fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus na wybory

Koniec wyborczego peletonu ważny dla zwycięzcy

Ilu wyborców przekona do siebie Konfederacja? Od tego m.in. zależeć będzie siła PiS w przyszłym Sejmie
Reporter/ Jacek Domiński
Głównym rywalem PiS na ostatniej prostej kampanii nie jest Koalicja Obywatelska, tylko mniejsi gracze.

W wyborczy wieczór zwykle najbardziej emocjonują nas pierwsze jego sekundy, gdy rosnące na ekranach telewizorów słupki wykresów pokazują, kto i z jakim wynikiem wygrał kampanijny wyścig. Zwycięzcy w uniesieniu zdzierają z radości gardła, przegrani szukają zwykle dobrych min, które zamaskowałyby gorycz porażki.

Wiele jednak wskazuje na to, że niedzielny wieczór 13 października może wyglądać nieco inaczej. O tym bowiem, kto i z jakim mandatem będzie rządził Polską, przekonamy się być może dopiero po ogłoszeniu, czy próg wyborczy przekroczyły komitety z końca ogólnopolskiego peletonu. To zaś może się ważyć do ostatniego podliczonego głosu i rozstrzygnąć dopiero w poniedziałek lub wtorek.

Co teraz mówią sondaże

Z sondaży wynika, że dość nerwowa kampania umiarkowanie wpływa na czoło wyborczego wyścigu oraz utwierdza jasny i stabilny podział na zwolenników i zdecydowanych przeciwników obozu „dobrej zmiany”. Choć notowania PiS lekko się ostatnio poprawiają, a między opozycyjnymi KO a SLD następują pewne przepływy głosów, to generalizując, możemy powiedzieć, że ok. 45 proc. wyborców deklaruje niezachwiane poparcie dla obozu władzy. Na wyraziście opozycyjne KO i SLD niezmiennie gotowe jest zaś głosować w sumie ok. 40 proc. z nich.

Istotne zagadki widać natomiast na końcu krótkiego peletonu ogólnopolskich sejmowych komitetów wyborczych. Jedne sondaże szanse na przekroczenie pięcioprocentowego progu wyborczego dają komitetowi PSL–K’15, inne Konfederacji, są wreszcie i takie, które w nowym Sejmie widzą oba ugrupowania. Warto na to zwrócić szczególną uwagę, bo od tych komitetów i ich wyborców zależeć będzie w tych wyborach bardzo wiele.

Po pierwsze bowiem, wobec rozmaitych politycznych kłopotów PiS, takich jak sprawa prezesa NIK Mariana Banasia, to te komitety mają największą szansę, by ewentualnie uszczknąć partii władzy bezcenne jeden czy dwa punkty procentowe jej wysokiego poparcia. PSL–K’15 od strony centrum, a Konfederacja ze skrzydła prawego. Po drugie zaś, to ich wyniki zdecydują o tym, czy i jak dużą premię otrzyma zwycięzca, z powodu głosów oddanych na komitety, które nie przekroczą progu wyborczego i nie będą się liczyć przy podziale mandatów. A ta z kolei premia decyduje czasem o kształcie parlamentarnej większości.

Przypomnijmy. W 2015 roku takich ważnych, ale niebiorących udziału w podziale mandatów, głosów, oddanych między innymi na Zjednoczoną Lewicę, Komitet KORWiN czy partię Razem, było aż 2,5 mln, tj. ok. 16 proc. Ale znaczną częścią sejmowych mandatów, które teoretycznie mogły wynikać z tych głosów, nożyce progu wyborczego i system d’Hondta wzmocniły zwycięski wówczas PiS. W efekcie, przy zwycięstwie na poziomie 37,5 proc. otrzymanych głosów (5,7 mln), obóz „dobrej zmiany” zyskał samodzielną większość 51 proc. mandatów (235).

„Dobra zmiana” na zakręcie

Aby to dokładniej zobaczyć, warto rozważyć trzy scenariusze. Pierwszy z nich to sytuacja, gdy i koalicja PSL–K’15, i Konfederacja wyraźnie, np. na poziomie 7 proc., przekraczają próg wyborczy, a w Sejmie znajduje się pięć stronnictw. Wtedy liczba głosów niebiorących udziału w podziale mandatów będzie zapewne minimalna, na poziomie jednego– dwóch procent, a premia z nich dla zwycięzcy niewielka.

Przy obecnych sondażach oznacza to, że aby mieć w Sejmie samodzielną większość 231 mandatów, zwycięzca zdobyć będzie musiał poparcie co najmniej 44–45 proc. głosujących. A przy frekwencji wyraźnie powyżej 50 proc. to jest aż ok. 7 mln głosów, czyli 800 tysięcy więcej, niż PiS uzyskał w maju (wtedy frekwencja wyniosła 45 proc.). Jeśli partia rządząca ich nie zdobędzie i nie będzie miała jednoznacznej większości, zawsze może oczywiście szukać koalicjantów wśród PSL–K’15 czy Konfederacji albo próbować „podbierać” pojedynczych posłów.

To pierwsze jednak skończyć by się mogło traumatycznym dla PiS scenariuszem z lat 2005–2007. Drugie groziłoby zaś sytuacją ciągłych politycznych targów przed każdym poważnym głosowaniem. Obozowi „dobrej zmiany” trudno byłoby w takiej sytuacji zachować dotychczasową pewność siebie, polityczną dynamikę i rządzić w sposób równie twardy i bezkompromisowy jak w latach 2015–2019.

„Dobra zmiana” liczy własne szable

Niewykluczony wydaje się też scenariusz, w którym próg wyborczy przekraczają cztery komitety. Niezależnie od tego, czy w jego ramach w Sejmie, obok PiS, KO i SLD, znalazłyby się PSL–K’15 czy Konfederacja, odsetek głosów niereprezentowanych może być znacząco większy, na poziomie czterech, pięciu procent, i wynikająca z nich premia dla zwycięzcy odpowiednio większa. Do stworzenia samodzielnej sejmowej większości 231 mandatów być może wystarczy wówczas wygranie wyborów na poziomie 41–43 proc.

Przyjmując zaś ostrożną średnią z obecnych sondaży, można założyć, że scenariusz ten ostatecznie przynieść może „dobrej zmianie” ok. 240–250 sejmowych mandatów. Choć daje to prawo tworzenia własnego rządu, to poza polityczny zasięg „dobrej zmiany” odsuwa raczej możliwość samodzielnego odrzucania weta prezydenta, na co potrzeba 276 sejmowych szabel. Co jednak jeszcze ważniejsze, w obozie władzy, który nie jest przecież monolitem, sytuacja taka może uruchomić proces wewnętrznej polaryzacji. Jak zwraca uwagę między innymi publicysta Wojciech Szacki, w kampanii widać bowiem, że swą pozycje w przyszłej wspólnej reprezentacji „dobrej zmiany”, obok dominującego PiS, próbują budować ze swoimi środowiskami zarówno Jarosław Gowin, jak i Zbigniew Ziobro. Gdyby ich zabiegi się powiodły, a środowisko każdego z nich uzyskałoby po kilkanaście mandatów, wtedy, przy ogólnym zwycięstwie na poziomie nieco ponad 240 mandatów, zyskują oni swoisty pakiet kontrolny i mogą mocniej niż dziś artykułować swą własną podmiotowość i polityczne interesy.

Jeśli scenariusz taki by się sprawdził, to w zależności od liczby szabel każdego z trzech podmiotów obozu władzy, już na etapie formowania nowego gabinetu, moglibyśmy być świadkami sporych napięć oraz poważnych targów personalnych i politycznych, dotyczących tempa i kierunku, w jakim zmierzać ma „dobra zmiana”.

„Dobra zmiana”, jaką znamy

Najmniej prawdopodobny, choć możliwy, wydaje się dziś scenariusz, w którym w Sejmie znajdują się zaledwie trzy największe komitety, bez PSL–K’15 i Konfederacji. Wtedy to odsetek niereprezentowanych głosów nie osiągnie co prawda 16 proc. jak w 2015 roku, ale oscylować może w granicach 8–9 proc., co i tak da solidną premię zwycięzcy. Oznacza to, że do stworzenia samodzielnej sejmowej większości może wystarczyć zwycięstwo na poziomie 39–40 proc. oddanych głosów.

Dla PiS byłby to oczywiście scenariusz marzeń. Przy wyniku własnym 45 proc. i wyżej, łącznie ze znaczną częścią tej premii, obóz „dobrej zmiany” mógłby liczyć w nowym Sejmie na klub przekraczający znacznie 250 posłanek i posłów, a może nawet na możliwość odrzucania prezydenckiego weta. W perspektywie niepewnych wyników wyborów prezydenckich nie jest to sprawą błahą. Równie istotne jest i to, że w obozie „dobrej zmiany” pełnia władzy należałaby wtedy zapewne nadal do jednej partii i kierującego nią polityka. Co z kolei oznaczałoby zapewne dalsze rządy „dobrej zmiany”, jakie znamy.

Ważne ostatnie chwile

Zdając sobie z tego sprawę, na finiszu kampanii sztabowcy PiS coraz więcej uwagi poświęcać będą zapewne właśnie rywalom mniejszym, dążąc do wykluczenia pierwszego z zarysowanych wyżej scenariuszy i przybliżenia tego ostatniego. O tym, który z nich zostanie jednak zrealizowany, decydować mogą ułamki procent wyborczego poparcia, dlatego w ostatnim etapie kampanii ważne są czynniki, na które nie mają większego wpływu politycy i sztabowcy obozu władzy.

Po pierwsze, rozstrzygające kilkadziesiąt tysięcy głosów któremuś z mniejszych komitetów dać może jeden celny, trafiający do wyobraźni i nastrojów społecznych spot, taki jak ten Pawła Kukiza z kampanii prezydenckiej w 2015 roku.

Po drugie, wpływ na decyzję wyborców mogą mieć ostatnie telewizyjne debaty. Naturalność, energia i dobra wizyjna dyspozycja któregoś z dyskutantów przesądzić może, podobnie jak w przypadku wystąpienia Adriana Zandberga jesienią 2015 roku, o losach wyborów.

Po trzecie, jak zawsze istotna będzie frekwencja. Wysoka, na poziomie 55–60 proc., może „zatopić” mniejsze komitety, przybliżając kontynuację „dobrej zmiany”. Wtedy bowiem pięcioprocentowy próg wyborczy będzie wynosił odpowiednio ponad 820–900 tys. głosów. Po czwarte wreszcie, zwłaszcza w przypadku PSL–K’15 istotna będzie polityczna wyobraźnia reszty opozycyjnych partii. I to, czy w ostatnim tygodniu będą straszyć potencjalnych wyborców PSL–K’15 perspektywą utraty głosów, czy też zechcą ludowców wspierać.

Dr hab. Sławomir Sowiński jest politologiem, wykładowcą UKSW

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA