fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Maciejewski: Transformacja potrzebowała wroga. Polski cham nadawał się najlepiej

„Mamy najazd Hunów” – pisała o Polakach przyjeżdżających „za 500+” nad polskie morze Anna Szulc w „Newsweeku” w lipcu 2016 roku. Doszło tam do zderzenia cywilizacji, ekspansji obcych, atakujących „elitarny sposób istnienia”
shutterstock
Demokracja liberalna obiecująca powszechny pluralizm i zakończenie politycznych sporów była w polskich warunkach jedną wielką mistyfikacją. By III RP mogła powstać, potrzebowała wroga; na lęku i pogardzie dla chama została zbudowana jej polityczna jedność.

Cham, prostak, wieśniak, obywatel ciemnogrodu, sierota po socjalizmie, moherowy beret – różne określenia na nazwanie jednego i tego samego wroga (on nie może sam siebie nazwać, bo nikt nie pytał go o zdanie). Wroga demokracji i postępu; lepszej, nowoczesnej, europejskiej Polski. Kiedy już wydawała się pokonana, zepchnięta tam, gdzie jej miejsce – na polityczny i społeczny margines, hydra polskiego chamstwa po raz kolejny podniosła swój łeb; przekupiona obietnicami socjalnego wsparcia (przecież nigdy nie chodziło jej o nic więcej poza zapełnieniem własnego żołądka) zapewniła obozowi „dobrej zmiany" większość bezwzględną w parlamencie. Tak dokonał się wielki, ponowny powrót polskiego chama na arenę historii,

„Wszystko to, co się obecnie dzieje, to nobilitacja chamstwa, to bydło na salonach. Największym problemem po PiS-ie będzie zdjąć aureolę z głowy chama. Cham wyrasta na pomniki. Cham dzierży władzę (...) Nie kończył uniwersytetów, nie czytał Gombrowicza, nie wie, co to genotyp, nie wie, jaką liczbę barionową mają mezony, ale wie lepiej. Cham z mównicy głosi, że w Dubnej »bombę mezonową robili«.

Więc mówię, chamie: Mezony to cząstki elementarne należące do hadronów, o liczbie barionowej B równej 0, o spinach całkowitych. Mezony zbudowane są z dwóch kwarków, z par kwark-antykwark, więc wypadkowy ładunek kolorowy mezonu wynosi zero, bo antykwark posiada antykolor kwarku.

A co na to cham: A w mordę chcesz?".

Ten internetowy wpis Krzysztofa Łozińskiego, szefa Komitetu Obrony Demokracji, poza pouczającym wykładem na temat budowy mezonów mówi też sporo o tym, jak była po 1989 roku budowana polska wspólnota polityczna. Jej granice wyznaczała pogarda dla chama i lęk przed nim. To kategoria godności, a nie światopoglądu czy moralności, jest kluczowa dla opisu polskiego społeczeństwa. Najważniejsza dzieląca je linia nie biegnie między prawicą a lewicą czy obozem solidarnościowym a postkomunistycznym. Mniej istotny jest też stosunek do przeszłości; pytanie, kto przed 1989 rokiem pozostał wierny, a kto zdradził. Te wszystkie podziały są wtórne wobec tego, kto jest godny nazywać się obywatelem, a kto nie; czyj sposób istnienia może zostać zaakceptowany, a czyj wzgardzony, wyśmiany i odrzucony. Wypchnięty poza granice wspólnoty.

Robotnicy i żeglarze

Pogardę i odrzucenie poprzedził krótki, ale namiętny romans elit z masami. Z tego związku narodziła się Solidarność. W pierwszej połowie lat 80. lewicowi inteligenci poczuli pochodzący od robotników powiew ducha dziejów. To, o czym ci pierwsi jedynie pisali i mówili, drudzy potrafili zrealizować. A nawet więcej, robotnicy nie byli w swoim działaniu ograniczeni pętami teorii i oczytania, przez co żądali tego, co elitom wydawało się absolutnie niemożliwe do zrealizowania. Adam Michnik po latach przyznał, że gdyby był w 1980 roku w Stoczni Gdańskiej, zrobiłby wszystko, żeby nie dopuścić do założenia Solidarności. Wydawało mu się to bowiem nieodpowiedzialnie maksymalistyczne żądanie.

Wśród inteligenckich elit pojawiło się nawet coś w rodzaju kompleksu klasy robotniczej, polegającego na uznaniu własnego sprzeciwu za zbyt mało radykalny, przeintelektualizowany, niewystarczający. W filmie dokumentalnym Richarda Adamsa „Citizens", poświęconym narodzinom Solidarności, Maria Sierotwińska, nauczycielka z Krakowa, mówi: „Zawsze mi się wydawało, że najistotniejsze są sprawy kultury, sprawy książek. A okazało się, że to margines. W kręgach intelektualnych wszyscy byliśmy umoczeni. Opozycjonista spotykał się z sekretarzem partii, byliśmy dla siebie grzeczni. A dla robotnika wszystko jest jasne – on jest czerwony! I o to chodzi! Praktyczna mądrość robotnika jest najzdrowsza. Oni umieją odróżnić prawdę od fałszu, nie tak jak my".

Rewolucję komunistyczną zastąpiła rewolucja godności. Godności, którą dysydenci tacy jak Vaclav Havel czy Jacek Kuroń tłumaczyli jako „życie w prawdzie". Odrzucenie komunistycznego kłamstwa, zanegowania świata niekończących się pozorów i udawania. Był to bunt nie tyle polityczny, co egzystencjalny; obejmował sobą nie tylko działalność publiczną, ale całość życia człowieka. W 1980 r. inteligenci zobaczyli, jak robotnicze masy praktykują głoszone przez nich ideały.

Wtedy kategorie etyczne nabrały politycznej czy wręcz historycznej wagi i znaczenia. Robotnicy wysuwali żądania zarówno ekonomiczne, jak i polityczne, żądali od władz uznania i szacunku zarówno prywatnego, jak i publicznego. Godność, rozumiana w obu tych wymiarach, stała się siłą rewolucyjną. Ryszard Kapuściński pisał wówczas na łamach paryskiej „Kultury": „Chamstwo było jakąś obcą i zniewalającą naleciałością w naszej kulturze, w której tradycji, owszem, istniała szlachecka wyższość, ale nie rozmyślne upodlenie, nie ordynarność, perfidna szykana, brutalna wzgarda objawiana słabszemu. Te zachowania robotnicy Wybrzeża postawili pod pręgierz, nadając naszemu patriotyzmowi ten nowy walor: być patriotą – to znaczy szanować godność drugiego człowieka". W oczach elit robotnicy całym swoim sposobem istnienia podważali fundamenty systemu. Ich cnoty były kontrrewolucyjne. Na nowo definiowały polityczność. Ten, kto nie potrafi lub nie chce „żyć godnie", przeciwstawić się narzucanym przez komunistów chamstwu, upodleniu i szykanom, ten sam wyklucza się ze wspólnoty – tak w największym skrócie można streścić filozofię polityczną Solidarności.

Robotnicze masy dość szybko jednak, bo już w połowie lat 80., zaczęły ciążyć solidarnościowym elitom. Kiedy w 1985 r. Gorbaczow zaczął wprowadzać politykę „głasnosti", dla uważnych obserwatorów stało się jasne, że „idzie nowe". Teraz już nie walka z komunizmem, ale przygotowanie się do tworzenia nowego systemu stało się najważniejszym zadaniem. Wiatr historii zaczął wiać w innym kierunku, trzeba było więc przestawić żagiel. Jeszcze w tym samym 1985 roku Adam Michnik zaczyna konstruować nową strategię polityczną dla Solidarności. Jeżeli ma ona stać się siłą sprawczą demokratycznej transformacji, miejsce robotników w kierownictwie związku musi zająć „racjonalnie rozumująca" elita intelektualna. Trzeba się strzec proletariackiego zaplecza Solidarności. „W 1980 roku mogliśmy je uważać za rozsądnych i racjonalnych aktorów sceny politycznej. W rzeczywistości są to irracjonalni narwańcy, wrodzy rozumowi i zdrowemu rozsądkowi, pogardzający pojęciem kompromisu, niezdolni do zaakceptowania realiów i limitów rzeczywistego świata". Robotnicy mają więc wrócić do kąta wspólnoty, na jej margines; ich moment dziejowy minął. Inteligenci znowu lepiej od nich wiedzą, jak się robi politykę.

Dzieje gniewu

Jeżeli w czymś rzeczywiście dawał o sobie znać komunistyczny rodowód inteligenckich elit, to właśnie w ich wyczuleniu na powiewy historii, instynkcie historiozoficznym. Jak stwierdza Andrzej Friszke: „Komunizm tłumaczył świat, dawał perspektywę intelektualną, jasność kryteriów oceny, poczucie uczestnictwa w obozie postępu, tworzenie lepszej przyszłości, działania". Wszystko to inteligenci znaleźli również w demokracji liberalnej, a konkretnie w idei końca historii, który miała ona zaprowadzić.

Ustrój demokratyczno-liberalny wprowadzano w Polsce z zapałem godnym miana ostatecznego rozstrzygnięcia wszystkich historycznych sprzeczności i napięć. Nie poddano go żadnej społecznej debacie – po co debatować nad czymś, co jest obiektywną, dziejową koniecznością? W ten sposób polska demokracja stała się, jak określił ją Zdzisław Krasnodębski, „demokracją peryferii". Transformacja polegała na pilnym naśladowaniu ustroju i kultury centrum, które pozostawało jednak niedościgłym wzorem. W pierwszym rzędzie była ona projektem nie ekonomicznym czy politycznym, ale ideologicznym. Dlatego została przeprowadzona z religijną żarliwością, ślepą wiarą w historyczną konieczność. To w końcu moment węzłowy historii – rewolucja, w dodatku ostatnia. I jak na rewolucję przystało, pożarła swoje dzieci – solidarnościowe masy. I tym razem kluczowym terminem stała się „godność".

Jedną z pierwszych obietnic, jakie liberalna demokracja składała przyjmującym ją społeczeństwom, był powszechny szacunek, wzajemne uznanie swojej godności przez wszystkich obywateli. Francis Fukuyama, który uznał powszechny triumf demokracji liberalnej po 1989 roku za oznakę końca historii, oparł swoją wiarę w ostateczną doskonałość tego ustroju na takich wartościach, jak szacunek, uznanie i prestiż. Wszystkie istniejące wcześniej ustroje upadały, ponieważ nie były w stanie uporać się z najważniejszym elementem ludzkiej osobowości: poczuciem sprawiedliwości, wrodzonym przekonaniem ludzi o ich własnej wartości. Kiedy jedni ludzie zachowują się tak, jakby wartość innych członków wspólnoty była mniejsza, niż jest w rzeczywistości, ci ostatni wpadają w gniew. Historia świata – źródło rewolucji, upadku feudalizmów, teokracji, totalitaryzmów i wszystkich innych ustrojów, które poprzedzały demokrację liberalną jest historią tego właśnie gniewu. Ci, których godność umniejszano, domagają się uznania i podejmują walkę o jego uzyskanie. Ale ta wojna była zwykle grą o sumie zerowej – zwycięstwo jednych jest porażką drugich. Była, bo zakończyło ją nastanie demokracji liberalnej.

Ustroju, która zaprowadza powszechną równość, uznaje wartość wszystkich obywateli w takim samym stopniu, bez względu na to, do jakiej grupy narodowościowej, etnicznej czy rasowej należą. Dlatego najważniejszą demokratyczną cnotą jest tolerancja. Nie można dzielić poglądów na lepsze i gorsze, prawdziwe bądź fałszywe. Na drodze do tego demokratycznego raju stoją jeszcze tylko dwie przeszkody: religia i naród. Nieracjonalne siły, które odbierają ludziom zdolność trzeźwej oceny sytuacji; wprowadzają podziały, skłaniają do wykluczania.

Po 1989 roku należało więc przekroczyć dotychczasowe podziały, scalić wrogie sobie dotychczas ideologie. Ale tak jak ogólny i mglisty był program zjednoczenia i pluralizmu, tak bardzo konkretnie wytyczone zostały granice rodzącej się właśnie wspólnoty. Główna linia politycznego podziału miała biec między demokracją a „tęsknotami do autokracji", między ideą europejską a „nacjonalistycznym zaściankiem". Jak w książce „Pamięć po komunizmie" pisał Paweł Śpiewak: „»Gruba kreska« nie oddzielała już czasów totalitarnych od posttotalitarnych, ale autokratów i jaskiniowców od Europejczyków i żarliwych miłośników społeczeństwa otwartego". Pokonanie tych pierwszych było w zasadzie jedynym politycznym zadaniem, jakie zostało do wykonania. Potem będzie już można skupić się wyłącznie na zarządzaniu i rozwoju gospodarczym.

Na początku lat 90. w tekście „Bieda-partie" Ernest Skalski pisał: „nasze partie wyglądają niezwykle anachronicznie, jakby przeniesione z innej epoki. Walczą z przeciwnikami wyimaginowanymi, gdy tak naprawdę nie ma już o co walczyć, bo wszystkie Wielkie Cele zostały już z grubsza osiągnięte". W epoce końca historii partie polityczne, w ogóle polityka jako taka, są zbędne i anachroniczne. Walka z chamem – autokratą i jaskiniowcem nie jest więc sporem politycznym, tylko cywilizacyjnym. Nie jest on przeciwnikiem, tylko wrogiem, którego trzeba pozbyć się ze wspólnoty.

Demokracja liberalna, kontynuował swój wywód Fukuyama, nie może też istnieć bez liberalnej gospodarki, dzięki której upadają dawne bariery klasowe i zaczyna panować stan powszechnej równości szans. Od teraz każdy będzie mógł zdobyć tyle uznania, ile tylko jest w stanie, a więc na ile zasługuje. Jego poczucie sprawiedliwości będzie mogło zostać zaspokojone – każde osobiste niepowodzenie będzie mógł tłumaczyć tylko własną nieudolnością, brakiem ambicji czy umiejętności. Żal będzie mógł mieć tylko do samego siebie, a nie do systemu, w którym żyje. Demokracja liberalna nie obiecuje powszechnej szczęśliwości (to różni ją od utopii przeszłości), ale powszechne poczucie sprawiedliwości – tego, że moja godność jest uznawana przez innych dokładnie w takim stopniu, w jakim na to zasługuję.

Przyjęcie takiego języka opisu rzeczywistości nie pozostawia żadnej przestrzeni na troskę o słabszych, biedniejszych, ekonomicznie wykluczonych. Przeciwnie, stają się oni potencjalnym niebezpieczeństwem dla realizacji koniecznych reform. A jednocześnie reliktem minionej epoki, sierotami po socjalizmie, ludźmi sowieckimi. Jeżeli jeszcze przy okazji są wierzącymi katolikami, przywiązanymi do tradycji narodowej, otrzymujemy modelowego członka „społeczeństwa zamkniętego" – największego wroga liberałów. Tego, który stoi poza granicami wspólnoty. Dlatego właśnie Radio Maryja, którego „rodzina" skupia w większości wykluczonych ekonomicznie katolików, dla których ważna jest kategoria narodu, stało się ulubionym wrogiem członków „społeczeństwa otwartego". Wspólnota słuchaczy toruńskiej rozgłośni posiada wszystkie najważniejsze cechy sprawiające, że można ją uznać za „zagrożenie dla demokracji". Dlatego jej członkom nie należy się uznanie ich ludzkiej i obywatelskiej wartości. Sami postawili się poza zasięgiem mechanizmów demokratyczno-liberalnej „dystrybucji godności". W ten sposób rodzina Radia Maryja stała się największym, najbardziej konkretnym „zbiorowym chamem" III RP.

Najazdy Hunów

Rodząca się w Polsce demokracja liberalna potrzebowała chama. To on nadawał kontury, kształt nowej wspólnoty politycznej. „Polityczna jedność zbudowana jest na przekonaniu o realnej możliwości pojawienia się wroga" – pisał Carl Schmitt, niemiecki prawnik i filozof, twórca całkowicie antyliberalnej, do bólu realistycznej koncepcji polityczności. Koncepcji, która opiera się na rozróżnieniu przyjaciela i wroga. „Wróg to etyczna różnica, wyrażająca się w konieczności zanegowania tego, który jest obcy w całej totalności jego życia". Dopiero w obliczu wroga szukamy przyjaciół; są oni sprzymierzeńcami w walce o obronę naszego „sposobu istnienia" przed tymi, którzy mu zagrażają. Demokratyczno-liberalny pluralizm i tolerancja maskował jedynie brutalny, polityczny spór; walkę z obcymi, chamami, „w całej totalności ich życia". Spór ten uwidacznia się w języku, jakim „elity" posługują się, opisując „masy".

„Mamy najazd Hunów" – pisała o Polakach przyjeżdżających „za 500+" nad polskie morze Anna Szulc w „Newsweeku", w lipcu 2016 roku. Cytowana w tekście Agata Młynarska mówi o poczuciu osaczenia przez tych, którzy „chcą poczuć się nad Bałtykiem jak bohaterowie »Warsaw Shore« czy »Pamiętników z wakacji«". Doszło tam do zderzenia cywilizacji, ekspansji obcych, atakujących „elitarny sposób istnienia". „I wtedy do Młynarskiej podeszły dwie emerytowane nauczycielki z Kalisza. Miały łzy w oczach. – Kochają Władysławowo. Ale to inne, którego już nie ma". Zniknęło, bo najechali je „Hunowie".

Ta sama, pełna wyższości i pogardy dykcja pojawia się w reakcjach na protesty, które „Hunowie" organizują w Warszawie. Kiedy w lutym 2015 roku rolnicy mieli protestować w stolicy, dziennikarka TVN Jolanta Pieńkowska nie kryła oburzenia: „Nie życzę sobie, żeby moje miasto było najeżdżane!", „Odp...cie się od Warszawy, barany" – dodawał reżyser i scenarzysta Andrzej Saramonowicz. Warszawa nie jest w tej optyce stolicą kraju, miejscem podejmowania kluczowych z punktu widzenia całego państwa decyzji. Wykluczone grupy społeczne nie mogą domagać się tam realizacji swych interesów, ponieważ nie należą do tej samej wspólnoty. Nie mieszczą się w granicach demokratycznego pluralizmu. Są obcymi, najeźdźcami.

Demokracja liberalna ze swoją obietnicą powszechnego pluralizmu i zakończenia politycznych sporów była w polskich warunkach jedną wielką mistyfikacją. III RP, by mogła powstać, potrzebowała swojego wroga; na lęku i nienawiści do chama została zbudowana jej polityczna jedność. Tyle tylko, że historia się nie skończyła, a „Hunowie" są obywatelami tego samego państwa co „elity". Dopóki polscy liberałowie nie zrozumieją tych oczywistych faktów, pozostaną spętani swoimi lękami i fobiami.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA