fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jarosław Flis: Równowaga ignorancji i arogancji

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Dwa główne obozy mają porównywalną siłę. Każda ze stron mogłaby przeciągnąć linę na swoją stronę. Problem w tym, że próbują to robić głównie bufoni.

Generalna stabilność i równowaga, jakie zapanowały w polskiej polityce (opisywałem ją w tekście „Choroba dwubiegunowa”), są wynikiem wyjątkowo ułożonej liny ideowych podziałów. Lecz nie do przeceniania jest to, że na zawodnikach chcących przeciągnąć tę linę na swoją stronę piętno odciskają ignorancja i arogancja.

Góra, dół

Ukształtowany przed stu laty podział na lewicę i prawicę jest tak naprawdę wypadkową dwóch podziałów – ekonomicznego oraz społecznego. Pod tym drugim, mniej czytelnym określeniem, kryją się sprawy obyczaju i tożsamości, rodziny i narodu. Na obu osiach zasadniczym problemem jest znalezienie równowagi pomiędzy jednostką a wspólnotą. Odpowiedź tradycyjnej prawicy na taki dylemat brzmiała: wspólnota jest dobra w obyczaju i tożsamości, lecz w ekonomii lepszy jest indywidualizm, czyli wolny rynek. Lewica odpowiadała, że jest dokładnie odwrotnie. Wspólnota powinna regulować sprawy pracy i zamożności, lecz od obyczaju i tożsamości powinna się trzymać jak najdalej, zostawiając to indywidualnemu sumieniu.

Tak w czasach, gdy bogaci siedzieli w pierwszych rządach kościelnych ławek, wyłoniły się dwie drużyny, które przez dziesięciolecia przeciągały linę w zapasach o sprawowanie władzy. Idee podpowiadały takie czy inne praktyczne rozwiązania, których trafność weryfikowało potem życie. O sukcesach jednej lub drugiej drużyny decydowały też sprawy uznawane powszechnie za ważne – jak budowa dróg czy zwalczanie nadużyć władzy. Stąd też obie drużyny starały się dokoptować do swojego składu sprawnych menedżerów, uczciwych urzędników i kompetentnych ekspertów oraz zyskiwać punkty na wytykaniu przyziemnych słabości w drużynie przeciwników. Ten mechanizm zaczął się jednak zacinać, gdy menedżerowie, urzędnicy i eksperci zaczęli się zbyt do siebie upodabniać. Wszyscy oni zaczęli żyć w przekonaniu, że w zasadzie to indywidualizm jest lepszy na obu osiach – ekonomicznej i obyczajowej. Rolę wspólnoty lepiej jest zaś ograniczać i na jednym, i na drugim polu.

Ta strategia przyniosła bez wątpienia sukces i poprawę życia – jednak przede wszystkim właśnie elitom. Dziś w większości krajów Zachodu – jeśli wierzyć sondażowi Chatham House – przytłaczająca część społecznych elit deklaruje, że żyje się im lepiej niż przed ćwierćwieczem. Takiego przekonania nie ma jednak większość pozostałych współobywateli. Nic zatem dziwnego, że pozostałości starego podziału, gdzie coraz mniej różni lewicę i prawicę, nie organizują już realnych społecznych napięć i emocji. Pojawiło się miejsce na nowe partie, odsądzane przez starych graczy od czci i wiary. Stary podział wszak nie składa broni, walcząc z uzurpatorami na różne sposoby. Najczęściej jednak wykorzystuje własną przewagę organizacyjną – dostęp do kadr, funduszy i społecznych sieci. Różnie to wychodzi, lecz nigdzie jednak, poza Polską, nie wytworzył się tak klarowny, uporządkowany nowy podział. Bo doświadczenia wolnej Polski ukształtowały kluczową oś sporu, która okazała się całkowicie prostopadła do tradycyjnego podziału na lewicę i prawicę. Same określenia „lewicowy” i „prawicowy” zostały w Polsce sprowadzone do spraw obyczajowych.

Nowy podział, gdyby stosować dalej przestrzenne określenia, wypadałoby nazwać podziałem na „górnych” i „dolnych”. Bo tak jak w krajach „starej Unii” dwa bieguny nowej osi wyznaczali ci zadowoleni i ci zawiedzeni społecznymi realiami kraju. Nowy podział nałożył się na ideowe przekonania. Generalnie zadowoleni byli ci, którzy uważali, że wspólnota, ucieleśniana przez państwo, jest raczej źródłem problemów niż pożytków – zarówno na polu ekonomii, jak i obyczaju czy tożsamości. Natomiast zawód był udziałem tych, którzy po zawołaniu „nie ma wolności bez solidarności” spodziewali się, że wywalczona wolność nie będzie uwolnieniem od solidarności, przemianowanej na „roszczeniowość”. Także tych, którzy poczuli się zdradzeni tym, że istotna część opozycyjnych elit uznała ludowy patriotyzm i religijność za coś znacznie bardziej obcego i groźnego niż postkomunistyczne więzi świeżo nawróconych demokratów. W atmosferze wzajemnych oskarżeń „kto zaczął” zaczęła narastać wzajemna podejrzliwość, niechęć, a wreszcie wrogość. Początkowo tylko nie był to aż tak bardzo ostry podział. Większość miała ambiwalentne uczucia – jedne sprawy ich cieszyły, inne zaś smuciły czy chociaż niepokoiły. Niemniej na polaryzacji w oparciu o te uczucia Donald Tusk i Jarosław Kaczyński zaczęli budować pozycję swoją i swoich ugrupowań.

Ubocznym skutkiem takiej rywalizacji było przekonanie wielu zadowolonych, że wszystkie problemy zgłaszane przez zawiedzionych są dowodem ich ignorancji. W szczególności zaś ignorancja jest nieuchronną cechą tych wszystkich, którzy do reprezentowania zawiedzionych chcieliby się zabrać. Pomagało w tym eksponowanie wszystkich przypadków ignorancji w szeregach przeciwników, a pomijanie ich we własnych. Takie podejście było odbierane przez oponentów jako wyraz arogancji, którą zaczęto uznawać za nieuchronną cechę zadowolonych. Utożsamiając poglądy „dolne” z transformacyjnymi żalami, brakiem wykształcenia, starszym wiekiem i zamieszkiwaniem poza metropoliami, rzecznicy zadowolonych wpadli w pułapkę. Ludzie, którzy nie spełniają wyimaginowanych kryteriów prawdziwego zadowolenia, czyli nie są to „młodzi, bogaci, wykształceni mieszkańcy wielkich miast”, są zdecydowaną większością społeczeństwa. Nie tylko prosta logika, lecz i wszystkie badania pokazują, że ludzi „na dole” jest zawsze więcej niż „na górze”. Stąd tym „na górze” jest znacznie trudniej wygrać w przeciąganiu liny.

Stąd pojawił się dodatkowy czynnik równowagi. Partiom „górnym” – w szczególności PO w najlepszych latach – było generalnie łatwiej pozyskiwać osoby o wysokich kompetencjach, niezbyt zaangażowane w spory ideowe. Lecz przecież i PiS nie był tak wyautowany z uczelni, urzędów i biurowców, jak to sądzili jego przeciwnicy.

Buraki przeciw złodziejom

Oczywiście żadna idea nie jest absolutna, nawet jeśli tak ją przedstawiają jej najzagorzalsi zwolennicy. Każda, doprowadzona do ekstremum, staje się dla ludzi utrapieniem. Zbyt silna wspólnota przeradza się w autorytaryzm, za wiele wolności prowadzi do anarchii. Na szczęście na straży równowagi stoją ci, których nie pociągają ideowe uproszczenia, którzy wyczuwają lub dostrzegają, że ład społeczny opiera się na delikatnej równowadze uzupełniających się odmienności. Lub chociaż ci, których doświadczenie nauczyło, że nadgorliwość jest gorsza niż sabotaż. Tych w Polsce ciągle nie brakuje. Niemniej dobrze zorganizowany konflikt prowadzi do tego, że w organizacjach zaczynają wygrywać bojowi przywódcy. Stawka jest coraz większa, stąd coraz trudniej odsuwać zacietrzewionych harcowników. Na ekstremach osi zadowoleni – zawiedzeni prym zaczęli wieść zadufani i zgryźliwi. Od samego początku, pomimo różnych zabiegów, Tuskowi i Kaczyńskiemu nie udało się uniknąć tego, by ich stronnictwa nie zostały obciążone negatywnymi stereotypami. Jeśli się powie, że polska polityka to walka „ważniaków” i „buraków”, czy też „wariatów” przeciwko „złodziejom”, to nikt nie ma problemu, żeby odgadnąć, kto jest kim. Waga tych obciążeń nie rozkładała się jednak równo.

Po porażce Platformy Obywatelskiej w 2005 roku, wobec błyskawicznej kariery Kazimierza Marcinkiewicza, wydawało się, że Prawo i Sprawiedliwość zyskuje tu przewagę. Lecz usunięcie popularnego premiera i postawienie na ścisły sojusz z Ligą Polskich Rodzin oraz Samoobroną Andrzeja Leppera, odwróciło trend. Lider PiS przeszedł do defensywy, o czym zadecydował też jego własny styl komunikowania. Dało to kilkuletnią przewagę PO. Jednak gdy Tusk się wypalił, a potem wybrał europejską karierę, nie pojawił się nikt, kto byłby w stanie powstrzymać przekształcanie się Platformy w kopię Unii Demokratycznej. Inna rzecz, że Tusk wypchnął lub spacyfikował wszystkich, którzy mogliby wyrwać osieroconą przezeń partię z marazmu. Tymczasem druga strona zaczęła wyciągać wnioski z porażek. Wystawienie Andrzeja Dudy i Beaty Szydło pozwoliło stonować zgryźliwość PiS, nie powodując jednak utraty zaufania tych, którzy w inteligenckiej ogładzie widzieli zapowiedź odmiennego punktu widzenia, poczucia wyższości i braku zrozumienia dla problemów gorzej wyposażonych w kapitał – czy to zwykły, czy kulturowy.

Zwycięstwo PiS i jego agenda – bardziej chyba wojownicza niż naprawę radykalna, a już bardzo wybiórczo skuteczna – doprowadziły do kolejnego zwrotu i paradoksalnego wyrównania sił. Politycy partii rządzącej błyskawicznie popadli w zadufanie, raz za razem pokazując, że mogą bez trudu dorównać oponentom na polu arogancji. Społeczne zaplecze partii „górnych” zaczęło na wyścigi okazywać zgryźliwość, rozszerzając swoją niechęć na ogół zwolenników partii rządzącej, także tych jeszcze niedawno należących do tego samego obozu. Liderzy opozycji zafiksowali się na samym odsunięciu PiS od władzy, rezygnując zupełnie z budowania jakiegoś trwałego zaplecza eksperckiego czy realnych ram zaangażowania popierających ją obywateli. Każda ze stron mogłaby uzyskać przewagę, pozbywając się swoich słabości. Lecz obie najwyraźniej się osłabiają, zarażając się od swoich przeciwników ich przywarami.

Gdyby wierzyć generalnej retoryce liderów dwóch głównych sił, to mamy przed sobą czarno-białe wybory, w których decydujemy: albo w ich wyniku upadnie naród, albo demokracja. Bez wątpienia wybory te przyniosą jakieś rozstrzygnięcie – któraś ze stron po 13 października stworzy rząd. Choć każda z nich wierzy, że jej zwycięstwo będzie ostateczne, to jednak mało wskazuje, by tak się stało w istocie.

Podziały ideowe stworzyły w Polsce dwa obozy o porównywalnej sile. Każda ze stron miałaby podstawy, by przeciągnąć solidnie linę na swoją stronę. Jednak równowagę utrzymuje mieszanka ignorancji i arogancji trwale obecna na ich społecznym czy kadrowym zapleczu. Nawet gdyby liderzy mieli najczystsze intencje – w co z boku patrząc, uwierzyć się nie da – wszystkie ich plany grzęzną w nieadekwatnych reakcjach najbliższego czy dalszego otoczenia. Wszystkie, to znaczy i te mające służyć krajowi, i te podejmowane tylko dla poszerzenia swojej władzy. Dlatego nie do wszystkich dopłynęła ciepła woda, zaś tylu Polaków w tej kadencji poczuło złą zmianę, nie zaś dobrą. Na szczęście podobnie nic trwałego nie wyszło ani z kontrolowania przez PO samorządów za pomocą „schetynówek”, ani z podporządkowania przez PiS sądów za pomocą „antysitwy”. Zostało z tego więcej samookaleczeń i smrodu niż najcyniczniej nawet rozumianych korzyści.

Rozstrzygnie bilans słabości

Tym, co tak czy owak pcha kraj do przodu, są dwa czynniki. Pierwszym są całkiem spore zasoby sprawności i zdrowego rozsądku, które – mimo wszystko – udało się zgromadzić na niższych poziomach polskiego państwa. Ludzie tam pracujący traktują najczęściej polityczne kierownictwo jako utrapienie, które jednak nie przekreśla sensu podejmowania prób, by własna praca miała jakiś sens. Jest to utrapienie uciążliwe, lecz nie przemożne. To nieco ogranicza patologie widoczne na szczycie systemu. Ograniczeniem dla arogancji jest bardzo mocne przywiązanie do demokracji ogółu polskiego społeczeństwa. Nawet jeśli dzisiejsi rządzący bardzo by chcieli zostawić na swoich stanowiskach Banasia czy Piebiaka, Kuchcińskiego czy Pawłowicz – a wyrażają to zgoła otwarcie – to wiedzą, że cena byłaby za wysoka. Tylko ciągle im się zdaje, że można jeszcze chwilę poczekać, że może jakoś uda się uniknąć losu partii Sikorskiego, Nowaka i Niesiołowskiego. Jakoś pokombinować, żeby oszczędzić wiernych druhów i własne dobre samopoczucie. Widząc to, druga strona nabiera przekonania, że samemu też się nie trzeba aż tak starać, że można wstawić na listy osoby równie wpływowe, co skompromitowane. Bo idąc dotychczasowym tropem, druga strona jest przecież na kursie na katastrofę. Tyle tylko, że odpuszczenie sobie samodoskonalenia przez opozycję właśnie moment takiej katastrofy oddala.

Guru zarządzania, Peter Drucker, pisał, że każda organizacja działa tak źle, jak sobie na to może pozwolić. Polskie partie mogą sobie pozwolić na całkiem sporo, lecz jednak nie na wszystko. Lina jest możliwie najsensowniej ułożona. Aż się prosi, żeby pociągnęły ją zgrane, prężne drużyny. Jednak po obu stronach rzucają się w oczy głównie bufoni i nieogary. W sumie to trudno się dziwić konsternacji tych, którzy uważają, że rządzący zasłużyli na porażkę, lecz opozycja nie zasłużyła na zwycięstwo. tak samo jak w 2015. Lecz przecież nawet oni będą musieli w końcu na kogoś oddać głos. Przewidzieć, kto będzie mógł ogłosić, że wygrał zapasy tak skrzykniętych drużyn, dziś nie sposób, choć zapewne zadecyduje o tym właśnie bilans wszystkich kadrowych i środowiskowych słabości. Można jednak przewidzieć, że z tyloma kulami u nóg zwycięzca za daleko nie dojdzie. Bo przecież ani arogancji, ani ignorancji od takiego zwycięstwa nikomu nie ubędzie.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA