fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

„Ucho prezesa” groźne dla władzy

YouTube/Ucho prezesa
Polskie życie medialne jest bogate, każdego dnia dziesiątki polityków i liderów opinii zaludniają rozmaite studia telewizyjne i internetowe. Informacje, a jeszcze częściej komentarze, spadają na nas jak medialne konfetti. Serial „Ucho Prezesa" selekcjonuje, mówi kilku milionom wyborców: „Tylko to jest ważne". Najczęściej nie to, czym chciałby się chwalić rząd.

Na naszych oczach powstało nowe zjawisko społeczne. Od 5 do 10 mln widzów każdego odcinka (wliczając różne kanały dystrybucji) czyni z „Ucha Prezesa" jedną z najpoważniejszych platform dyskusji o polityce w Polsce. Rzecz nie tylko w tym, że każdy odcinek emitowanego w internecie kabaretowego serialu oglądają miliony. Wiele innych internetowych seriali ma ogromną widownię, ale nikt nie rozmawia o nich w autobusie. „Ucho" zaś komentują na bazarze, w sali wykładowej, na posiedzeniu spółdzielni mieszkaniowej. W serwisach społecznościowych ludzie wymieniają się tekstami z serialu: „nie rozumiem tego", „Polcy i Polaki", „Panie Adrianie" wchodzą do języka jak kiedyś cytaty z „Misia".

Jeśli dzisiejszy obóz władzy znajdzie się szybko w opozycji, to współsprawcą będzie Robert Górski. To on stworzył gatunek, który rozumieją przedstawiciele kilku pokoleń, opowiedział polską politykę w sposób, w jaki dotychczas nikt tego nie zrobił. Dzięki wydarzeniom z obszaru kultury masowej krytyka rządzących przybiera zupełnie inną formę, groźniejszą dla każdej władzy.

Aha, masz podobne poglądy

Do sukcesu „Ucha" przyczyniło się zawężenie palety politycznej różnorodności w mediach publicznych. Przez kilkanaście lat kabaret polityczny miał swoje miejsce w telewizji publicznej i nikt o nim nie rozmawiał. Wyjąwszy „haratanie w gałę" Donalda Tuska, był po prostu skierowany do amatorów tego gatunku rozrywki i niezainteresowani ani myśleli, żeby szukać go w programie. Ostre kpiny tego samego Górskiego przykładowo z prezydent Warszawy nie opuszczały niszy kabaretu. Siłą „Ucha" jest to, że szlaban w publicznych mediach na pewne formy krytyki spowodował, iż stało się ono – jakby „zakazane" – źródłem zainteresowania także tych, którzy nie interesowali się polityczną satyrą od czasów Kabaretu Olgi Lipińskiej.

„Ucho" rozprzestrzenia się jak wirus poza tradycyjnym obiegiem medialnym – jego twórcy nie potrzebują miejsca w ramówce oficjalnych telewizji. Właśnie dzięki temu serial zyskuje w oczach odbiorców walor niezależności i pokazuje, że można mieć wpływ na politykę bez zabiegania o koncesje w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji i pytania o opinię Rady Mediów Narodowych. Model biznesowy promocji nowego kanału filmowego w internecie sprawdził się znakomicie. Śmiech wyjęty spod prawa koncesyjnego, czasem na granicy szyderstwa staje się zabójczy dla każdej władzy.

Siła rażenia „Ucha" wzrasta proporcjonalnie do ujednolicania przekazu w mediach publicznych, którą coraz odważniej krytykują kolejni publicyści: Piotr Zaremba, Robert Mazurek, a ostatnio i były prezes TVP Bronisław Wildstein. Nawet zwolennicy PiS mówią coraz częściej: z ciekawości to i TVN pooglądam. A tu mają „Ucho" jak znalazł.

Jakie są zatem społeczne funkcje kabaretowego serialu Roberta Górskiego? Ludzie zyskali dzięki niemu bezpieczną formę rozmowy o polityce. Za „Uchem Prezesa" można się schować – zawsze można powiedzieć, że się żartowało. Łatwiej omawiać w pokoju nauczycielskim losy „pana Adriana" (sekretarka, pani Basia, stale myli imię prezydenta czekającego bez końca, aż będzie mu wolno wejść do gabinetu prezesa), niż wchodzić w dyskusje polityczne wprost w czasach, gdy o politykę kłócą się sąsiedzi i rodziny. W tym sensie fenomen serialu powinny analizować zespoły psychologów społecznych w głównych partiach politycznych – następny rząd, jeśli Górski zechce lub znajdzie się ktoś z podobnym do niego talentem, będzie miał swoje „Ucho" i potężny z nim problem. Tak mocna ucieczka w kpinę musi oznaczać jakieś społeczne wycofanie się pewnych grup obywateli z innych, bardziej bezpośrednich form debatowania o poczynaniach władzy.

W Polsce humor polityczny ma swą tradycję z czasów PRL, podobnie jak w innych krajach „demokracji ludowej", w podglebiu kulturowym została tamta tradycja. Jan Pietrzak czy Marcin Wolski wciąż smagają (w tym przypadku opozycję) swoimi tekstami. Nie ma jednak prostych skojarzeń. „Ucho" nie wraca dzisiaj jako prosty refleks tamtych czasów, ale jako opowieść o polskim postrzeganiu polityki.

Kolejna funkcja internetowego serialu to demaskowanie. „Ucho" demaskuje niekompetencję ministrów, ale też nieprzygotowanie opozycji, jej kłótliwość i absurdalność podejmowanych działań. Demaskuje politykę: pokazuje powiązania rodzinne i towarzyskie, bezsensowne personalne gry. W tym względzie przekaz serialu potwierdza negatywne intuicje wielu obywateli na temat „prowadzenia się" elit. Oczywiście, „Ucho" jest także narzędziem do piętnowania zachowań nieetycznych w polityce – ma funkcję pedagogiczną. Ono desakralizuje. Miejsce, w którym podejmowane są kluczowe dla państwa decyzje – gabinet Prezesa – staje się oswojonym siedliskiem kota. Połączone z sypialnią jest widownią zwykłych kłótni, jedzenia pierogów jak w milionach polskich rodzin. Widzimy ludzką twarz polityki – ministrowie, a także liderzy opozycji są pokazani jak zwykli ludzie ze swoimi niedoskonałościami, ale też namiętnościami do kobiet czy do polowania.

„Ucho" potwierdza stereotypy, a nawet je wzmacnia. Utwierdza ludzi w przekonaniu, że obiegowe opinie są oparte na rzeczywistych wydarzeniach. Czasami serial Górskiego po prostu umacnia przekonanie rozpowszechniane przez opozycję. Największą ofiarą umacniania stereotypu politycznego jest Andrzej Duda. Wśród obserwatorów powszechne było przekonanie, że to postać „pana Adriana" zmotywowała polityków obozu rządzącego do działania – jeśli chodzi o ratowanie politycznej siły prezydentury. Mówimy oczywiście o odbiorze wśród ludzi. Prezydent zaczął więcej przemawiać, pisać listy do MON, ujawniać treść listów, na które nie otrzymał dotąd odpowiedzi. Pojawiły się nowe propozycje polityczne (referendum konstytucyjne) itd. „Ucho" może więc spełniać wręcz rolę mobilizującą dla rzeczywistych aktorów sceny politycznej.

Jest ono wreszcie opowieścią dla narodu o mechanizmach władzy. Prace politologiczne mają po kilkaset egzemplarzy nakładu. Kto dzisiaj je czyta, gdy nawet klasa średnia ucieka od takich lektur? „Ucho" przemawia obrazkami (charakterystyczne, że krótsze odcinki są lepsze i ciekawsze). Kultura filmiku, ulotnego zdjęcia zastąpiła sążniste polityczne artykuły, tak jak w życiu esemesy wyparły e-maile, a e-maile tradycyjne listy. Ludzie jak ze średniowiecznych malowideł dowiadują się z uchowych impresji o prawach polityki. „Ucho" jest tym dla telewizji, czym mem dla sieci. Utrwala się przekonanie, że nic nie dzieje się w rządzie ani w parlamencie, a wszystkie decyzje zapadają na Nowogrodzkiej.

Niebawem powstaną zapewne pierwsze prace politologiczne o wizerunku władzy na podstawie „Ucha". Z niego też naród dowiaduje się, kto naprawdę w politycznej elicie jest ważny, a kto nie. Wyjątkowość formuły tego serialu stanowi o jego najtrudniejszej z punktu widzenia władzy cesze. „Ucho" porządkuje obywatelowi w głowie. Polskie życie medialne jest bogate, każdego dnia dziesiątki polityków i liderów opinii zaludniają rozmaite studia telewizyjne i internetowe. Informacje, a jeszcze częściej komentarze, spadają na nas jak medialne konfetti. „Ucho" selekcjonuje, mówi kilku milionom wyborców: „Tylko to jest ważne". Najczęściej nie to, czym chciałby się chwalić rząd.

Ale przede wszystkim pomaga ono politykom w budowaniu pozycji i rozpoznawalności. Do twórców filmu docierają ponoć prośby znaczących postaci z rządu, żeby wziąć je na warsztat: pokazać, zwrócić uwagę opinii publicznej, nawet obśmiać. W czasie poważnych ograniczeń dla ministrów w tzw. chodzeniu do mediów wizyta ich sobowtóra w „Uchu" na Nowogrodzkiej jawi się jako unikalna szansa na pokazanie się publiczności innej niż fanatycy programów informacyjnych. Coś jak stałe wizyty Janusza Wojciechowskiego w programie „Sprawa dla reportera" Elżbiety Jaworowicz.

„Ucho" ma wreszcie funkcję konsolidacyjną – mówienie „uchem" jest kodem oznaczającym najczęściej pewien poziom opozycyjności. W ten sposób nie trzeba zadawać przypadkowo poznanym znajomym lub współbiesiadnikom na proszonych imieninach u cioci kłopotliwych pytań, na kogo i dlaczego się głosowało. Odwołanie do „Ucha" jest pierwszym sygnałem: możemy pogadać także o polityce, „aha, masz podobne poglądy". Ale i zwolenników władzy poznać w takiej rozmowie łatwo. Dzięki odcinkowi z opozycją możemy usłyszeć ratunkowe zdanie pełne nieskrywanej satysfakcji: „Czy widzieliście Grzegorza, Ryśka i Władka? Co za menażeria?". Już wiadomo – ten kod oznacza: „Nie myśl, że będę z Tobą tracił czas na atakowanie »dobrej zmiany«".

Czy Górski ma informatora

Dawny Górski znany z telewizyjnego kabaretu przepoczwarzył się w coś innego. Czy to polska wersja „Yes, prime minister", brytyjskiego serialu telewizyjnego z lat 80. ubiegłego wieku, ironicznie komentującego rządy Margaret Thatcher? Czy Jarosław Kaczyński jest jak Żelazna Dama i wyczekuje co tydzień dnia, w którym pojawi się kolejny odcinek „Ucha Prezesa"? Część obserwatorów wciąż widzi w „Uchu" ciche poparcie dla rządu i PiS. Szef partii jest wręcz uosobieniem archetypu dobrego cara. Nie tylko dobrego, ale także mądrego i powściągliwego, wyrozumiałego, hojnego (na swój sposób) dla dzieci. Nic to – powiadają zwolennicy tej tezy – że współpracownicy nie zawsze wypadają najlepiej. Gwarancją spokoju obywateli ma w tej koncepcji być powściągliwy szef.

I tak dochodzimy do sprawy zasadniczej: czy „Ucho" mówi prawdę? Czy Górski ma informatora, który opowiada mu rzeczywiste wydarzenia z obozu władzy, tak jak było w przypadku „Yes, prime minister"? Dla własnego bezpieczeństwa ktoś taki powinien być jednocześnie jednym z częstych bywalców „Ucha". Prawda jest jednak taka, że w tym serialu nie ma znaczenia, co jest prawdziwe. Dowcip polityczny nie może być traktowany jako opowieść o rzeczywistych wydarzeniach. Nie miałoby to większego sensu.

Szczególnie że przedstawiciele obozu rządzącego są gadatliwi. Poranne audycje pozwalają uważnemu słuchaczowi rekonstruować wiele wydarzeń z życia na szczytach władzy. „Ucho" działa na innym polu, znacznie ważniejszym w polityce niż fakty – działa na polu percepcji. Naród potrzebuje sobie jakoś wyobrażać salony władzy. Ascetyczny pokój prezesa pojawiał się w fotografiach do wywiadów – jednak zbiorową wyobraźnię uformuje biuro urządzone w pierwszym odcinku przez Mariusza, nieodłącznego towarzysza szefa.

Może to jest polskie „House of Cards"? Za mało politycznej brutalności, za mało planu, za dużo przypadku na szczytach władzy. Z „Ucha" wypływa dla ludzi wniosek, że polska polityka nie jest tak brutalna i wyrachowana. Serial przedstawia ją jako sumę przypadków, nieporadności i dobrej woli niepopartej kompetencjami. Familiarność w postaci częstowania pierogami czy proces przygotowywania „swoich kanapek" przez panią Basię nie mieszczą się w mrocznej wizji polityki spod znaku Franka Underwooda i chyba tak jest lepiej dla wszystkich.

A więc dramat czy komedia polityczna? „Ucho" to nasze krzywe zwierciadło, głos o polityce inny niż w ustandaryzowanych przekazach medialnych. Oglądanie tego serialu to swoista forma zaangażowania Polaków w politykę. Ale czy ktoś poza granicami Polski zrozumiałby dowcipy z „Ucha"? Czy będą się z nich śmiać na innych kontynentach jak z „Yes, prime minister"? To kolejna bariera do przekroczenia przez Górskiego.

Autor jest adiunktem INP PAN, był m.in. wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiS.

„Ucho Prezesa" to serial emitowany od stycznia tego roku w internecie – na YouTubie i (od lutego) w serwisie Showmax. Zakończony już pierwszy sezon liczył 16 odcinków, na wrzesień zapowiadany jest początek drugiego sezonu.

Twórcą „Ucha" jest Robert Górski (znany wcześniej głównie z Kabaretu Moralnego Niepokoju). On też gra w nim główną rolę – prezesa partii, odwiedzanego w swym gabinecie najczęściej przez polityków z jego obozu, którzy zdają sprawozdanie ze swej działalności i odbierają instrukcje. Prezesowi towarzyszy zawsze Mariusz, grany przez Mikołaja Cieślaka. Choć każdy widz wie, że chodzi o Jarosława Kaczyńskiego i Mariusza Błaszczaka, w serialu nie padają nazwiska prawdziwych postaci (wyjątkiem jest Krzysztof Penderecki, który pojawia się w 11. odcinku).

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA