fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Eksces kulturalny w pałacu sprawiedliwości - komentuje Tomasz Pietryga

Fotorzepa, Danuta Matłoch
Sprawa „niepodawania ręki” w Sądzie Najwyższym może się przekształcić w polityczną awanturę.

Kiedy do opinii publicznej trafiło oświadczenie jednego z nowych sędziów SN Antoniego Bojańczyka wysłane do pierwszej prezes SN Małgorzaty Gersdorf i prezydenta RP Andrzeja Dudy, w którym skarży się na poniżające traktowanie przez starszych kolegów, zamieszczając dość szczegółowy opis sytuacyjny, większość komentatorów potraktowało to zdarzenie w kategoriach humorystycznych. Uznały apel sędziego za dziecinadę.

Oczywiście standardy współżycia społecznego są wyższe lub niższe, w zależności od środowiska, w którym się żyje. W SN jednak, podobnie jak sam sąd, ów standard musi być najwyższy. Tymczasem Bojańczyk zwraca uwagę na wręcz „gettowe" traktowanie nowych sędziów i brak reakcji na całą sytuację władz SN, ignorowanie już wcześniej płynących sygnałów. I tu robi się już mniej ciekawie.

Pod koniec lutego br. podczas uroczystości wręczania w pałacu prezydenckim nominacji na stanowiska nowych prezesów w SN prezydent Andrzej Duda stwierdził, że w Sądzie Najwyższym dochodzi do poniżania sędziów orzekających w tych Izbach „ze strony innych sędziów, bardzo często wysoko postawionych". Do wypowiedzi głowy państwa szybko odniósł się rzecznik SN. W wydanym oświadczeniu stwierdził, że pierwszej prezes Sądu Najwyższego nie są znane takie przypadki. Nie znają ich także prezesi SN, „stwierdzić trzeba, że zasadą w takich sytuacjach powinno być zawiadomienie w pierwszej kolejności kierownictwa sądu" - czytamy. Dalej rzecznik wskazał, że wobec ogólnikowej treści cytowanych wypowiedzi wyjaśnienia wymaga, kto, kogo i w jaki sposób poniżał czy poniża. Jednocześnie SN zwrócił się do Kancelarii Prezydenta o ujawnienie tych faktów. Dla władz SN niedostrzegalne były chociażby publiczne wypowiedzi innego sędziego SN Dariusza Czajkowskiego, który wcześniej zwracał na problem ostentacyjnego okazania mu braku szacunku, o czym zawiadamiał zarówno rzecznika prasowego SN, jak i pierwszą prezes.

Z reakcji SN na wypowiedź prezydenta mogło wynikać, że głowa państwa nie tylko opiera swoją wiedzę na plotkach, ale wręcz mija się z prawdą. Bo raczej trudno uznać, że kierownictwo SN nie wie, co dzieje się na jego własnym podwórku. Czy było to chowanie głowy w piasek?

Nikt nie jest naiwny: cała sytuacja jest pokłosiem konfliktu o SN i narzuconych rozwiązań, których samo środowisko nie akceptowało. List Bojańczyka być może zmusi władze SN do reakcji i publicznego oświadczenia, jak zamierza rozwiązać problem ostracyzmu w tej najważniejszej instytucji prawnej. Bo nie chce się wierzyć, że akceptują w swoich szeregach zachowania odbiegające od standardów współżycia społecznego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA