fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jacek Tacik: Zamach na Jana Pawła II

Wikimedia Commons, domena publiczna
Siostra Letizia Giudici: Mężczyzna uciekał, próbował zygzakiem wymijać przestraszonych wiernych. Mierzył na oślep z broni. Celował we mnie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że pistolet się zaciął. Krzyczałam: „Łapcie go! To on strzelał!". Nikt nie reagował.

Zanim zaczniemy, ustalmy jedno: nie jestem bohaterką, nie uratowałam papieża, nie goniłam zamachowca i nie wyrwałam mu broni. Różne rzeczy o mnie pisano. Zrobiłam po prostu to, co każdy zrobiłby na moim miejscu.

Czyli co?

Nigdy wcześniej nie byłam na placu Świętego Piotra. Audiencję generalną widziałam w telewizji. Wolałam być wcześniej, niż przyjechać po wszystkim. Ludzie mieli żółte i błękitne bilety. Zajmowali miejsca siedzące przed ołtarzem. My stanęłyśmy za nimi, blisko barierek, obok których miał przejechać papież. Była 15.30. Audiencja zaczynała się o siedemnastej.

Dźwięk dzwonów wybudził nas z letargu. To był gorący dzień. Zobaczyłam białą postać w papamobile. Zaczęłyśmy krzyczeć: „Niech żyje papież!". Stał odwrócony do nas tyłem. Pozdrawiał ludzi. Zdenerwowałam się: „I tak to ma wyglądać? Lepiej widać w telewizji". Starszy mężczyzna złapał mnie za ramię: „Siostro, cierpliwości, papież zrobi drugie okrążenie". Ustąpiłam mu miejsca. Wycofałam się, żeby lepiej widział. Stałam 10 metrów od barierek. Ojciec Święty trzymał na rękach dziewczynkę o kręconych blond włosach. Nasze spojrzenia skrzyżowały się. Tak mi się przynajmniej wydawało. Przeżegnałam się. Nagle wyrósł przede mną chudy, wysoki mężczyzna. Uniósł prawą rękę. Byłam przekonana, że trzyma w niej aparat. Zasłonił papieża. Znowu się zdenerwowałam: „Dlaczego właśnie teraz musisz robić zdjęcie, nie możesz poczekać kilku minut?". Rozległ się huk. Po nim następny. Zaczęłam krzyczeć: „Niech żyje papież!". Myślałam, że ktoś odpalił sztuczne ognie na cześć Ojca Świętego. Zamiast wiwatów usłyszałam przeraźliwe krzyki. Zauważyłam pistolet. Z jego lufy unosił się gęsty dym.

Ile padło strzałów?

Dwa.

Mężczyzna uciekał, próbował zygzakiem wymijać przestraszonych wiernych. Mierzył na oślep z broni. Celował we mnie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że pistolet się zaciął. Krzyczałam: „Łapcie go! To on strzelał!". Nikt nie reagował. Ludzie myśleli tylko o papieżu. Zamachowiec poślizgnął się na wypolerowanej kostce, którą wybrukowany jest plac Świętego Piotra. Upadł na plecy i wtedy rzuciłam się na niego. Złapałam za kołnierz i szarpnęłam: „Dlaczego strzelałeś?! Dlaczego to zrobiłeś?!". Patrzył na mnie oszołomiony. Usłyszałam niski, gruby głos: „No io, no io". Włoch powiedziałby „Io no, io no", czyli „Ja nie, ja nie". Miał ciemny kolor skóry. Pomyślałam, że jest Marokańczykiem. Nie miał już broni. Musiał ją wyrzucić. Następnego dnia poinformowano w telewizji, że znaleziono ją niedaleko poczty watykańskiej na placu Świętego Piotra. Mężczyzna próbował się wyrwać. Trzymałam go kurczowo za kołnierz, nie puszczałam. Ktoś złapał jego ręce i przełożył za plecy. Przestał się szarpać. Słyszałam krzyki: „Policja! Policja!". Poczułam uderzenie. Ludzie zaczęli okładać go w złości pięściami. Dostałam przypadkowo kilka ciosów. Jakiś mężczyzna nachylił się nade mną: „Siostro, proszę go puścić, jestem z policji". Zerknęłam na niego. Nie miał na sobie munduru. A jeśli był wspólnikiem zamachowca?

Kim był?

Miał na imię Augusto Cecarelli. Był funkcjonariuszem w cywilu. Mam jego zdjęcie zrobione kilka minut po zamachu przed komendą w Watykanie. To ten wysoki siwy mężczyzna.

Puściła siostra Agcę?

A skąd! Czekałam na „prawdziwego" policjanta. Podszedł do mnie w końcu młody chłopak, mógł mieć dwadzieścia lat. Miał na sobie mundur policjanta: „Już dobrze. Aresztuję go".

Spotkaliśmy się podczas procesu. Pytał: „Pamięta mnie siostra? To ja, policjant z placu Świętego Piotra". Nie pamiętałam. Za dużo się działo, a ja – trzymając kurczowo zamachowca – czekałam na umundurowanego funkcjonariusza. Nic innego mnie nie interesowało.

Nikt siostry nie przesłuchał?

Przełożona domu zakonnego sióstr franciszkanek w Grottaferracie, gdzie mieszkałam podczas dwuletnich studiów w Rzymie, zadzwoniła na policję. Przyjechali późnym wieczorem. Pytali o wszystko, każdy szczegół był ważny. Rozmawialiśmy kilkadziesiąt minut. Zanim zdążyli odjechać, przed domem pojawiła się ekipa telewizji RAI. Udzieliłam krótkiego wywiadu. Mama zobaczyła mnie w dzienniku o dwudziestej. Rozdzwoniły się telefony: „Czy nic ci nie jest? Jak się czujesz? Uważaj na siebie! Boimy się o ciebie. Nie chodź sama wieczorami!".

Bo ktoś zechce się zemścić?

Tak, panował strach. Kim jest Mehmet Ali Agca? Kto za nim stoi? Czy jego wspólnicy grasują po Rzymie? Prezydent Włoch Alessandro Pertini powiedział, że jeśli nawet nie uratowałam papieża, to uratowałam ojczyznę. Co by było, gdyby zamachowiec uciekł? Podejrzenie padłoby na obywatela Włoch.

Przestałam czytać gazety. Nie włączałam telewizora. Unikałam dziennikarzy. Miałam swoje życie. Zbliżała się sesja, za chwilę egzaminy, musiałam się uczyć. Później pojawiła się możliwość trzymiesięcznego wyjazdu na misję do Burundi. Miałam zastąpić koleżankę, która musiała wrócić do kraju.

Kiedy to było?

Kilka miesięcy po spotkaniu z papieżem. Ojciec Święty odwiedził moją uczelnię – Papieski Uniwersytet Antonianum – w styczniu 1982 roku. Zostałam wyznaczona do przekazania daru: bukietu kolorowych kwiatów. Ksiądz rektor, który stał za papieżem, szepnął mu do ucha: „To siostra, która zatrzymała zamachowca". Papież pokiwał głową, złapał mnie za rękę i wyszeptał: „Dziękuję, dziękuję". Poprosiłam o błogosławieństwo dla kongregacji i rodziny. Poczułam jego dłoń na mojej głowie. Kilka dłuższych chwil i kazano mi odejść.

Krótko.

Trzy lata później dostałam jeszcze jedną szansę, żeby się z nim zobaczyć. 22 września 1985 roku Jan Paweł II odwiedził moją Genuę. Mieszkałam tutaj, pracowałam w tej szkole na via Madre Rosa Bianchi, w której teraz rozmawiamy. Zostałam poproszona przez siostrę przełożoną o odczytanie listu powitalnego na cześć Ojca Świętego. Odmówiłam. Za dużo stresu, jestem osobą emocjonalną, łatwo się wzruszam. Wystarczy, że mój uczeń deklamuje wiersz, a mam łzy w oczach.

Płakała siostra w sądzie?

Nie, tam zachowałam spokój. Nie mogłam sobie pozwolić na chwilę słabości. Kamery i aparaty fotograficzne były we mnie wycelowane. Musiałam być skoncentrowana. Patrzyłam na Alego Agcę. Unikał mojego wzroku. Sędzia Severino Santiapichi zapytał go, czy pamięta siostrę zakonną, która odcięła mu drogę ucieczki z placu Świętego Piotra. Nie pamiętał. Zdziwiło go moje imię, które otrzymałam podczas chrztu: Łucja. „Jest jeszcze inna siostra Łucja...". Sędzia przerwał mu i nakazał milczenie. Bał się, że Agca zacznie mówić o Fatimie. Nie chciał, żeby rozprawa zmieniła się w farsę.

Siostra Łucja, portugalska zakonnica, była świadkiem uznanych przez Kościół katolicki za prawdziwe objawień maryjnych w Fatimie w 1917 roku. Miała dziesięć lat, kiedy Matka Boska przekazała jej i dwojgu innym dzieciom trzy tajemnice. Ostatnia dotyczyła „biskupa w bieli", który zostaje „ugodzony pociskami z broni palnej i strzałami z łuku".

Do zamachu doszło w sześćdziesiątą czwartą rocznicę objawień fatimskich, dlatego papież przypisywał swe ocalenie wstawiennictwu Maryi: „Jedna ręka strzelała, inna kierowała kulę". Jeszcze inna ręka musiała sprawić, że pistolet się zaciął. Może ja też jestem dowodem, że ktoś czuwał nad Janem Pawłem II?

Przyjęłam imię zakonne Letizia. Tak miała nazywać się moja starsza siostra, która urodziła się martwa. Ja też miałam umrzeć od razu po porodzie. Przyszłam na świat kilka tygodni za wcześnie. Ważyłam 750 gramów. Lekarze nie dawali mi szans. Proboszcz parafii w Vilmaggiore di Scalve w regionie Bergamo, gdzie mieszkaliśmy, poradził, żeby mnie od razu ochrzcić i bierzmować.

Moją matką chrzestną została ciotka, której spodobało się imię Łucja, na cześć świętej Łucji z Sycylii. W naszym regionie przed świętami Bożego Narodzenia nie przychodzi z prezentami święty Mikołaj lub Dzieciątko Jezus, ale święta Łucja.

Skąd pomysł, żeby wstąpić do zakonu?

Miałam sześć lat, kiedy odwiedził nas brat mamy – misjonarz z Gwinei. Miał zawieszony na szyi krzyż. Dziwnie był ubrany. Zadawałam pytania: „A kto to? A co robi? A po co pomaga dzieciom w Afryce?". Kiedy przystępowałam do komunii świętej, pani Anna kazała napisać na karteczce prośby do Jezusa Chrystusa: „Życzenie, które chcielibyście, żeby się spełniło". Na mojej znalazło się: „Siostra misjonarka", a przynajmniej tak twierdzi proboszcz, który zachował karteczkę. Miałam jedenaście lat. Wyjechałam do Genui. Zaczęłam tutaj piątą klasę szkoły podstawowej. W sumie dwadzieścia trzy dziewczyny. Zostały siostry: Natalina, Ottavia i Teodora. ©?

Fragment książki Jacka Tacika, „Zamach. Jan Paweł II – 13 maja 1981. Spisek. Śledztwo. Spowiedź", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA