fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Santana. Odloty króla gitary

Carlos Santana z żoną Cindy Blackman na koncercie w czasie finałów NBA, 5 czerwca 2016. Fot. Ezra Shaw
Getty
Santana zagra 8 lipca na Festiwalu Legend Rocka. Ukazała się jego fenomenalna autobiografia.

Jeden z najważniejszych gitarzystów na świecie opowiedział o swoim życiu równie błyskotliwie i porywająco, jak gra solówki. Soczyście, barwnie, szczerze i od serca.

Niesamowita jest już historia jego rodziny. Mama poznała ojca, gdy grając o poranku na skrzypcach, szedł przez miasto na czele pochodu prostytutek wraz z burmistrzem, który go uwielbiał. Uwielbiały go przede wszystkim kobiety, dlatego ostrzegana przez dziadka Carlosa mama nieraz musiała wybaczać mężowi zdrady. A kiedy przyszła potrzeba – pojechać za nim z wszystkimi dziećmi, wytargać za kudły kochankę i przywrócić niesfornego małżonka do porządku. Nieustannie przeżywała stratę czwórki dzieci, który padły ofiarą sztucznego poronienia wywołanego za pomocą trujących ziół. Takie zioła ojciec kazał wypić mamie, gdy pod jej sercem biło już serduszko Carlosa. Na szczęście gosposia zamieniła trujące ziele na herbatę i dzięki niej możemy się zachwycać muzyką Santany.

Gitarzysta nie ukrywa, że długo, nawet w małżeństwie z wieloletnią żoną Deborach, pozostał dzieckiem, ponieważ część dzieciństwa została mu odebrana. Rodzina biedowała, musiał od wczesnych lat pracować, dlatego później, już jako dorosły mężczyzna, doganiał czas i zbierał zabawki, w tym Transformersy. Podobnie jak Michael Jackson. Został też wykorzystany seksualnie przez amerykańskiego kowboja, który biednemu Meksykaninowi dawał mu małe upominki. Jak ironicznie komentuje Carlos, inny kontakt z kulturą amerykańską polegał na tym, że pucował Amerykanom buty.

Wąż na Woodstock

W świat muzyki wprowadzał Carlosa ojciec, który zapisał go do szkoły muzycznej, dzięki czemu Santana znał nuty i światową klasykę. Ale powołanie do zostania gitarzystą poczuł, widząc koncert meksykańskiego rockandrollowca Javiera Batiza w 1961 roku.

Nawet gdy rodzina przeniosła się do San Francisco, Carlos wrócił do Tijuany, by prowadzić klubowe życie, które dzielił między granie na gitarze, seks i alkoholowo-narkotykowe eksperymenty. Na długo przed Woodstockiem szedł po życiowej krawędzi. Uratowało go to, że rodzice w porę wyrwali go z klubowego piekła i siłą zawieźli do San Francisco. Zamieszkał niedaleko hipisowskiej kolebki na Haight-Ashbury Street, gdzie próbowało się wolnej miłości, LSD, trawki, byle tylko nie być sztywniakiem.

Santana nie ukrywa, że sztywniakiem nie był, a jego pierwsze kompozycje powstawały pod wpływem narkotyków. Działał według zasady: „by się odnaleźć, trzeba się zagubić", a także odrzucić „filtry mózgu" i nastawić na odlot. Tak doszło do pamiętnego koncertu na festiwalu Woodstock, o którym wspominał nawet prezydent Barack Obama, robiąc aluzję do odlotu gitarzysty widocznego w słynnym filmowym dokumencie. Santana nie ukrywa, że podczas koncertu czuł się, jakby zamiast gitary trzymał w rękach węża, którego trzeba okiełznać. Był wtedy pod wpływem meskaliny zażytej na długo przed planową godziną występu. Gdy inne gwiazdy utknęły w gigantycznych korkach, Carlos z zespołem musiał wejść na scenę w odmiennym stanie świadomości.

Jednocześnie otworzyły się drzwi do najsłynniejszych sal na świecie, zaczęły spotkania z największymi, w tym Milesem Davisem, który zasugerował gitarzyście, by używał do uatrakcyjnienia brzmienia tzw. kaczki, czyli pedału wah-wah pozwalającego modelować dźwięk.

Wstrząsająca jest historia spotkania z Jimim Hendrixem, którym zaprosił Santanę do studia, gdzie nagrywał „Room Full of Mirrors". Jimi najpierw zaprosił Carlosa do korzystania ze „szwedzkiego stołu" z narkotykami. Potem zagrał pierwszą część solówki porywająco, a drugą w oderwaniu od głównego motywu. Santana czuł, że w Jimiego wstąpił demon: oczy świeciły mu się jak rubiny, a na usta wystąpiła piana. Przerażony takim obrotem kariery króla gitary postanowił mu podarować medalik, jaki nosi każde meksykańskie dziecko – z Jezusem po jednej stronie i z Matką Bożą po drugiej. Santana od najwcześniejszych lat był bowiem religijny, choć nigdy nie lubił pośrednictwa księży i Kościoła. Wolał, jak to określa, sam rozmawiać z Bogiem. Medalik Santany dla Hendrixa nie uratował Jimiego przed tragiczną śmiercią.

Santana też powoli szedł na dno. Z jednej strony celebrował sukces albumu „Abraxas" z „Black Magic Woman", który w rok sprzedał się w 3 mln egzemplarzy, a z drugiej – w zespole pojawiła się heroina. Dawała wyłącznie złudzenie omnipotencji, a de facto powodowała w zespole napięcia i awantury.

Na własną rękę

W takich okolicznościach Santana zainteresował się jazzem i grał z Johnem McLaughlinem. Pustkę po rozpadzie pierwszego zespołu wypełniło też spotkanie z przyszłą żoną Dehorah. Razem, na dekadę, stali się uczniami śri Chinmoya, guru domagającego się rezygnacji z ego, narkotyków i seksu. Z czasem śri zraził sobie ucznia, ale przejawem pokory, jakiej nabrał, była m.in. przełomowa płyta „Supernatural". Carlos pogodził się wtedy z producentem Clivem Davisem, który nie akceptował jazzowych eksperymentów gitarzysty, bo tak jak każdy wydawca kochał radiowe przeboje, które windują sprzedaż płyty. Wyrzeczenie się ego pozwoliło gitarzyście nagrać piosenki w duetach z młodszymi gwiazdami. Sprzedaż była gigantyczna – 30 mln albumów na świecie. I dziewięć Grammy.

Liczne koncerty Carlosa i większa liczba domowych obowiązków Deborah sprawiły, że postanowiła zająć się sobą, odejść i żyć na własną rękę. Rozstanie nastąpiło po 34 latach znajomości. Santana przeżył to dotkliwie. Uratowała go Cindy Blackman, szalona perkusistka, obecnie druga żona. Są razem w życiu i na scenie. Razem napisali wiersz „Uniwersalny ton": „Jestem uniwersalnym tonem/ Tym, który rodzi natchnienie, wizję, motywację, aspirację. (...) Jesteśmy naczyniami niosącymi Boże Światło i miłość". Przekona o tym fanów piątkowy show w Dolinie Charlotty.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA