fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Lekcje z feminizmu w męskim świecie

materiały prasowe
Równe ćwierć wieku od ostatniej kinowej adaptacji po książkę Louisy May Alcott sięga 36-letnia Greta Gerwig, aktorka i scenarzystka, całkiem niedawno debiutująca jako reżyserka filmem „Lady Bird" (2017). To już siódma wersja „Małych kobietek", nie licząc seriali, sztuk teatralnych, oper, a nawet japońskiej anime. Jednocześnie chyba pierwsza tak głęboko wyrażająca ideę przyświecającą autorce powieści. Od ostatniej adaptacji z 1994 r. zdążyło już dojrzeć całe pokolenie, nic więc dziwnego, iż Gerwig postanowiła wyjść mu naprzeciw, dokonując rewizji treści. Uwspółcześnia ją, nie rezygnując przy tym z XIX-wiecznego sztafażu.

Trwa wojna secesyjna. W niewielkim miasteczku w stanie Massachusetts, sympatyzującym z armią walczącej z Południem Unii, cztery siostry March – Meg (Emma Watson), Jo (Saoirse Ronan), Beth (Eliza Scanlen) oraz Amy (Florence Pugh) – żyją wraz z matką (Laura Dern) w domu ubogim, lecz bogatym w miłość i radość. Czekając na powrót ojca (Bob Odenkirk), który jest kapelanem na froncie, dziewczęta dorastają i zaczynają samodzielnie dbać o rodzinę.




To, w jaki sposób zaczyna się film, warunkuje jego dalszy odbiór. W pierwszej scenie, zupełnie inaczej niż w dotychczasowych ekranizacjach, dorosła już Jo ubiega się o publikację swoich opowiadań w redakcji nowojorskiego tygodnika. Wydawca przyjmuje teksty do druku. Prosi nawet o więcej. Zaznacza jednak, że jeśli ich bohaterką będzie kobieta, w finale należy wydać ją za mąż lub przynajmniej uśmiercić. Od tego momentu, wnioskując po reakcji młodej pisarki, pewne jest, iż Greta Gerwig uczyni wszystko, by jej „Małe kobietki" zakończyły się inaczej. Jo nie w smak bowiem rezygnować z własnych przekonań i marzeń na rzecz tego, czego oczekuje od niej – i nie tylko od niej – społeczeństwo.

Reżyserka jest całkowicie oddana materiałowi źródłowemu, ale pozwala sobie na słuszne i całkiem trafne zmiany. Sięga przy tym głębiej – nie tylko do powieści Alcott, ale również do jej biografii, a przede wszystkim do pamiętnika, pełnego, jak na tamtą epokę, wywrotowych myśli. W ten sposób reżyserka prowadzi narrację, pozwalając koegzystować w jej ramach zarówno temu, co realne, jak i temu, co fikcyjne. Ponadto, przeplatając dwie linie czasowe i oddzielając je od siebie za pomocą zdjęć w ciepłym i zimnym świetle, zderza oczekiwania z rzeczywistością – chwile niewinnej dziecięcości, kiedy siostry wciąż są razem, przeplatają się ze zmaganiami z dorosłością. Jej nieodłącznym elementem jest pojmowana na różne sposoby samotność.

Saoirse Ronan jako Jo, choć jest bardzo dobra, to nie wytrzymuje porównania z Katharine Hepburn, dla której ta sama rola w wersji George'a Cukora z 1933 r. była wręcz uszyta idealnie. Z kolei Amy, w interpretacji Florence Pugh, na naszych oczach przekształca się na oczach widza z egocentrycznej kokietki w feministkę z prawdziwego zdarzenia. To ona wygłasza najmocniejsze kwestie w filmie Gerwig, zwraca uwagę na nierówności płciowe i marginalizowanie kobiet w męskim świecie. To także ona jest tą, która postrzega instytucję małżeństwa krytycznie – wychodzi poza jej romantyczny wymiar, traktując ją przede wszystkim jako transakcję biznesową. Podkreśla tym samym swoje prawo do podejmowania decyzji o sobie, nawet tych niepopularnych.

Podobnie jak w swym debiucie „Lady Bird" Greta Gerwig skupia się na dojrzewaniu fizycznym i twórczym, relacjach pomiędzy matką a córką oraz na żeńskiej przyjaźni. Ucząca się pisać Jo uczy się także samodzielnie o sobie decydować. Siłę stara się czerpać z inteligencji, ambicji i kreatywności. Płeć żeńska – jak zauważa bohaterka – ma bowiem nie tylko serce i urodę, ale również umysł i talent. Zaś miłość nie musi być wszystkim, do czego jest stworzona.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA