fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nagroda Rzeczpospolitej im. Jerzego Giedroycia

Fragment książki "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" Magdaleny Grochowskiej

materiały
Książka Magdaleny Grochowskiej to opowieść o Jerzym Giedroyciu, jego pokoleniu i formacji intelektualnej, Instytucie Literackim i „Kulturze”. W związku z czwartkową XVIII edycją wręczenia Nagrody „Rzeczpospolitej” im. Jerzego Giedroycia, przedstawiamy jej fragment.

Rozdział 4. Po stronie Europy

„Wojna niby skończona i co dalej?” – pytała Zofia Hertz w liście z 8 maja 1945 roku. Giedroyc urzędował w Londynie. A Polska była odległa i – nim przyszedł stamtąd pierwszy list do Hertzów jesienią – niewiele o niej wiedzieli.

Niektórzy wracali. Zofia pisała: „...reakcją na wszystkie najnowsze wyjazdy do Lublina jest raczej słowo «Świnia» i dłużej się tego nie ko- mentuje”.

Zygmunta, który wciąż stacjonował koło Ankony, przyjaciel z kraju namawiał w liście do powrotu. W lutym 1946 roku Hertz rozważał tę możliwość, pisząc do żony: „Nie wiem, czy to nie jest najmądrzejsze w mojej sytuacji. Gdzieś każą pracować, głównym celem będzie zjeść i przestanie człowiek myśleć o czymś innym...”. Ale Zofia sprzeciwiła się kategorycznie. Domyślała się, że ludzie Andersa nie mają czego szukać w Polsce, którą w posiadanie biorą komuniści.

Nad połową Europy zapadała noc. Giedroyc był nastrojony katastroficznie. Pisał do Zofii: „Wchodzimy w jakiś nieprawdopodobny chaos. Kto wie, czy nie ma racji Wacek Zbyszewski, że to początek końca świata”.

Nie doznał koszmaru okupacji w Polsce. Walczył jako żołnierz frontowy i dziennikarz, a nie jak tropiona zwierzyna podziemia. Walczył z hitleryzmem – nie z Niemcami – jak zapowiedziała „Polityka” w przededniu wojny. Jego perspektywa była inna niż Polaków w kraju, bo co innego wiedzieć o zbrodniach, a co innego doświadczyć terroru.

Choć w tej wojnie stracił w Warszawie rodziców i stracił swój kraj, dostrzegał rany na ciele całej Europy. Jego wizja Polski – między Niemcami a Rosją – w powojennej Europie wolna była od kompleksu ofiary.

Jeszcze czuło się swąd spalenizny, gdy namówił Jerzego Stempowskiego na podróż do okupowanych przez aliantów południowych Niemiec i Austrii. Stempowski od 1940 roku mieszkał w Szwajcarii. Zachęcony przez Czapskiego, jesienią 1945 roku przyjeżdża do Rzymu. Omawiają z Giedroyciem szczegóły wyprawy. Ma przeprawić się przez Alpy i nawiązać kontakty z ukraińskimi emigrantami.

Powstał Dziennik podróży do Austrii i Niemiec – o losach dipisów, o Ukraińcach i innych uchodźcach ze Wschodu, oddawanych gorli- wie przez aliantów wprost w łapy enkawudystów; o barbarzyństwie alianckich nalotów bombowych na niemieckich cywilów. Tę przejmującą książkę Giedroyc wydał w Rzymie w 1946 roku jako jedną z pierwszych pozycji powstałego właśnie Instytutu Literackiego. „Była to pierwsza po wojnie próba zobaczenia w Niemcach ludzi” – zauważa Jerzy Pomianowski.

W najbliższych latach Hostowiec będzie niemieckie wyprawy kontynuował, zachowując w swych relacjach drukowanych w „Kulturze” „empatyczne, a w każdym razie socjologiczne stanowisko” wobec „odwiecznego wroga” – jak stwierdza Andrzej Mencwel. Na tle ówczesnej polskiej prasy to ewenement.

W 1951 roku pisarka i tłumaczka Maria Czapska, siostra artysty, poruszyła na łamach „Kultury” temat wysiedlonych Niemców. Nie da się pominąć ich tragedii, stwierdziła, jeśli chcemy uczciwie porozumieć się z Niemcami. Giedroyc mówił po latach: „Problemem było wysiedlanie Niemców robione bez potrzeby w sposób nieludzki. Zapewne Niemcy bardzo okrutnie postępowali wobec Polaków, ale nie było powodu, by naśladować ich pod tym względem”.

Tekst Mieroszewskiego Niemcy w 1954 roku otworzył cykl artyku- łów na temat budowania wzajemnych relacji. Wśród autorów – zakorzenieni w kulturze niemieckiej: Stempowski, Czapski, Jeleński. I mieszkający w Niemczech Bohdan Osadczuk, Borys Łewycki, Tadeusz Nowakowski, Józef Mackiewicz, Witold Wirpsza oraz młodsi Andrzej Chilecki i Leszek Szaruga.

– Patrząc ex post na to, co zdziałała „Kultura” w sprawie stosunków polsko-niemieckich, trzeba stwierdzić, że kierowała się proroczą wyobraźnią – powiedział na konferencji w Warszawie w 2006 roku profesor Uniwersytetu Humboldta w Berlinie Heinrich Olschowsky, publicysta, historyk i tłumacz literatury polskiej.

Pod prąd nastrojom, niemal od początku swego istnienia „Kul- tura” przestrzegała: nienawiść do Niemców, umiejętnie podsycana w PRL-u (i pielęgnowana na emigracji), źle służy krajowi. Reżim gra kartą antyniemieckości, aby siebie umacniać.

Trzeba zerwać z utrwalanym w Polsce stereotypem narodu niemieckiego na zawsze skażonego nazizmem. Kontemplacja przeszłości bez wizji przyszłości jest jałowa. Polacy muszą zobaczyć w Niemcach nie tylko minionych najeźdźców, lecz przyszłych sojuszników. Muszą wyjść z roli zakładników wojny i endeckiego myślenia w kwestii niemieckiej, Niemcy zaś – z roli zakładników Związku Wypędzonych.

„Kultura” nie postulowała amnezji i nie relatywizowała zbrodni. Giedroyc pisał do Mieroszewskiego w 1954 roku: „Niemcy sobie muszą uświadomić... że ich wina była bez porównania większa. U nas nie było zamierzonego ludobójstwa, myśmy Niemców nie uważali za podludzi etc., etc”. „Kultura” proponowała wyciszenie emocji i kierowanie się interesem państwa – nawet jeśli jest nim PRL.

Swój program zachodni Giedroyc i Mieroszewski wiązali ściśle z wizją polityki wschodniej. Jako pierwsi i bardzo długo jedyni spośród niezależnych ośrodków polskiej myśli politycznej zaakceptowali obie nowe granice: wschodnią i zachodnią. Dużo wcześniej – przed słynnym listem biskupów polskich do niemieckich z listopada 1965 roku – powtarzali, że warunkiem przyszłego, demokratycznego rozwoju Polski jest pojednanie Polaków z Niemcami oraz sąsiadami na wschodzie. Już w połowie lat 60. Mieroszewski pisał proroczo o nieuchronnym procesie zjednoczenia Niemiec, który leży w interesie polskim i kontynentu: „Nie będzie trwałego pokoju w Europie, dopóki kwestia niemiecka nie zostanie rozwiązana i dopóki Niemcy nie zostaną włączone w nowy system zjednoczonej Europy”. „W Europie wszystko zaczyna się od Niemiec” – lubił powtarzać Mieroszewski.

Ich postawa pojednawcza, próby – jak mawiał Londyńczyk – prostowania „skompleksowanej ścieżki polsko-niemieckiej” były odosobnione i wymagały w tamtym czasie odwagi. Mieroszewski otrzymał wiele listów w stylu tego z 1969 roku: „A ty, bluźnierco, sprzedałeś swą nędzną duszę odwiecznym, niemieckim prześladowcom Polaków i innym heretykom...Pouczasz nas a sam kupujesz paszport od tych, którzy wymordowali miliony Polaków... Związałeś się z bezbożnym pismem, które nie ma nic wspólnego z emigracją polską...”.

W 1977 roku głośnym echem odbiła się w Europie sprawa zbrod- niarza hitlerowskiego Kapplera, którego rodzina wykradła z więzienia w Rzymie, aby mógł umrzeć we własnym kraju. Związek Radziecki zainspirował nagonkę na niemiecki wymiar sprawiedliwości. W tekście podpisanym „Redaktor” Giedroyc stwierdzał:

A przecież elementarne zasady człowieczeństwa, których niepodobna się wyzbywać, jeśli nie chcemy się zniżyć do barbarzyństwa, przeciw któremu walczyła tak krwawo Polska w czasie wojny – nakazują tu zachowanie umiaru, rozwagi i poczucia humanitaryzmu. Fakt, że ludzie tacy jak Kappler nigdy owej humanitarnej «słabości» nie ulegli – nie zwalnia nas samych z dochowania wierności zasadom, o których zwycięstwo prowadzono wojnę z hitleryzmem... Kappler jest człowiekiem starym i umierającym... Dopuścił się czynów zbrodniczych, które nie zasługują na wybaczenie. Powstaje jednak pytanie, czy Kappler konający na raka... jest tym samym Kapplerem, który w czasie wojny dopuszczał się zbrodni? ...uparte organizowanie nagonki propagandowej wokół sprawy hitlerowskich zbrodniarzy wojennych nabiera w naszych czasach, 32 lata po wojnie, szczególnie obłudnej wymowy. Dziś właśnie Sowiety są tym krajem, w którym nieustannie łamie się i depcze prawa ludzkie...

Zakończył apelem do opozycji demokratycznej w Polsce, by walcząc o swobody obywatelskie, zawsze podkreślała „swój humanizm i szacunek dla jednostki ludzkiej, bo są to fundamenty, na których wspiera się kultura Polski i całej Europy”.

Siergiej Kowalow, rosyjski obrońca praw człowieka, w latach 70. i 80. więziony w łagrze i na zesłaniu, powiedział na Uniwersytecie Warszawskim jesienią 2006 roku:

– Nazywają Roberta Schumanna rzeźbiarzem nowej Europy. Myślę, że jej architektem był także Giedroyc. Jego wizja przyszłości Europy odrzucała egoistyczne nacjonalizmy i opierała się na wartościach uniwersalnych.

Kowalow kontynuował: – W jednym z tekstów Mieroszewski stwierdził „Bismarckowska teza głosząca, iż absolutna suwerenność jest ostatecznym celem dążeń narodowych, jest dziś anachronizmem. «Kultura» była zawsze wierna poglądowi, że wolność jest celem nadrzędnym, któremu wszystko musi być podporządkowane. Pierwsze pytanie w politycznym abecadle brzmi nie: «czy Polska będzie niepodległa», lecz: «czy świat jutra będzie światem wolnych ludzi?»”. Dla mnie obraz Giedroycia jest związany z takimi poglądami, a duch „Kultury” jest duchem wartości uniwersalnych.

Giedroyc przyjeżdża do Rzymu na początku 1946 roku z projektem organizacyjnym i planem pracy Instytutu Literackiego. Zaopatrzony w odpowiednie rozkazy szefa sztabu II Korpusu, Instytut bowiem będzie na razie agendą wojskową, ma zbierać dorobek piśmiennictwa polskiego oraz wydawać dla żołnierzy pamiątkowe albumy, słowniki, rozmówki i literaturę popularną. Wciąż trwa koniunktura na rynku czytelniczym, bo żołnierze jeszcze dostają żołd. Pieniądze na zakup drukarni pochodzą z pożyczki wojskowej.

W Rzymie jest Gustaw Herling-Grudziński. Znają się z Giedroyciem. Herling-Grudziński zapamiętał, że w hotelu w Tel Awiwie, w połowie wojny, redaktor namawiał go do pracy w propagandzie. Odmówił, chciał walczyć z bronią w ręku.

Giedroyc lokuje ich pierwsze spotkanie w okresie swego „zesłania” do Gallipoli. Nieopodal Herling-Grudziński kończył szkołę podchorążych. „Czasem widuję Grudzińskiego, którego bardzo polubiłem” – redaktor pisał do Zofii. Niebawem za namową Giedroycia pisarz objął dział literacki w „Orle Białym”, w którym dotychczas regularnie zamieszczał eseje i recenzje.

Teraz, w Rzymie, przeżywa rozedrgany, oszałamiający czas.

Pije z rozpaczy, bo dla Polski wojna zakończyła się klęską. Po kolenej pijatyce obrabowano go w ciemnym tunelu. Stracił cenną pamiąt- kę – fotografię, na której generał Kazimierz Sosnkowski dekoruje go krzyżem Virtuti Militari za udział w bitwie pod Monte Cassino.

I pije ze szczęścia, bo jest zakochany w Krystynie Stojanowskiej, malarce, którą poznał w Iraku. Mieszkają na Zatybrzu. W wieżyczce domu przy via Alessandro Farnese Krystyna urządziła pracownię. Przy tanim, kwaśnym winie słuchają w knajpkach muzyki ze starych gramofonów. Tańczą. Kąpią się w Tybrze. Wieczory witają w tawernie Pod Złotym Kogutem. „Odtajanie – wspominał tamte miesiące. – To było cudowne, bo Krystyna była cudowna”. Ślub wzięli w Ankonie, świadkiem został Zygmunt Hertz. Po łagrach i tułaczce wojskowej Herling-Grudziński wreszcie odnalazł przystań.

Namówiony przez Giedroycia wydaje w Bibliotece „Orła Białego”, zbiór szkiców Żywi i umarli – to jego debiut książkowy. Rzecz o pisarzach, którzy – jak stwierdził w przedmowie Czapski – byli mistrzami Herlinga-Grudzińskiego i wzbudzili w nim miłość do literatury.

Angażuje się w prace Instytutu Literackiego. „...miałem pełną świadomość wielkości zadania, jakiego podjął się Giedroyc – opowia- dał pod koniec życia. – Gdy zdecydowaliśmy się nie wracać do Polski, stanął przed nami problem «co robić?». Instytut Literacki był praktyczną odpowiedzią”.

Przygotowuje wstęp do jednej z pierwszych publikacji oficyny – Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego Adama Mickiewicza.

Przyjeżdżają z północnych Włoch Hertzowie. W mieszkaniu przy via di Novella mieści się biuro Instytutu i sypialnia Hertzów, Giedroyc mieszka kilka domów dalej.

Zygmunt obejmuje sprawy gospodarcze (mistrzowsko rozkręca sprzedaż wojskowej benzyny na czarnym rynku, zysk idzie na zakup papieru i farb). Zofia prowadzi sekretariat (spada na nią wszystko, bo Giedroyc wciąż jest w rozjazdach między Rzymem, Londynem a Paryżem). To ona trzyma żelazną ręką współpracowników: Tadeusza Siutę, Władysława Wąchałę, Józefa Fryda i plastyka Stanisława Gliwę, autora znaku Instytutu – jońskiej kolumny. I jest postrachem zecerów.

Eseje Bolesława Micińskiego wydrukowali na trzech rodzajach papieru, robota introligatorska do niczego. „Zdenerwowałam się tak strasznie – relacjonuje Giedroyciowi – że myślałam, że tam wszystko poprzewracam...”.

Trylogii Reymonta jeszcze nie mam – Grudziński obiecał wziąć od Michałowskiego, ale jak to Grudziński – trzeba uzbroić się w cierpliwość.

Umowa o dzierżawę offsetów dotąd nie zawarta. ...przy takim załatwianiu spraw daleko nie zajedziemy.

...jestem zmachana jak pies i jak przyjedziesz, biorę przynajmniej tygodniowy urlop. Dziś całe popołudnie od 3-ej pisałam Gustawowi wstęp do Ksiąg. Bardzo dobry – tylko trochę rewolucyjny. Wymyśla nam słowami Mickiewicza aż trzeszczy i „szarga narodowe świętości”.

Przy korekcie książki o ciesielstwie: „mam wrażenie, że mnie pokręciło jak deskę z mokrego drzewa i że mam hebel w głowie”.

Kalkuluje: „takie «raty» są możliwe do regulowania, jeśli handluje się narkotykami...Czy wyście tych spraw uprzednio nie omawiali?”.

I ostro dyscyplinuje Giedroycia w Londynie: „siedzę tu jak na rozżarzonych węglach...piszę do Ciebie codziennie już nie listy, ale po prostu sprawozdania,...a Ty w zamian przysyłasz mi kilka lakonicznych słów, niewnoszących nic do sprawy...żegnam Cię ozięble”.

Nie na miarę ambicji Giedroycia były poradniki o ciesielstwie, kombatanckie wspomnienia i cały ten lekki repertuar, którym zarabiał na wydawanie Micińskiego, Mickiewicza, Koestlera i Hostowca. Jego plany wydawnicze zawierały arcydzieła literatury i pozycje wybitne z dziedziny polityki, zagadnień społecznych, kulturalnych, gospodarczych. „Idą czasy – pisał w programie – gdy książki, jakich w tym dziale dostarczy czytelnikowi Instytut Literacki, znać będzie musiał nie tylko każdy działacz polityczny i społeczny, ale każdy współczesny kulturalny Polak”.

Tak się stanie. Rzymski dorobek Instytutu to zaledwie zalążek wielkiego drzewa Biblioteki „Kultury”.

***
Zdumiewająco przeciwstawne przesłania – zauważa Andrzej Mencwel – niosą czytelnikowi przedmowy do dwóch książek, które latem 1946 roku zainaugurowały działalność wydawniczą Instytutu Literackiego.

Jan Bielatowicz swój wstęp do Legionów Henryka Sienkiewicza kończy podniosłym cytatem z książki: „...gdy zginą nas setki i tysiące, przyjdą po nas inni i polska siła się ostoi, i legia nas przeżyje. Po świecie mówią: nie masz już Polski! a Polska tu jest! I może Bóg da, że nie dziś, to jutro, bagnet nasz przewierci przez Austrię drogę do ojczyzny... To jest idea Legionów. I to także dziś jest nasz pacierz narodowy”.

Herling-Grudziński we wstępie do Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego ów romantyczny pacierz narodowy przewartościowuje i właśnie jego tekst Giedroyc uznaje za manifest i program Instytutu.

Żadne doraźne rozporządzenia i ustawy nie zatrą kolein, jakie wyżłobiło sobie w umysłowości polskiej przeszło stuletnie wychowanie romantyczne – pisał Herling-Grudziński. – Natomiast można ten wyczerpujący się w jałowych problemach moralno-religijnych i psychiczno-narodowych dynamizm skierować na inne łożysko. Można i trzeba marzyć, za Brzozowskim, o zasadniczych zmianach w „strukturze polskiej duszy kulturalnej”.

W eseju Studium sukcesu Andrzej Mencwel próbuje dociec, co takiego stało się między majem a lipcem 1946 roku, gdy wydawano pierwszą i drugą książkę; jakie spory prowadziły Giedroycia i Herlinga-Grudzińskiego od pierwszej do drugiej postawy wobec świata; od Sienkiewicza do Brzozowskiego; od polskiej romantycznej mantry do twardego wniosku, że Mickiewicza należy „przezwyciężyć i odnowić”?

Mencwel uznaje wstęp Herlinga-Grudzińskiego za jeden z ważniejszych tekstów programowych, jakie wydała myśl polska w ostatnim wieku, i jego sens tak wykłada: „...trzeba pozbyć się objawów «polskiej reakcji poklęskowej», porzucić «egzaltowaną religię patriotyczną», oswobodzić z «romantycznego jarzma». ...trzeba odrzucić to «mistyczne równanie narodu i jednostki», wyzbyć się wiary w zbawienność dziejowego przeznaczenia. Historyczna tragedia nie jest oznaką predestynacji, cierpienie nie jest poręką rezurekcji, narody nie są ciałami mistycznymi, a osoby nie są z nimi tożsame. ...to, co przejąć należy, nie jest wyznaniem ofiarniczego cierpienia, lecz wizją dziejowego zadania”.

Idea państwa polskiego „musi zostać spleciona z nowoczesnymi wartościami – solidarnością ludów, uspołecznieniem narodu, emancypacją jednostek. Dlatego «psychika polska» musi zostać przebudowana... Zadanie przekształcania «struktury duszy kulturalnej» musi zostać skojarzone z Legendą Młodej Polski i zostaje z nią skojarzone”.

Co miałoby oznaczać skojarzenie z Brzozowskim? Zdzieranie „masek myślowej obłudy z prawdziwego oblicza rzeczywistości”, jak w innym ówczesnym tekście napisał Herling-Grudziński o autorze Legendy...

W puencie przedmowy Herling-Grudziński woła do Boga o wolność ludów – nie tylko przez wzgląd na ich przelaną krew, lecz przez wzgląd na „trud, ofiarność i godność wszystkich ludzi żywych, którzy poczuli się dzięki tej wojnie prawdziwymi Europejczykami”. Europa jest naszą wspólną sprawą – zdaje się apelować pisarz – i wspólną odpowiedzialnością.

Mickiewicz nie był patronem Giedroycia, konkluduje Andrzej Mencwel.

Wacław Zbyszewski swój szkic o ludziach „Kultury” zatytułował Zagubieni romantycy. Bo była w nich podwójność: zimnego realizmu politycznego i romantycznych odruchów, pozytywistycznych wzorów i marzycielskich wzlotów.

Dwa lata wcześniej, gdy w Warszawie wybuchło Powstanie, Giedroyc mówił Sosnkowskiemu, że dla legendy Naczelnego Wodza i wojska trzeba, by generał skakał z samolotu ze spadochronem do płonącej stolicy. Niech obok trupów żołnierzy AK ścielą się trupy żoł- nierzy od Andersa. A on poleci razem z generałem, choć powstanie uważał za polityczny nonsens. (Sosnkowski zignorował pomysł).

Pod Monte Cassino Gustaw Herling-Grudziński szedł w patrolu na wzgórze 593, nazwane później Górą Ofiarną, pięć miesięcy po konferencji w Teheranie, mając pewność, że politycznie ta bitwa jest zbyteczna. Ale pragnął jej, żył nią w Palestynie, Iraku i Egipcie. I kiedy dowódca powiedział mu: „Nie wiem, chłopcze, czy wrócisz – ...ale pamiętaj, ile od ciebie zależy...”, to pamiętał, i szedł w górę, choć jego patrol Niemcy wystrzelali jak kaczki.

Po bitwie Czapski zaproponował mu pracę w propagandzie. I znów – jak przedtem Giedroyciowi – odmówił, i przeszedł całą kampanią włoską. Niebawem w cyklu tekstów dla „Orła Białego” – jak ćma wokół światła – krążył wokół romantyzmu i jego dziedzictwa: Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Brzozowskiego, Wyspiańskiego.

Oczywiście jesteśmy romantykami – pisał Mieroszewski do redaktora w 1959 roku. – Ludzie, którzy do czegoś dążą, zawsze są romantykami i dopiero gdy dopną swego, nagle stają się «realistami». Nato- miast faceci, którzy do niczego nie dążą - nie są ani romantykami, ani realistami, tylko zgoła zerami.

Zbyszewski – jako ich rodowód – bez wahania wskazywał podłoże romantyzmu, tę rasę, która wierzyła, że „żarem wewnętrznym, że nabrzmieniem woli, że skoncentrowaniem wysiłków, że natężeniem patriotyzmu, szlachetnością wyrzeczeń można bieg wypadków zmienić, można je nagiąć do własnych ideałów”.

Oto pierwszy zeszyt „Kultury” z czerwca 1947 roku: jasnożółta okładka, winieta z czarnym tłem, charakterystyczna kolumna pod spisem treści.

Giedroyc i Herling-Grudziński piszą w artykule wstępnym: „Kul- tura” pragnie uświadomić polskim emigrantom, że „krąg kulturalny, w którym żyją, nie jest kręgiem wymarłym”. A czytelnikom w kraju – że „wartości, które są im bliskie, nie zawaliły się jeszcze pod obuchem nagiej siły”.

Bohaterką tego numeru jest Europa. Podnosząca się z kryzysu duchowego po pierwszej wojnie światowej (esej Paula Valéry’ego). Zdeptana przez faszyzm (Benedetto Croce). Wystawiona na niszczycielskie działanie komunizmu (Tymon Terlecki). Zatruwana egzystencja- lizmem (Tadeusz Kroński). Europa przed ostatecznym upadkiem (Andrzej Bobkowski). I Europa, wobec której sztuka – po katastrofie totalizmów – zaciągnęła całkiem nowe zobowiązania (Józef Czapski).

Jej wartości przetrwają – obiecuje „Kultura” – jeśli człowiek okaże duchowy heroizm, wierność humanizmowi. Tylko taka postawa – kończy swój esej Croce – „nie obniża pełni życia duchowego człowieka i odwraca się od kalekiej i nikczemnej zasady przeżycia za wszelką cenę”.

Na konferencji w Lublinie w grudniu 2006 toku Krzysztof Pomian powiedział:

– Od pierwszego numeru „Kultura” opowiedziała się zatem za takim rozumieniem Europy, które wiązało ją ze swobodami obywatelskimi, z równością wobec prawa, z głosowaniem powszechnym jako jedynym źródłem prawowitości władzy i z polityką społeczną nasta- wioną na zmniejszanie rozziewu między górą a dołem hierarchii majątków i dochodów... Dla emigrantów politycznych z Polski opowiedzenie się po stronie Europy nie było bynajmniej oczywiste. Znaczne odłamy elit emigracyjnych uznawały bowiem tylko jedną instancję ponadnarodową – Kościół katolicki. Europa ujmowana w oderwaniu od Kościoła była dla nich nie do przyjęcia.

Półtora roku po debiucie „Kultury” Giedroyc napisze do Andrzeja Bobkowskiego, że należy wreszcie wyrwać się z narodowego getta i zacząć myśleć w skali europejskiej. W ogłoszonym w 1951 roku Manifeście demokratycznym zespół miesięcznika dobitnie opowie się po stronie demokratycznej i liberalnej tradycji europejskiej. Rok później Mieroszewski zażąda rewizji „naszej parafialnej wykładni dziejów narodowych”. To znaczy rozpatrywania polskiej historii jako fragmentu historii Europy, bez napuszonej retoryki, że jesteśmy „kamieniem węgielnym...”, „filarem...”, „warunkiem sine qua non europejskiego porządku...”. Jeśli Polacy nie zdobędą się na nowoczesny punkt widzenia – Europa przede wszystkim! – to Europa doskonale obędzie się bez Polski – przestrzegał Mieroszewski.

Przez następne półwiecze kontekstem spraw polskich, poruszanych w „Kulturze”, będą zagadnienia cywilizacji europejskiej, kondycji duchowej Europy i jedności przyszłej demokratycznej Polski z Europą.

Obecność Benedetta Crocego na łamach pierwszego zeszytu to ślad ręki Herlinga-Grudzińskiego. Tym filozofem i pisarzem, który stał się symbolem moralnego i intelektualnego oporu wobec faszyzmu, fascynował się jeszcze na studiach. Śledził prasową polemikę uczonych – Wacława Borowego i Henryka Elzenberga, zwolennika i przeciwnika Crocego. Po klęsce wrześniowej, żeby uciec przed rozpaczą, w Suchedniowie czytał po niemiecku Poezję i nie-poezję Crocego i tłumaczył jego szkic o Heinrichu Kleiście.

W marcu 1944 roku odpoczywał po tyfusie w obozie wojskowym w Sorrento. Ktoś mu wskazał willę, w której Anglicy umieścili filozofa wraz z rodziną po wywiezieniu go z Neapolu w obawie, że Niemcy wezmą go jako zakładnika. Herling-Grudziński złożył mu wizytę. Łamanym włoskim opowiedział o sporach, jakie jego myśl wzbudzała w Polsce przed wojną. Croce był serdeczny.

– Niech pan traktuje ten dom jako dom otwarty...

Odtąd każde popołudnie swej rekonwalescencji Herling-Grudziń- ski spędzał w Villa Tritone. Przysłuchiwał się dyskusjom o przyszłości Włoch. I poznał córki Crocego. Z Lidią Croce ożeni się w połowie lat 50., po samobójczej śmierci Krystyny.

Na łamy „Kultury”, po kilkuletniej przerwie, powróci w 1956 roku opowiadaniem Książę niezłomny, którego zaszyfrowanym bohaterem jest Benedetto Croce.

Splot przypadków? Przywołując teorię zbiegów okoliczności Konstantego Jeleńskiego, Herling-Grudziński mówił: „W dłuższych odcinkach naszego życia nie ma przypadków, są jedynie desenie losu, o których przebiegach nic nie wiemy, ale one gdzieś istnieją”.

Giedroyc w Autobiografii na cztery ręce wspominał, że pomysł „Kultury” zrodził się w rozmowach z Herlingiem-Grudzińskim i Zofią Hertz. Pismo miało być biletem wizytowym Instytutu i kwiatkiem do kożucha działalności wydawniczej. Herling-Grudziński pod koniec życia uporczywie podkreślał jako „ciekawostkę historyczną” – w Najkrótszym przewodniku po sobie samym, w rozmowach z Elżbietą Sawicką, w Portretach paryskich Renaty Gorczyńskiej, we wspomnieniach opowiedzianych Zdzisławowi Kudelskiemu – że to on jest autorem pomysłu i tytułu, a Giedroyc temu projektowi był przeciwny. „Kiedy w końcu wyszedł pierwszy numer i spotkał się z przychylnymi odgłosami – opowiadał Herling-Grudziński – to Jerzy, jak to on, uśmiechnął się kwaśno i powiedział: «Kto wie...»”.

„Efemeryda na dobrym poziomie”– skomentował debiut „Kultury” redaktor londyńskich „Wiadomości” Mieczysław Grydzewski.

„O wiele lepszy poziom niż Grydzewskiego” – zapisała Maria Dąbrowska w Dziennikach.

***
Komuniści włoscy traktowali ich jak trędowatych. Giedroyc powiedział, że za dwa, trzy lata zniszczą Instytut. Finansowo oficyna „wisiała w powietrzu”, jak redaktor skarżył się w listach. Zaczynała się dekoniunktura. Żołnierze rozjeżdżali się po świecie i nie w głowie im był zakup książek.

Opustoszały z Polaków Rzym leżał na uboczu, daleko od kraju. A wszystko, co dotyczyło Polski, rozgrywało się w Londynie i Paryżu. W stolicy Francji placówkę II Korpusu, odpowiedzialną za propagandę, prowadził Józef Czapski. Giedroyc postanowił przenieść Instytut do Paryża. W maju 1947 roku zgodę na przeprowadzkę dał generał Anders. Zofia pisała do Giedroycia: „Na przyjazd do Francji obydwoje naturalnie się zgadzamy, dobrze rozumiejąc, że właściwie nic nie możesz gwarantować, ale Allach jest wielki, może jakoś będziemy kręcić”.

Z zyskiem sprzedali drukarnię. Spakowali książki, sprzęt biurowy, garnki, pościel, fotel klubowy Zygmunta oraz kilka garniturów kupionych za pieniądze z odprawy wojskowej.

I wtedy Herling-Grudziński zatwierdzony już rozkazem Andersa jako doradca literacki Instytutu w Paryżu i współredaktor „Kultury” oświadczył, że do Paryża nie pojedzie.

W połowie sierpnia 1947 roku zamieszkał na parę dni u Hertzów, bo gospodyni wymówiła mu pokój. (Zofia: „Naturalnie nie mogłam mu odmówić, ale bardzo nie jestem tym zachwycona”). O świcie 19 sierpnia wyjechał z Krystyną transportem wojskowym do Holandii. Pięć dni później Grudzińscy znaleźli się w Londynie.

Darzył Giedroycia w tamtym czasie wielką admiracją, jak opowiadał po latach. Łączyła ich wspólnota poglądów na temat zadań emi- gracji. Wyczucie Rosji. Obaj uważali, że człowiek spełnia się w drodze, w dążeniu do celu. Mieli podobny stosunek do historii. „Pod powierzchnią, na której zatrzymywał się wzrok polityków i historyków – mówił pisarz – dostrzegaliśmy skomplikowane zjawiska rzeczywistości. Wierzyliśmy, że w historii jest coś znacznie więcej niż tylko fakty, programy i statystyka. Wierzyliśmy, że istnieją postawy nie tylko społeczeństwa, ale i władzy,...które nie tylko zależą od konkretnych czynników gospodarczych i politycznych, ale od rzeczy trudnych bardzo do uchwycenia, tajemniczych, nieprzewidywalnych”. Pragnął pracować wspólnie z Giedroyciem. A jednak opuścił Instytut.

Wyjaśniał później: nie chciał rozstawać się z Rzymem, w którym przeżył wspaniały okres z Krystyną... Nie znał francuskiego... Do Paryża go nie ciągnęło... A kiedy już Giedroyc podjął decyzję o przeprowadzce, jemu nie pozostało nic innego, jak pojechać do Anglii i przejść demobilizację.

Giedroyc namawiał go jeszcze, by pisywał stamtąd do „Kultury”. Ale losy Instytutu były niepewne. A Herling-Grudziński miał na utrzymaniu żonę.

Pod koniec sierpnia Zofia – jeszcze w Rzymie – streszcza Giedroyciowi przebywającemu w Paryżu list, jaki przyszedł od Herlinga- -Grudzińskiego. W Londynie mówi się, że „Instytut jest skończony”. „...Gustaw też się niepokoi przyszłością i prosi, byś go natychmiast zawiadomił, jak sprawy stoją, gdyż w przeciwnym razie będzie się starał zaczepić w Londynie”.

Giedroyc pisze Zofii, że Herling-Grudziński zląkł się Francji i tę jego postawę on odbiera jako pewnego rodzaju votum nieufności.

Zofia odpowiada 11 września: „...bardzo mnie dziwi Gustaw, ale trzeba trzymać się zawsze zasady, że baba z wozu, koniom lżej. Jak nie chce, to trudno. Nie można się przejmować”.

Pod koniec września Herling-Grudziński przekazuje Zofii swoje uzgodnienia z Giedroyciem: na razie będą redagowali „Kulturę” na osi Londyn–Paryż, a gdy pisarz uzyska Travelling Document uprawniający do „wycofania się na wypadek krachu w Anglii” – przyjedzie do Paryża.

Zofia chwyta za pióro i naciera wzburzona na Giedroycia:

Nie wiem, jak Ty się zapatrujesz na takie stawianie kwestii. W każdym razie ja nie myślę pracować na geniuszy czy poetów, niezdających sobie sprawy z codziennego życia, ale za to umiejących tak dokładnie zabezpieczać sobie tyły. Nie wiem, czy to jest wpływ Twojego rozpaskudzania Gustawa, na co niejednokrotnie zwracaliśmy Ci uwagę, czy też to, że dostał jakąś intratną posadkę w Londynie, a może fakt, że z wrodzoną sobie hojnością obiecałeś mu regularnie wypłacać pensję 

w Londynie, dopóki nie urządzimy mu locum w Paryżu. Jak się już namordujemy, nalatamy, zaharujemy, wystaramy o możliwość przyjazdu, poślemy dokumenty i pieniądze na podróż, to Gucio łaskawie zjedzie. Otóż uprzedzam Cię zupełnie lojalnie, że czasy przywożenia Guciowi żywności, dzielenia, starania mu się o dodatki na żonę itp., co on zresztą życzliwie przyjmował, nie poczuwając się do najmniejszego rewanżu – minęły. Wiesz dobrze, że osobiście nic nie mam przeciwko Gustawowi i że chciałam, aby towarzysz-literat przyjechał do Paryża i był z nami razem, mimo że niewątpliwie byłby dla nas pozycją raczej obciążającą, ale jeżeli z towarzysza zaczyna wyłazić cynik, nie tylko leń – to już nawet dla mnie jest trochę za dużo. Jestem zupełnie zdegustowana i chcę wierzyć, że współpracę z Gustawem ustaliłeś w formie bardziej luźnej – to znaczy, że będziesz mu płacił za to, co efektywnie zrobi, a nie za to, czego nie robi – jak dotąd. Może Ci się moje rozumowanie wydać nawet dziwne, ale jestem bardzo zdenerwo- wana i zaczynam odczuwać całkowite zmęczenie. Dobił mnie zupełnie Sznarbachowski, który... – na wyrażone przeze mnie zdziwienie odnośnie stanowiska Gustawa, odpowiedział: „Nie rozumiem, czego Pani się dziwi, przecież on musi myśleć o przyszłości, przecież on ma żonę”. Widocznie ja jestem dziwożona albo żmija czy coś w tym rodzaju, jeżeli nie całkiem ordynarny osioł i wół roboczy.

Nie gniewaj się, że piszę rzeczy przykre, ale uważam, że jeżeli inaczej postawiłeś kwestię z Gustawem – powinieneś to wyprostować, biorąc pod uwagę o wiele mniejsze możliwości finansowe niż te, na które liczyłeś. Zacznij raz patrzeć prawdzie w oczy, to potem będziesz miał mniej kłopotów. Bardzo bym nie życzyła sobie, gdyby miały się kiedyś powtarzać takie historie...

Nazajutrz dodała, że co prawda list pisała w złości, ale żałuje tylko jego formy, treść w całości podtrzymuje.

Mówi Elżbieta Sawicka, autorka rozmów z Herlingiem-Grudziń- skim Widok z wieży oraz poruszającego wywiadu z Zofią Hertz:

– Była w ich stosunku osobista antypatia. Gdy Herling-Grudziński przyjeżdżał do Maisons-Laffitte i siedział tam miesiąc czy dwa, musieli sobie zapewne z panią Zofią schodzić z drogi. Musieli też nauczyć się pracować ze sobą. Z tego listu wynika, że pani Zofia postawiła sprawę jasno: albo on, albo ja. Była do Giedroycia i do swojej pracy dziko przywiązana, żądała od innych poświęceń. I chciała swoją pozycję ustalić. W tym liście słychać wielką gorycz: to ja mam być wołem roboczym i o niczym nie mogę decydować? Ona jest w tym momencie zbuntowanym sekretarzem redakcji, który nie chce mieć dwóch szefów... Natomiast dziwią mnie supozycje, że Herling-Grudziński jest rozpaskudzony, że dostawał za wiele. On zawsze żył ascetycznie, a w Londynie przeżył chwile dramatycznej biedy.

Pod koniec listopada 1947 roku Giedroyc zwraca się do ministra informacji Adama Pragiera z prośbą o subwencję dla Herlinga-Grudzińskiego: „Sprawa Grudzińskiego jest dla mnie bardzo przykra, gdyż zależy mi na nim jako na współpracowniku, ale przede wszystkim uważam go za niewątpliwie największy i najbardziej obiecujący talent młodego pokolenia emigracyjnego, a jest ich bardzo niewiele. Obawiam się, że od stycznia (zabezpieczyłem go do grudnia włącznie) Grudziński znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji materialnej i albo będzie musiał oddać się jakiejś pracy fizycznej, albo zarżnie swój talent sieczką dziennikarską”.

W Autobiografii na cztery ręce wspominał: „Gustaw uważał, że wy- magam od niego zbyt dużo i nie może się na to zgodzić. Do tego doszła konkurencja «Wiadomości», gdzie on wtedy pisał i do których bardzo się zbliżył. Nastąpiło wtedy między nami zerwanie stosunków”.

Herling-Grudziński: „Myśmy się dosyć ostro poróżnili. ...co prawda, gdyby Giedroyc po jakimś czasie próbował mnie namówić do przyjazdu do Francji, to być może bym to zrobił”.

Ale już się zapętliło między nimi trojgiem. I na dziewięć lat zapadło milczenie. Gdy w 1951 roku ukaże się pierwsze wydanie Innego świata (po angielsku), tę wielką książkę, idealnie odpowiadającą duchowi „Kultury”, pismo skwituje zdawkową recenzją.

Była połowa października 1947 roku. Zapobiegliwy Zygmunt Hertz załatwił u Anglików wagon na przewóz dobytku Instytutu do Paryża oraz sliping dla Zofii. Giedroyc czekał na nich w Paryżu. Gdy pociąg ruszył, Zofia wyjęła z torby pieczonego kurczaka, zjadła i zasnęła. Zaczynał się ich paryski „skok w ciemność”.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA