fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piotr Zaremba: Opowieści pojałtańskie

Budowa nowego ustroju na wojennnych zgliszczach.Na zdjęciu: pierwszomajowy pochód na pl. Teatralnym w Warszawie w 1945 r.
CAF/PAP
– Żadnej pralni już tu nie ma – wycedził kolega do ucha Jaroszowi. – Tam jest więzienie. – Więzienie? – Prezes Sądu Okręgowego się wzdrygnął. – Czyje? Dla kogo? – NKWD, dla naszych, a może już ubecji. Musimy stąd odejść, bo zaraz my tam będziemy siedzieć.

27 lipca 1945, piątek

Na 22 lipca zaproszono Jarosza, aby się stawił na wiec przed Krajową Radą Narodową, potem przemarsz na Krakowskie Przedmieście na odsłonięcie pomnika Kopernika.

Nie odważył się przekroczyć magicznej granicy Wisły – słyszał, jak Boczek opowiadał sekretarce, że latem trupi odór nasilił się tam jeszcze, i jak to ludzie wytrzymywali, trudno pojąć. Wład przyzwolił łaskawie na akt niesubordynacji wychudłego, rozgorączkowanego prezesa. Wszakże poprosił łagodnym głosem, aby nie zawiódł podczas zebrania warszawskich prawników demokratów. Ma siedzieć w prezydium – u boku ministra Świątkowskiego, wiceministra Chajna i innych oficjeli. Jarosz pojął, że takie rzeczy są ważne dla t y c h ludzi.

Trochę do niego jednak dotarło. Choćby to, że cały szereg spraw nie miał dotrzeć przed oblicze jego sądu, a ludzie, którzy najdzielniej walczyli podczas wojny, mają powody obawiać się jakichś innych, utajnionych trybunałów. Te trybunały kryły się tu w pobliżu, w tych obskurnych, wciąż pachnących kapustą i pleśnią kamienicach.

A c i ludzie? Chyba nawet nie całkiem byli komunistami. Świątkowski, minister, z pewnością nie. Niemcy w sierpniu 1940 roku nie wywozili do obozu komunistów, a tylko najszacowniejszych warszawskich adwokatów.

Te odkrycia, owszem, niepokoiły go, ale tylko chwilami. Czasem zapominał. Kiedy po raz pierwszy i jedyny wypuścił się spacerem ku Wiśle, do wylotu najnowszego drewnianego mostu dla pieszych, i patrzył na ruiny, doznał wrażenia, jakby obserwował swoje wnętrze. Ono było tak samo pokiereszowane i cuchnęło tak samo jak tamta prawdziwa Warszawa.

– Panie prezesie – zaczepił go któregoś dnia Boczek. – Mówią, że kacapy jedli u nas ludzi, no, w różnych miejscach Polski podobnież. Wierzy pan w to?

– Panie Boczek, no niechże pan się zastanowi – zaoponował, po czym zamilkł. Czyż on sam nie widział rzeczy jeszcze stokroć straszniejszych niż zwykły kanibalizm?

– Mnie to czasem głupio, że się moje nazwisko tak złożyło – ględził tymczasem sekretarz. – Jak ludzie słyszą, tak się patrzą na mnie, tak się patrzą, jakby mnie chcieli spożyć i skonsumować. Nawet chrzanik im w oczach widać przyprawny. Spróbowałoby się chrzaniku.

Kiedyś Jarosz by się może i zaśmiał, choć nigdy nie przepadał za zabawą cudzym losem. Teraz był pusty. Poczuł się nagle potwornie głodny. Sam zjadłby Boczka.

* * *

27 lipca po południu czekał w długiej kolejce, żeby się wylegitymować. Nie znał wielu z tych ludzi, ale zauważył kilku szanowanych adwokatów i sporo sędziów, także z jego sądu. Wszyscy byli jakby skrępowani. Posyłali sobie nawzajem miny sugerujące: nie tutaj, porozmawiamy potem.

Parę osób przywitało się z nim jednak przyjaźnie. Ktoś powiedział: „Oj, ja przepraszam, ale myślałem, że pan nie żyje". „Ja też" — odpowiedział sędzia Jarosz. Nie uznał tej odpowiedzi za dziwną. Miał jak każdego popołudnia gorączkę, był solennie odwodniony i głodny.

Ciągle nieodnowiona sala gimnastyczna gimnazjum i liceum Władysława IV zapełniała się ludźmi. Jarosz nie przeczytał nawet napisów na szturmówkach, usiadł do nich tyłem za długim stołem nakrytym zielonym suknem, przy końcu, jak wskazywał papierek z jego nazwiskiem. Nad wejściowymi drzwiami, więc przodem do niego, a za plecami moszczącej się publiki, wisiał wielki transparent: „Witamy prawników demokratów".

Już wcześniej Lechcic powtarzał parę razy magiczną formułkę: „teraz, za demokracji", podobnie jak Wacławski, który szczerzył do niego zęby z drugiego rzędu. Nie zauważył nigdzie Włada, ale był pewien, że tamten widzi go cały czas.

– Witam kolegę. – Sam obywatel Chajn, wędrujący wzdłuż stołu, podał mu dłoń, dziwnie delikatną jak na kogoś, kto był w wojsku, i to na Wschodzie. Jarosz nie miał pojęcia, z jakiego tytułu ten człowiek jest teraz ważny. Został przezeń obrzucony chłodnym spojrzeniem zza okularów.

Zawsze mocno lewicował ów pan Chajn, ale kojarzony był nade wszystko z wolnomularstwem. No, zdaniem kolegów endeków jeszcze z czosnkiem.

Możliwe, że to wolnomularstwo teraz rozdawało tu karty, ale chyba nie, skoro tyle było wokół brudu i bałaganu. Jarosz wiązał masonerię z jakimiś budowlami otoczonymi dymem z kadzideł. A tu nigdzie nie czuł kadzideł, tylko odór, a budowle dookoła były obrazem nędzy i rozpaczy. Nawet ludzie za stołem byli jakby spłowiali i przybrudzeni, łącznie z kilkoma postaciami w mundurach. W sądzie mówiono, że Chajn jest generałem z Moskwy, ale tu występował w garniturze. Jego wąska, inteligentna twarz z przyklejonym pod wąsem uśmieszkiem oddaliła się od Jarosza, który znowu popadł w odrętwienie.

Ocknął się dopiero uderzony falą oklasków. Przeraził go ten grzmotliwy trzask; pierwszy raz znajdował się twarzą w twarz wobec tak wielkiej grupy ludzi. Pierwszy raz od czasu... Pojął jednak, że trzeba się choć trochę przyłączyć. Dłonie, ciągle zwiotczałe, zderzyły się kilka razy jedna z drugą.

– Nowego prawa, naszego demokratycznego prawa nie może stosować ktoś, kto nie rozumie dokonanego w Polsce przewrotu – obwieścił Leon Chajn, a mikrofon rozniósł po sali jego słowa. Minister zawiesił po adwokacku głos, po czym dodał: – Ale nie obawiam się tego. Wszyscy mogą go zrozumieć, poza garstką dawnych klas posiadających. Każdy uczciwy człowiek może się do tego przewrotu przyłączyć.

Potem padło jeszcze dużo słów, a Jarosz pojął, że demokratyczni prawnicy muszą wstawać, siadać, klaskać i milknąć w odpowiednich momentach w skali nieznanej mu z czasów sanacji.

– Przez lata my prawnicy musieliśmy patrzeć na rządy klas posiadających w Polsce. Rządy, które zakończyły się klęską wrześniową. Niektórzy służyli posiadaczom, wyzyskiwaczom, tym samym ludziom, którzy zdradzili naród w roku 1939. Ta postawa zbankrutowała i już nie wróci. – Chajn czytał z kartki, ale jego głos, jakby aktora z radia, wszelako powtarzającego modlitwę, robił wrażenie.

Może te modły to wymarzona zasłona. A może jest w nich jakaś prawda, w końcu ktoś musiał być winien samotności Jarosza, a wreszcie i klęsce wrześniowej, która była wstępem do jego ostatniej, najważniejszej podróży.

Ktoś odczytał rezolucję. „Pepeesowcy i ludowcy, pepeerowcy i demokraci, razem tworzyliśmy PKWN, razem przeprowadziliśmy reformę rolną, razem budowaliśmy nową państwowość, razem biliśmy się na ulicach Kołobrzega, Wrocławia i Berlina. Razem zdobyliśmy dla polskości zwrócone nam ziemie zachodnie. Tej naszej jedności nie damy podkopać ani rozbić nikomu".

Jarosz, do białości antyniemiecki już przed wojną, zainteresował się na chwilę słowami o zachodnich ziemiach. Mimo to przyjął z ulgą fakt, że nikt nie żądał głosowania tej rezolucji. To był niby język uchwał przedwojennych partii, a jednak inny, bardziej natrętny, oparty na ustawicznych powtórzeniach.

Chajn powiedział też coś o zabitym dyrektorze garbarni, inteligencie i demokracie, którego dosięgła ręka bandytów. Potem padło kilka pytań z sali — o zorganizowanie sądów i o zarobki sędziów. O głos poprosił także nieznany człowiek, krępy i nieogolony. W samej kamizelce, z podwiniętymi rękawami przybrudzonej koszuli wyglądał jak wariat. A jednak Świątkowski udzielił mu głosu.

– Obywatele prawnicy, jakże może być dobrze w naszym sądownictwie? Ja się przedwojennych sprawek niczyich nie czepiam, ale mamy prawo żądać ich nieprzenoszenia, że się tak wyrażę, na grunt obecny. – Mówił inteligenckim, nawet jeśli odrobinę popsutym językiem. – Oto na Mokotowie, w piwnicy zwalonego domu leży koks. Właściciela domu nie ma, a ludzie marzną. Przewodniczący Komitetu Obywatelskiego z Mokotowa, Wojciechowski, koks ów wydobywa z ludźmi. Właściciela nie ma, właściciel daleko. Sędzia śledczy Domański oznajmia, że to naruszenie własności prywatnej. Obywatel sędzia myśli ciągle, że jest panem sędzią. Każe aresztować Wojciechowskiego. Ja pytam pana prezesa Jarosza: jakie są usprawiedliwienia dla takich stosunków?

Jarosz gapił się na dziwnego człowieka. Jeszcze niedawno sam wyglądał nie lepiej od niego, ale dziś cokolwiek oburzał go fakt, że w takim ubraniu dopuszczono kogoś na to zgromadzenie. No, sprawy nie znał. Z drugiej strony to rzeczywiście nadgorliwość, zdaje się... Chociaż ten sędzia Domański taki uprzejmy, uczynny człowiek.

– Inny przykład, pozornie przeciwny całkiem... – Tym razem ów mężczyzna podniósł do oczu kawałek papieru. – Oto „Głos Ludu" pisze, jako to Sąd Grodzki w Lublinie zwolnił niejakiego obywatela Świondra. Ówże Świonder miał w domu u siebie nie tylko skóry z państwowej fabryki obuwia, ale dwie pary niedokończonych butów i kopyta, własność fabryki. Jakimi jednak torami biegną myśli obywateli sędziów lubelskich? Gdyby Świonder został nakryty w czyichś spodniach, toby mu je zdjęto i oddano właścicielowi, a jego zamknięto w pace. Ale państwowe? Państwowe to niczyje?

– Kto to taki? – spytał Jarosz sąsiada. Był nim znany mu z widzenia prokurator.

– Redaktor z „Głosu Ludu". Będą z nim przechery.

Zgłosił się jeszcze pewien adwokat.

– Dla porządku, ja nie bronię sanacyjnych czasów, ale każdy, kto dostawał edukację w szkole ówczesnej, wiedział, że po państwowe się nie sięga. A chciałbym i dla porządku zauważyć, że sędziów owych z Lublina tu nie ma. Może byśmy nie wydawali wyroków zaocznych.

– Dobrze, a teraz, koledzy, czas się konstytuować. – Głos ministra przywrócił odrobinę przedwojennego sznytu zgromadzeniu.

– Ja proponuję prezesa Jarosza. To znany demokrata, ludowiec, a na dokładkę ofiara najstraszliwszej wojennej... tej... no... jednym słowem, był w Oświęcimiu. Zaraz po powrocie, pomimo stanu zdrowia, włączył się w budowanie demokratycznego sądownictwa...

– Ależ ja... Nie jestem przygotowany... Panie ministrze...

– Rozumiem, że się obywatel zgadza. Proszę o zgłaszanie innych kandydatur.

Nie tylko został wybrany do zarządu warszawskiego, ale tenże zarząd zrobił go od razu na sali prezesem. Wszystko było jakby umówione. Zgłoszono głównie ludzi, którzy siedzieli za stołem prezydialnym. Poza Wacławskim, którego rekomendował ktoś z sali, dodając, że był w powstaniu, a teraz włączył się w nurt przemian. Ta kultura prawna... Ale może czasy zmieniły cokolwiek pojęcie demokracji? Trzeba się będzie temu przyjrzeć – po odzyskaniu władzy nad samym sobą. Zresztą sporo osób podchodziło i ściskało mu ręce. Znani, cenieni adwokaci, sędziowie – był ich reprezentantem.

Wyszli z Wacławskim i jego dwoma znajomymi.

– Cały czas myślałem, że wpadną i tutaj z pepeszami – rzucił jeden z ludzi, których sędzia widział już w rządowej stołówce. Jaroszowi wydało się, że to jakiś żart z niego. Jemu stale się zdawało, że wpadną, ale ze schmeisserami. Czyżby oni to skądś wiedzieli?

– Na początku roku pan obywatel Chajn zwołał wszystkich prawników w Kielcach: sędziów, prokuratorów i adwokatów, a nawet woźnych. Oni czekają w największej sali w mieście, a tu wpadają kacapy i wszystkich ładują do samochodów. Chajn przyszedł potem, ale nikogo już nie było. Podobno część wyciągnął. Ale nie jest łatwo – opowiadał Wacławski, znany śmieszek.

Znowu więc adwokatów ładowali do bud, teraz z kolei ci? A może oni zmyślali? Może nawet pracowali dla Londynu? Jarosz tego także się już dowiedział: teraz to prosty wybór — Moskwa albo Londyn. Ale Stefek Wacławski chyba był na to zbyt strachliwy. Pożegnał kolegów i rzucił do niego:

– Coś ci jeszcze pokażę, koniecznie.

– Muszę wracać, kolejką albo tramwajem. Późno już – zaoponował Jarosz.

– To potrwa kilka minut zaledwie.

– Ale ulice tu niezbyt bezpieczne.

– Podwiozę cię potem. Pewnie już słyszałeś o ulicy Środkowej.

– Nie pamiętam.

* * *

Szli Wileńską, potem skręcili w lewo, potem znów Stalową; czynszowe kamienice, zszarzałe albo ceglastoczerwone, prawie pochylały się nad ich głowami. Za brudnymi szybami małych sklepików migały twarze mieszkańców jakby zdziwionych pojawieniem się obcych w garniturach.

Biednie odziane postaci, pilnujące swoich straganów ze skrzynek, głównie na rogach ulic, posyłały im tym bardziej zaskoczone spojrzenia. Tu zabrudzony dywan, ówdzie pierzyna na wózku, a pewna kobieta wyciągała sztywno ręce z kruchymi, ładniutkimi, stołowymi serwetkami. Praga puszczała swoje ostatnie szwy, traciła wnętrzności.

– Popatrz. – Wacławski wskazał narożną, trzypiętrową kamienicę po drugiej stronie uliczki. Była nowsza niż sąsiednie budynki, a jednak wyglądała bardziej nieprzyjemnie: kanciasta niczym twierdza, trupiobiała, niedawno zbudowana, a już zaniedbana. Brama całkiem przesłonięta drewnianą ścianą, na białych deskach ktoś nabazgrał zieloną farbą „Pralnia pierza".

– Żadnej pralni już tu nie ma – wycedził kolega do ucha Jaroszowi. – Za rogiem, od Strzeleckiej, stoi strażnik, wchodzi się z tamtej strony. Tam jest więzienie.

– Więzienie? – Prezes Sądu Okręgowego się wzdrygnął. – Czyje? Dla kogo?

– NKWD, dla naszych, a może już ubecji. Musimy stąd odejść, bo zaraz my tam będziemy siedzieć. Właśnie, jak myślisz, po co ci to pokazuję?

– Pojęcia nie mam. Chcesz mnie przestraszyć? Pojechałem do Oświęcimia ciupasem, z pierwszym transportem. Łatwo mnie nie przestraszysz.

– Nie chcę cię straszyć, chcę nas obu zmusić do pomyślenia... Realizm zwykł takie rzeczy wiedzieć.

Ale Jarosz szybkim krokiem oddalał się ulicą Środkową w kierunku Dworca Wileńskiego.

Fragment książki Piotra Zaremby, „Zgliszcza. Opowieści pojałtańskie", która ukaże się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA