fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Tomasz Pietryga: Desant na sądy się nie udał

Adobe Stock
Kadry dobrej zmiany, które miały wprowadzić w sądach nowy ład, nie dorosły do swojej roli. Ich autokompromitacja uderza niestety w wizerunek całego sądownictwa.

Czwartek przyniósł kolejne medialne rewelacje o skoordynowanej akcji hejtowania, tym razem wymierzonej w prof. Małgorzatę Gersdorf. Jak donosi Onet, sędzia nowo powstałej Izby Dyscyplinarnej Konrad Wytrykowski miał być inicjatorem akcji wysyłania pocztówek do pierwszej prezes Sądu Najwyższego z wulgaryzmem „Wyp...". Mimo że sędzia zaprzecza, już wszczęto wobec niego postępowania wyjaśniające. Problemy ma też Tomasz Szmydt, dyrektor biura Krajowej Rady Sądownictwa, prywatnie małżonek słynnej już Emilki. Został odwołany z urlopu w trybie pilnym w celu złożenia wyjaśnień w związku z aferą.

W środę dyscyplinarki dla sędziego Jakuba Iwańca, delegata do resortu sprawiedliwości, który jest jednym z głównych bohaterów afery, zażądał Zbigniew Ziobro. Dzień wcześniej rezygnację złożył wiceminister Łukasz Piebiak. To bardzo dużo jak na kilka dni, a krąg sędziów, których udział w hejterskiej akcji wychodzi na jaw, może się powiększać. Wszyscy oni zyskali stanowiska, awanse i delegacje po dojściu obozu PiS do władzy, w wyniku zmian instytucjonalno-kadrowych.

I kiedy wydawało się, że PiS i jego sojusznikom za pomocą ustaw udało się przemeblować instytucje sądowe, cementując je nowymi kadrami, te za sprawą Emilki zaczynają się sypać w błyskawicznym tempie. Dziś widać, że nowe elity nie sprostały swojej roli. Miały uwolnić sądownictwo od „znienawidzonej kasty", od patologii, uczynić je lepszym, bliższym obywatelom. Dziś seryjnie kompromitują się w ich oczach po kolejnych doniesieniach mediów. Całość obciąża Zbigniewa Ziobrę, który operację wymiany sądowych elit nadzorował.

Bez wątpienia jesteśmy świadkami kolejnej odsłony konfliktu o sądy. Przez trzy lata władza polityczna walczyła ze środowiskiem sędziowskim. Dziś środowisko prowadzi walkę wewnętrzną. Po jednej stronie barykady mamy sędziów, którzy zdecydowali się wspierać PiS-owskie zmiany, często w zamian za przyspieszenie kariery. Po drugiej zaś niechętnych dobrej zmianie, którzy po dojściu partii Jarosława Kaczyńskiego do władzy stracili stanowiska.

Uczciwie trzeba przyznać, że hejt był po obu stronach. Wystarczy zerknąć na niektóre wystąpienia sędziowskich aktywistów, żeby stwierdzić, że ich język czasami daleko wykraczał poza przyjęte standardy, był nasączony pogardą dla przeciwników. Wiemy także o niepodawaniu ręki nowym sędziom Sądu Najwyższego przez część starszych kolegów.

Oczywiście, nie da się tego porównać z tym, co działo się w Ministerstwie Sprawiedliwości. Tu hejt przybrał zorganizowaną formę, a urzędnicy wykorzystywali swoje stanowiska i związany z nimi dostęp do informacji, by dyskredytować przeciwników reform. Przekroczono linię nieprzekraczalną w demokratycznym państwie prawa. Sprawa musi być wyjaśniona, inaczej urzędowy hejt może się stać standardem.

Na sprawę można spojrzeć też szerzej. Obywatele nie rozróżniają dobrych i złych sędziów. Nie mają pojęcia o sędziowskich podziałach czy koteriach. Obrzydliwe działania hejterów, obrzucających kolegów oskarżeniami o nakłanianie do aborcji czy kradzieże, idą więc na rachunek całego środowiska. Skojarzenie „sędzia = hejter" uderzy również w tych o nieskazitelnym charakterze, którym możemy ufać, gdy wymierzają sprawiedliwość. I to jest jeszcze jeden dramatyczny aspekt całej afery.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA