazali na przykład rumuńskiego monarchy, Aleksander I Karadziordziewić odpowiedział, przynajmniej w tej fabule: „No tak, ale król Rumunii ma w swoim kraju tylko Rumunów, a nie Serbów i Chorwatów!". Chorwaci odmówili wspólnego występu z Serbami. Reprezentanci Jugosławii płynęli parowcem pocztowym z Marsylii, ale inny liniowiec, „Conte Verde", płynący z Genui, zabrał na pokład reprezentantów pozostałych krajów europejskich, a w Rio de Janeiro dosiedli się jeszcze Brazylijczycy i zanim dopłynęli do Urugwaju, wszyscy byli pewnie kolegami. Film kończy się w momencie, gdy Jugosłowianie wyjeżdżają z kraju. Team z Bałkanów nie przyniósł wstydu: dotarli aż do półfinału, gdzie Urugwajczycy wcisnęli im sześć goli w odpowiedzi na jedną bramkę.

W zaciętym finale Urugwaj uporał się przy 93 tysiącach nabuzowanych fanów z ówczesnymi galácticos z Argentyny. Pierwszą połowę zagrali futbolówką dostarczoną przez Argentynę (tę partię Urugwaj przegrał), drugą, jak ustalono, ciężką skórzaną piłką z Urugwaju, która dla rywali zza miedzy nie miała litości. Film nie zawiera już epilogu: po powrocie do Europy Moša został pierwszym profesjonalnym zawodnikiem w kraju, co znaczy, że dostawał regularną pensję za granie w piłkę, równowartość 32 dolarów amerykańskich miesięcznie. Ostatni mecz w reprezentacji zagrał w 1938 roku w Belgradzie przeciwko Polsce i strzelił nam gola. Przegraliśmy 1: 0, ale i tak awansowaliśmy po raz pierwszy na mundial.

Chłopiec z filmu, mniej więcej 12-letni, zauważa: „Kiedyś to było na odwrót: to biedni grali w piłkę, a bogaci siedzieli na trybunach". Gdy byłem w jego wieku, na parę tygodni wstrząsnęła mną informacja, że reprezentanci Polski dostają za występy z orłem na piersi pieniądze. Było to przy okazji fotografii Koseckiego w pozie cinkciarza przeliczającego z kolegami dolary w pokoju hotelowym podczas zgrupowania w połowie lat 90. Potem przyjąłem zasadność zwrotu kosztów podróży, a w końcu honoraria, niech będzie, za pracę.

Patrząc na wydarzenia sprzed prawie stu lat, wydaje się, że zmieniło się wszystko: zawody rozgrywano na trzech stadionach, mecz Rumunia – Peru obejrzało 300 wiernych, dwóch trenerów sędziowało mecze, kibice z Argentyny płynęli do Montevideo statkami, wielu z bronią palną, a w porcie był taki tłok, że wielu nie dotarło na stadion, bramkarze bronili w kaszkietach na głowie, dzieci wyprowadzające piłkarzy nosiły marynarki i krawaty, ale co w tym dziwnego, skoro wówczas w Polsce zjeżdżało się w takim stroju na nartach.

Ocalałe klatki filmowe z tego turnieju uświadamiają jednak, że nad trybunami unosił się już ten sam duch, który na miesiąc ożywia świat. Niewiele tam widać. Stadion – ul, życie. I tak nigdy nie zobaczymy pierwszej bramki zdobytej na mundialu przez Francuza Luciena Laurenta w meczu z Meksykiem. Ta akcja zapisała się tylko w czystej rzeczywistości. Nagranie nie istnieje. 1930 rok. Amigos, bawcie się do oporu! Jeszcze dziewięć lat. I tak będziecie mieć fart z tym swoim oddaleniem od ludzi, którzy okazali się bardziej upiorni od najgorszego caudillo z Ameryki Południowej.

Gol Glika oglądany w tropikach

Mundial powinno się jednak oglądać poza domem. Na przykład popijając z miejscowymi czerwone wino ze Smederova w serbskim Krnjevie – miasteczku, w którym urodził się Tirke. Serbia po ośmiu latach wróciła na mistrzostwa i z najmocniejszą ekipą od lat może spokojnie powalczyć o wyjście z grupy. Albo w birmańskiej Miktili, gdzie w 2012 roku w tropikalnym mroku oglądaliśmy transmitowany przez anglojęzyczny kanał mecz Polska – Anglia wspólnie z tłumem miejscowych ubranych w sarongi, ucieszonych rykiem Jurka Jureckiego z „Tygodnika Podhalańskiego", gdy Kamil Glik wpakował głową piłkę do siatki. Kto przewidział, że pół roku później w tej ulepionej ze snu mieścince buddyści będą ścinać głowy muzułmanom? Inauguracyjna batalia Rosjan z Arabią Saudyjską? Najchętniej na Sachalinie. Wtedy już tam świta. Tygrysy wracają z nocnych łowów. Komentarz z nierzeczywistej Moskwy w środku tajgi może tylko wzruszyć.

Myśląc o tym dniu, zamiast piłki widzę las Uralu i przypominam sobie sowiecką mapę, która oznajmiała, że do następnej ludzkiej osady jest cztery dni spływu rzeką. Widzę naturalny lód metr pod drewnianą podłogą w sieni, w którym gospodarze trzymali mięso i nabiał. W dziesiątkach tysięcy ludzkich skupisk widzę puszki telewizorów, w które ktoś nadal nerwowo uderza, by ekran przestał śnieżyć.

Andrzej Muszyński (ur. 1984) – prozaik, autor m.in. zbioru opowiadań „Miedza" (2013), powieści „Fajrant" (2017) oraz dwóch reportaży: „Południe" (2013) i „Cyklon" (2015)

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA