fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bronisław Wildstein, „Bunt i afirmacja. Esej o naszych czasach”

Rewolucja Francuska. Egzekucja Ludwika XVI, miedzioryt grawerowany przez Georga Heinricha Sievekinga, 1793 r.
Alamy Stock Photo/BEW
Francuskie oświecenie jednoznacznie wyznaczyło swoich wrogów. „Wyznanie chrześcijańskie jest religią haniebną, podłą hydrą, która musi być zniszczona przez setki niewidzialnych rąk" – pisał Wolter.

Należy uznać, że lewicowe idee wyrosły wraz z oświeceniem, choć ich antecedencje wskazać można znacznie wcześniej, a postawa, która je zrodziła, jest chyba tak stara jak ludzka cywilizacja, aczkolwiek w nią wymierzona. Przypuszczalnie autodestrukcja jest także elementem natury człowieka. Mam w tym wypadku na myśli nastawienie rewolucyjne, które wyrasta z resentymentu i nienawiści do tego, co jest, a którego dobitnym przykładem jest odnotowana już przez mnie myśl Marksa czy szerzej, gnoza, która potępia materialny świat już od ponad dwóch tysięcy lat. Nie oznacza to, że stanowisko takie dominowało w dobie oświecenia. Niemniej jego radykalna wersja i powszechne wówczas absolutyzowanie abstrakcyjnego, matematycznego rozumu jako jedynej miary rzeczy ludzkich prowadzi w tym kierunku.

W oświeceniu zatriumfowało przeświadczenie, że człowiek mocą swojego rozumu jest w stanie nie tylko rozpoznać świat, ale i przebudować go tak, aby stworzyć na ziemi swoje królestwo, a więc rzeczywistość doskonałą, a w każdym razie na tyle dobrą, na ile jest to wyobrażalne dla ludzkiego gatunku. To dziedzictwo Kartezjusza – prekursora i prawodawcy oświecenia – do którego przyznawali się chyba wszyscy oświeceniowcy. Nie zajmował się on wprawdzie polityką, ale jego zamiarem było stworzenie wiedzy pewnej i wszechogarniającej, w którą miała przekształcić się całość ludzkiego poznania. W sposób oczywisty konsekwencje tego musiały rzutować także na sferę polityki. Kartezjusz przygotowywał się zresztą, aby do swojego totalnego korpusu nauki włączyć również uporządkowaną racjonalnie etykę. Jego podejście zasadniczo negowało wcześniejszy do niej stosunek, wyprowadzony głównie z Arystotelesa. Projektu swojego nie udało się Kartezjuszowi zrealizować i musiał poprzestać na „etyce prowizorycznej", która miała obowiązywać do czasu zbudowania jej w pełni racjonalnej wersji, stanowiącej segment całości systemu.

Oświeceniowcy zwykle nie byli aż tak ambitni, ale przyjmowali jego metodę, a więc odrzucali wszelkie autorytety, wszystkie dotychczasowe pewniki i powoływali przed „trybunał rozumu" – ulubiona formuła epoki – cały istniejący ludzki porządek. Efekty były łatwe do przewidzenia. Jawił się on jako absurdalny chaos pełen bezsensownego cierpienia i marnotrawionych wysiłków. Wobec precyzyjnych, matematycznych konstrukcji, w których człowiek był w stanie ujmować rzeczywistość, a także stosować je praktycznie w niektórych przedsięwzięciach, ten stan rzeczy wydawać się musiał wielkim skandalem. Należało go więc zasadniczo zmienić, przebudować, albo wręcz zbudować na nowo. W tym celu jednak na początku należało wyeliminować porządek stary oparty na dogmatach, przesądach i zwykłym przyzwyczajeniu. Należało odrzucić ład wywiedziony z religii, tradycji i wszelkich autorytetów. Dopiero po spełnieniu tego zadania możliwa będzie budowa optymalnego, ludzkiego królestwa.

Przy określonych założeniach rozumowanie to jest nieodparte. Jeśli świat jest bez reszty racjonalny, a umysł człowieka potrafi go rozszyfrować do końca i rozpisać w jednoznacznych formach, tak jak i siebie jako element tej całości, to potrafi także wydedukować optymalną formę polityczną, która będzie spełniała wszystkie jego oczekiwania, a więc zbudować utopię. Nic nie może uniemożliwić tego w finalistycznej perspektywie, ponieważ rozum w przejrzyście racjonalnej rzeczywistości musi zatriumfować, natomiast pierwszym krokiem w realizacji doskonałego, albo chociaż nieporównywalnie lepszego, świata musi być usunięcie tego, który istnieje i stanowi barierę realizacji państwa oświeconych. Żyjemy w królestwie ciemnoty, zabobonu oraz hipokryzji, a winniśmy zbudować jego przeciwieństwo. Kraina ta to jednak nie do końca jeszcze wyraźna pieśń przyszłości, ledwie horyzont naszych działań, których pierwszym konkretnym i oczywistym etapem winna być walka z panującym bezeceństwem. To przecież ono znieprawiło istniejący porządek cywilizacyjny. Temu zadaniu rzecznicy oświecenia poświęcają swoje wysiłki. Wystarczy ich zdaniem zburzyć triumfującą dziedzinę zła, aby nadeszło jej przeciwieństwo, im bardziej niekonkretne, tym atrakcyjniejsze. Wprawdzie przedsięwzięcie takie może być praco- i czasochłonne, ale ostatecznie musi się powieść.

Taki obraz rzeczywistości wyłania się przy założeniu jej ostatecznej racjonalności, a więc i rozpoznania mechanizmów nią rządzących. Warunkiem tak rozumianej przeźroczystości ludzkich (i nie tylko) spraw było usunięcie Boga z ich widnokręgu. Co najwyżej mógł pozostać jako wielki zegarmistrz lub architekt, jak ma to miejsce w deistycznym ujęciu najwyższego bytu, a więc ten, który nakręcił mechanizm świata, od tego czasu funkcjonujący już samoczynnie.

Przy przyjęciu tych założeń narzuca się pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi: dlaczego ów racjonalny człowiek stworzył dla siebie tak nieracjonalną cywilizację? Tłumaczenie, że uległ własnym wyobrażeniom projektowanym w rozmaite idole czy omamiony został przez szerzących ciemnotę oraz zabobony księży oraz królów, wygląda jak wykręt i nie wytrzymuje krytyki. Jeśli człowieka uznajemy za byt do końca rozumny, to dlaczego tak długo godził się na wykorzystywanie go przez nieliczne grupy? Dlaczego oświeceni narodzili się dopiero osiemnaście wieków po Chrystusie, a jeśli pojawiali się wcześniej, dlaczego nie byli w stanie zwyciężyć? Dlaczego człowiek tak długo trwał w zawinionej przez siebie niedojrzałości? Jeśli wiąże się to z naturalnym rozwojem jego cywilizacji, to w trakcie jej trwania proces ten nie jest możliwy do rozpoznania przez ludzi, którzy stanowią zarówno jego tworzywo, jak i nie do końca świadomych swoich działań twórców, świadomość tego powinna podważać prostą koncepcję przejrzystej racjonalności. Być może kiedyś osiągniemy ją, ale skąd mamy wiedzieć, czy teraz nie uzurpujemy jej sobie tylko? Pytania można mnożyć, ale tymi akurat filozofowie oświecenia nie zawracali sobie specjalnie głowy – zajmie się nimi dopiero później Hegel i jego, zwłaszcza lewicowi, następcy – ale entuzjastycznie jęli projektować państwo ludzkie w miejsce Bożego. Właściwie zajmowali się głównie naprawą istniejącego porządku, który blokował powstanie królestwa człowieka. Tyle że naprawa owa oznaczała wymianę jego fundamentów. Racjonalny świat wydawał się tak oczywisty, że wystarczyło unicestwić dziedzinę zabobonu i ciemnoty, aby samoczynnie zapanowały światła oświecenia. Intelektualistów wiodła wiara w nieograniczoną potęgę ich rozumów. A jeśli rzeczywiście dysponowali takimi mocami, to projekt doskonałej rzeczywistości leżał w zasięgu ich ręki.

Poczucie misji i wyjątkowości

Można zarzucać tym uwagom, że pasują, i to tylko w przybliżeniu, do oświecenia francuskiego, a rozmijają się z jego brytyjskim czy amerykańskim wydaniem. Można wskazać, że sceptycyzm Davida Hume'a jest jednym z fundamentów współczesnego konserwatyzmu. O odmienności narodowych wariantów tej epoki pisała przekonująco Gertrude Himmelfarb w „Drogach do nowoczesności". Sformułowanym wprost celem autorki było odebranie monopolu na oświecenie Francuzom. I nie tylko chodzi o to, że czasowo i koncepcyjnie wyprzedzali ich Anglicy, na których Francuzi sami lubili się powoływać. Chodzi o radykalną odmienność tych epok w krajach oddzielonych kanałem, a paradygmat angielskiego wariantu oświecenia był jedną z przyczyn jego innego charakteru w Stanach Zjednoczonych.

Nawet w odniesieniu do oświecenia francuskiego sformułowane powyżej wnioski mogą wydawać się przesadzone. W każdym razie w stosunku do jego czołowych przedstawicieli, którzy jako wybitni myśliciele nie dają się tak łatwo zamknąć w jednoznacznych formułach, ich refleksja ewoluuje, a często i sami kwestionują swoje założenia. To prawda nawet w odniesieniu do takich filozofów jak Wolter czy Denis Diderot.

A jednak coś łączy tę epokę, zwłaszcza we Francji, coś co pozwala traktować ją jako osobny i łatwo rozpoznawalny rozdział historii. Co więcej, przedstawiciele francuskiego oświecenia sami rozpoznawali się jako jedna formacja i publicznie definiowali w ten sposób. Byli to przecież les philosophes, którzy wypowiedzieli wojnę feudalnym porządkom, a zwłaszcza ich głównej instytucji, czyli Kościołowi katolickiemu. Poczucie owej wspólnej misji pomimo różniących ich poglądów na szczegółowe sprawy budowało ich jedność. Pozwalało im napominać się nawzajem, jeśli ich wystąpienia miały przynieść szkodę wspólnemu zadaniu. Helwecjusz namawiał Monteskiusza, aby ten zrezygnował z publikacji „O duchu praw". Autor traktatu wyraźnie wyłamywał się ze zjednoczonego frontu les philosophes. Krytykowali go Wolter, Condorcet czy Jean-Jacques Rousseau, a jego odmienność, zwłaszcza w późniejszym okresie, wydaje się wyraźna. Nie dotyczyło to wyłącznie Monteskiusza. Wolter wręcz oskarża Rousseau – ze swojej perspektywy w sposób jak najbardziej uzasadniony – o odstępstwo i dostarczanie argumentów wrogom postępu. A to jego rzecznikami mają być les philosophes.

Mają oni nie tylko poczucie wspólnej misji, ale i wyjątkowości oraz przełomowości swojej epoki, której są koryfeuszami. Ich walka przeciw przesądom i fanatyzmowi upostaciowanemu głównie w Kościele katolickim ma przynieść efekty w dostrzegalnej przez nich perspektywie. Tamten świat ma się kończyć, a w jego miejsce zapanować mają światła oświecenia.

Owszem, różnią się co do poglądów na istotne sprawy, ale są solidarni w zakwestionowaniu panującej w ich epoce i wcześniej tradycji. Przede wszystkim uderzają w jej religijny fundament, czyli chrześcijaństwo. Ich niechęć do istniejących religii jest jednoznaczna. W ich miejsce często powoływać chcą „naturalne", a więc zaprojektowane przez siebie wyznanie, niekiedy jego cechy przypisują jakimś egzotycznym systemom jak konfucjanizm, o którego realności wiedzą niewiele i nie wydają się nim zainteresowani.

Mogą spierać się na temat natury człowieka i granic jego rozumu, ale wspólnie będą atakować wszelkie formy doktryny grzechu pierworodnego czy przyrodzonej ułomności ludzkiej. Z zasady odrzucać będą jakąkolwiek tajemnicę, jaką świat ma ukrywać przed człowiekiem. Wszystkie sprawy stanąć mają przed „trybunałem rozumu", który ma osądzić je bezstronnie i ostatecznie. Pomimo że doktryna utylitaryzmu sformułowana zostanie później, i to w Anglii, les philosophes uprawiają ją avant la lettre. Wszystko ma być podporządkowane najprościej pojmowanemu pożytkowi indywidualnego człowieka. Etyka cnót ma ustąpić przed wyliczalnymi w miarę precyzyjnie wartościami społecznymi (w tej i nie tylko tej kwestii zasadniczo odmienny jest Rousseau). Króluje społeczny atomizm. Wprawdzie człowiek postrzegany bywa w swoim zbiorowym kontekście, ale wszelkie wspólnoty interpretowane są wyłącznie jako suma indywiduów, wszelkie oceny moralne sprowadzone zostają do ich utylitarnie rozumianego dobra. Dotyczy to nie tylko Francji.

Słuszne oburzenie

Najbardziej chyba charakterystyczna, funkcjonująca w oświeceniu opozycja to przeciwstawienie: naturalny – sztuczny. Natura jest mądra i zrozumiała, sztuczna jest istniejąca kultura, która deformuje jej doskonałość.

Francuskie oświecenie tworzyło wówczas duchowy klimat Europy i stało się fundamentem nowoczesności. A uznając odmienność od francuskiego modelu jego brytyjskiego i amerykańskiego wcielenia, należy wskazać, że i tam dominować zaczęła liberalna, indywidualistyczna perspektywa, która obok radykalnego racjonalizmu poprowadziła nasz świat w kierunku, w którym zdąża obecnie. Liberalizm ten bardzo długo nie wyciągał ostatecznych konsekwencji ze swojej doktryny. Jego rzecznicy osadzeni byli w tradycyjnej kulturze, którą wraz z jej zasadami traktowali jako oczywistą, tak zresztą jak i religię (w każdym razie większość z nich), co powodowało, że postawa ich, jak ogółu ludzi, nie była koherentna i w dużej mierze stanowiła fuzję z republikanizmem. Na szczęście.

Francuskie oświecenie jednoznacznie wyznaczyło swoich wrogów. Manifestacją tego było sławne hasło jego mistrza, Woltera, który na wzór Katona Starszego na zakończenie swoich listów powtarzał pod adresem chrześcijaństwa: „Écrasez l'infâme!" (zniszczcie tę hańbę).

W jednym z nich tak ujmuje swoją postawę: „Wyznanie chrześcijańskie jest religią haniebną, podłą hydrą, która musi być zniszczona przez setki niewidzialnych rąk. Konieczne jest, by filozofowie wyszli na ulicę, by ją zniszczyć, tak jak misjonarze krążą po lądach i morzach, by ją głosić. Winni się odważyć na wszystko, zaryzykować wszystko, nawet dać się spalić, byle ją zniszczyć".

Skrajności les philosophes usprawiedliwiać można okolicznościami. Wszyscy oni zagrożeni byli ze strony ówczesnych władz, zwłaszcza religijnych. Większość z nich miała za sobą pobyty – nieszczególnie uciążliwe – w więzieniach, wielu musiało uciekać z kraju w uzasadnionej obawie represji, dużo ich dzieł było zakazanych i publicznie palonych.

Najgłośniejszą sprawą ówczesnej Francji było niewinne skazanie kalwinisty, drobnego kupca z Tuluzy, Jeana Calasa. Po procesie, w którym poddawany był torturom, ale nie przyznał się do winy, został uśmiercony w 1762 roku przez łamanie kołem, a zwłoki jego zostały spalone. Oskarżony został o zamordowanie syna, który podobno chciał się nawrócić na katolicyzm.

W rzeczywistości syn popełnił samobójstwo, gdy z powodu kalwińskiego wyznania uniemożliwiono mu wykonywanie zawodu prawnika. W kampanii o ewidentnym religijnym charakterze przeciwko Calasowi niesławną rolę odegrał zakon dominikanów w Tuluzie. Cztery lata później po torturach stracony został, oskarżony o świętokradztwo, dwudziestoletni François-Jean de la Barre. Jednym z dowodów w sprawie był znaleziony u niego „Słownik filozoficzny" Woltera. Sprawą przypominającą proces Calasa było oskarżenie Pierre'a-Paula Sirvena, również protestanta, i całej jego rodziny o zamordowanie chorej psychicznie córki. Ponieważ Sirvenowie uciekli za granicę, zostali skazani zaocznie: rodzice na śmierć, córki na banicję. Po interwencji Woltera i procesie odwoławczym zostali uniewinnieni w 1771 roku. Sześć lat wcześniej Rada Królewska pośmiertnie zrehabilitowała Calasa, a król przyznał jego rodzinie wysoką rentę jako odszkodowanie.

Piszę o tym w miarę szczegółowo, gdyż przykłady te posłużyć mogą jako materiał do historycznego porównania. Wywołały słuszne oburzenie nie tylko w ówczesnej Francji.

Dokumentowały nietolerancję i okrucieństwa, jakich dokonywano w imię religii. Pokazywały jednak także pozytywne działanie ówczesnego prawa i poważne traktowanie sprawiedliwości z jego strony. Trzydzieści lat później w trakcie rewolucji nowe władze nie miały już cienia takich skrupułów. Dziesiątki tysięcy zgilotynowanych czy zaplanowane i metodycznie przeprowadzone ludobójstwo Wandei demonstrują ową zmianę.

Nie chcę w żadnym wypadku sprowadzać całej Rewolucji Francuskiej do jednego mianownika. Tym bardziej nie chcę czynić odpowiedzialnymi za jej zbrodnie filozofów oświecenia. Chcę tylko pokazać kontrast między światem, który żyje i rozwija się w swoiście naturalnym (ale nie w oświeceniowym sensie) rytmie, a jego wymyśloną i zaprojektowaną wersją. Ta druga siłą rzeczy pójść musi w kierunku nieprzewidzianym przez planistów i niekorygowanym przez zasady, które ugruntowują się w czasie długiego trwania ludzkiej cywilizacji.

Bronisław Wildstein jest publicystą i pisarzem, w przeszłości był związany m.in. z „Rzeczpospolitą". Wielkie publiczne poruszenie wywołało wyniesienie przez niego z IPN indeksu osobowego katalogu dotyczącego inwigilacji obywateli przez służby specjalne PRL i rozpowszechnienie tej listy. W latach 2006–2007 był prezesem zarządu TVP. Pod koniec 2012 r. został redaktorem naczelnym tworzonej stacji telewizyjnej – Telewizji Republika


Fragment książki Bronisława Wildsteina, „Bunt i afirmacja. Esej o naszych czasach", PIW, Warszawa 2020.


Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

x

Plus Minus

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA