fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Oscary

Oscary 2018: Grzeczne Oscary bez szaleństw

AFP
„Kształt wody” najlepszym filmem roku, Guillermo del Toro – najlepszym reżyserem McDormand i Oldman – najlepszymi aktorami

Triumf „Kształtu wody”, który został uznany za najlepszy film roku i dostał jeszcze trzy inne Oscary – za reżyserię, scenografię i muzykę. Dwie statuetki za role Frances McDormand i  Sama Rockwella dla „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri”. Trzy, choć w kategoriach dość technicznych – dla „Dunkierki”, 2 dla „Czasu mroku” - za rolę Gary’ego Oldmana i charakteryzację. Po jednym – dla „Uciekaj!, „Nici widmo”, „Tamtych dni, tamtych nocy” i „Ja, Tonya”. Tegoroczne Oscary były wyważone i bardzo nijakie. 

Podobnie zresztą jak gala. W czasie, gdy w Hollywood wszyscy się buntują i krzyczą, Akademia przestraszyła się.  Nawet prowadzący Jimmy Kimmel nie odważył się na złośliwości, które zawsze były smaczkiem wręczania Oscarów. Jego najbardziej „kąśliwa” uwaga dotyczyła statuetki Oscara, który „nie ma penisa”.

Tym dziwniejsze, że przecież na ekranie dzieje się dużo. To tam dzisiaj przegląda się pokaleczony, świat. I tegoroczne nominacje były ciekawe. Odbił się w nich niespokojny czas, w którym na całym świecie odradzają się nacjonalizmy, narasta agresja dnia codziennego, a politycy wygrywają wybory dzięki populistycznym hasłom, szukaniu wrogów, wzniecaniu nienawiści i strachu. Ale również czas, kiedy zaczynają podnosić głowę wykluczeni i źle traktowani. Od kilku już lat o swoje prawa upominają się Afroamerykanie. Po ubiegłorocznym  „Moonlight”, teraz Afroamerykanie wykrzyczeli swój bunt w horrorze (!) „Uciekaj”, gdzie debiutujący jako reżyser czarnosóry Jordan Peele w niestereotypowy sposób dotyka problemu rasizmu. O rasizmie prowincjonalnej Ameryki ostro mówił też Martin McDonagh w „Trzech billboardach...” Z kolei prawo do homoseksualnej miłości wybrzmiało najmocniej w delikatnej opowieści o pierwszej miłości „Tamte dni, tamte noce”.

Wyraziśie zabrzmiał na ekranie głos kobiet. Tych, które powiedziały dość molestowaniu i upokarzaniu, rozpoczynając akcje #MeToo, Time’s Up czy SpeakUp. Dzisiejsze kino amerykańskie ma twarz niemej sprzątaczki, która w „Kształcie wody” z czarnoskórą przyjaciółką i sąsiadem-gejem próbuje ocalić monstrum – stwora, który jest uosobieniem „inności” - tego, czego boi się totalitarne państwo. I matki z „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri”, która – sama niejednoznaczna, oschła, wcale nie uosabiająca potocznych wyobrażeń o kobiecie idealnej – usiłuje dociec kto zgwałcił i zamordował jej córkę. To kino ma wreszcie twarz młodej dziewczyny z „Lady Bird”, marzącej, by wyrwać się z małego miasteczka, zanurzyć w wielkomiejskiej kulturze, dać sobie prawo do własnego życia.

To jest wreszcie czas prawdy. Nie ma już w Oscarowej stawce miejsca dla dzielnych chłopaków ratujących świat, dla mafii, nawet dla American Dream. Jest próba nowego spojrzenia na historię. Czarny koń tej edycji „Dunkierka” Christophera Nolana to opowieść o wojnie, ale jakże daleka choćby od Spielbergowskiego „Szeregowca Ryana”. Nie o bohaterstwie i trzepoczących amerykańskich flagach, lecz o bezsilności i desperackiej próbie przeżycia.

„Kształt wody” przynosi kolejną próbę odbrązowienia lat pięćdziesiątych, pokazania, że to nie tylko czas prosperity, lecz również zimnej wojny, niechęci do inności. A najmocniejszy, współczesny wydźwięk mają „Trzy billboardy od Ebbing, Missouri”. To wielkie, ważne kino. Opowieść o Ameryce nie tej, która przetacza się ulicami inteligenckiego Manhattanu, lecz tej, która głosowała na Trumpa. Pełnej skrywanych niechęci, klaustrofobicznej, zamkniętej na inność. A przecież mającej swoją godność, skomplikowanej i niejednoznacznej. To był najlepszy film tej edycji Oscarów, ale Akademicy się go przestraszyli. Nie zagłosowali nawet na jego scenariusz – absolutnie genialny, precyzyjny, z rewelacyjnymi dialogami i humorem rozładowującym napięcie.

Akademicy nie zagłosowali też na Gretę Gerwig – świetną aktorkę nowojorskiego kina niezależnego, reżyserkę „Lady Bird” - błyskotliwej opowieści o pokoleniu trzydziestolatków – zbuntowanym, a przecież tak bardzo zagubionym.

Ostrożne były też wybory w kategoriach, które nas specjalnie interesowały. Za najlepszy film nieangielskojęzyczny uznanoi chilijską „Fantastyczną kobietę” Sebastiana Lelio. To świetny film, ale warto zauważyć, że nie przebiły się do strefy Oscarowej dwa doskonałe obrazy europejskie - szwedzki „The Square” i przede wszystkim rosyjska, ważna dzisiaj „Niemiłość” Andrieja Zwiagincewa czy znakomita „Zniewaga” przyglądająca się zwyczajnym ludziom zaplątanym w  konflikt palestyńsko-libański. W dokumentach też wstrząsający „Ostatni człowiek z Aleppo” przegrał ze sportowym „Ikarem”.  A „Twój Vincent” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana - z superprodukcją Pixara, za którą stał kunszt artystyczny, dobry scenariusz, ale również wielkie pieniądze.

W tym czasie ogromnego poruszenia Akademicy, po ciekawych nominacjach, nie postawili kropki nad „i”. Nie zaskoczyli niczym, jak choćby w ubiegłym roku. Nagrodzili film bardzo dobry, ale jednak bajkę. Schowali się za metaforę, przenośnię. I ta grzeczna, co tu owijać w bawełnę – nudna gala, nie była przypadkiem. Ostatnia edycja Oscarowa przejdzie do historii jako ciekawa, ale jednak kompletnie uładzona. Głośny krzyk wykluczonych i atmosfera polityczna ostatnich miesięcy sprawiły, że artyści nie chcą się publicznie „wychylać”, wychodzić przed szereg. I nie chodzi tylko o ciemne stroje, które w tym roku dominowały na sali.  Gdzieś chyba zaczyna się w Hollywood czaić strach: żeby nie powiedzieć jednego słowa za dużo, nie zrobić zbyt ostrego gestu. Szkoda. Pozostaje wierzyć, że ta atmosfera Oscarowa nie przeniesie się w tym roku na filmowe plany.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA