fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lotnictwo

Koronawirus podcina skrzydła Dolinie Lotniczej

Lotnisko w podrzeszowskiej Jasionce dopiero teraz powraca do życia po okresie hibernacji z powodu zarazy
Shutterstock
Po kilkumiesięcznym okresie spadku zamówień i zamrażania lotniczego biznesu nikt w podkarpackim klastrze nie ma złudzeń, że ożywienie nadejdzie szybko.

Pierwsze zagraniczne rejsy z lotniska w podrzeszowskiej Jasionce przyniosły pewną nadzieję – ale w całej Dolinie Lotniczej wciąż dominuje niepewność. Rzeszowskie awiacyjne zagłębie od 17 lat niezmiennie przyzwyczajało analityków gospodarczych do imponującego tempa rozwoju i ciągłego technologicznego przyspieszania. Koronawirus brutalnie sprowadził w tym roku wszystkich twórców lotniczego sukcesu na ziemię.

W roku powstania (2003) stowarzyszenie Dolina Lotnicza startowało, licząc 18 firm dających roczne przychody nieprzekraczające 250 mln dol.

W zeszłym roku klaster chwalił się przychodami grubo powyżej 2 mld dol. i solidną bazą ponad 100 nowoczesnych, specjalistycznych zakładów wspieranych placówkami badawczo-rozwojowymi i rzeszą rodzimych poddostawców. Od lat entuzjazm dla inwestowania był na terenie rzeszowskiego Aeropolis zjawiskiem powszechnym. W ślad za dominującymi na początku w klastrze Amerykanami przybywali Niemcy z bawarskim silnikowym MTU czy – wyjątkowo aktywni zwłaszcza w ostatnich latach – Francuzi. Ich koncern Safran, wyspecjalizowany w produkcji napędów lotniczych, uruchomił w Sędziszowie i okolicy cztery zakłady, a łączna wartość inwestycji przekroczyła 200 mln euro.

Atak koronawirusa i globalne zamrożenie transportu lotniczego były potężnym ciosem w awiacyjny biznes i zachwiały optymizmem technologicznego Podkarpacia.

– Ostatnie miesiące skrzydlate spółki spędziły na zaciągniętym hamulcu, radykalnie zwalniając obroty i bezskutecznie wypatrując oznak ożywienia w awiacyjnej branży – ocenia Andrzej Rybka, dyrektor stowarzyszenia Dolina Lotnicza. Władze klastra jeszcze nie policzyły strat i bardzo wstrzemięźliwie wypowiadają się o sytuacji w branży.

Najgorsza niepewność

Jan Sawicki, prezes produkującej samolotowe przekładnie spółki Safran Transmission Systems Poland, opisuje niełatwe decyzje zapadające w firmie z Sędziszowa pod naporem pandemii koronawirusa. – Od połowy marca dostosowywaliśmy nasze działania operacyjne w taki sposób, aby zgodnie z polskimi regulacjami zagwarantować pracownikom bezpieczeństwo zdrowotne, przy jednoczesnym utrzymaniu produkcji, dostaw i obsługi naszych klientów – mówi Sawicki. Teraz, gdy producenci samolotów obniżają zamówienia, a perspektywa powrotu do poprzedniego poziomu będzie stopniowa, stajemy wobec konieczności dostosowania się nie tylko do zasad sanitarnych, ale także do nowych warunków ekonomicznych – podkreśla prezes firmy.

W sędziszowskiej spółce już wprowadzono redukcję kosztów, co oznacza m.in. częściowy przestój od połowy kwietnia dla blisko 80 proc. pracowników oraz skrócenie czasu pracy dla wielu pozostałych, a także rozwiązanie niektórych umów dotyczących pracy tymczasowej lub zawartych na czas określony.

Według prezesa Sawickiego już widać, że zastosowane środki nie wystarczą, aby zrównoważyć trwały spadek aktywności przedsiębiorstwa.

Działalność podkarpackich zakładów Safran w Polsce uzależniona jest w głównej mierze od programu silnikowego LEAP, a zatem od lotnictwa komercyjnego, które najbardziej ucierpiało w wyniku kryzysu. – Aby w długoterminowej perspektywie zabezpieczyć przemysłową obecność w Polsce jesteśmy dziś zmuszeni do przeprowadzenia redukcji zatrudnienia w spółce STSP w Sędziszowie o około 20 proc. – przyznaje Sawicki. Zwolnieniom towarzyszy plan socjalny wynegocjowany z przedstawicielami pracowników Safran Transmission Systems Poland – dodaje.

Utrzymać potencjał

– Mamy nadzieję, że ta trudna decyzja pozwoli nam utrzymać ograniczoną produkcję oraz prawie 800 miejsc pracy w różnych spółkach w Polsce, gdzie Grupa Safran z powodzeniem rozwijała biznesową działalność od prawie 20 lat. To również szansa, aby odzyskać równowagę, a w przyszłości odtworzyć potencjał zakładu, gdy kryzys będzie już za nami – tłumaczy prezes Sawicki.

Liderzy Doliny Lotniczej przyznają, że szefowie wszystkich skrzydlatych spółek należących do klastra podejmują wymuszone pandemią oszczędnościowe kroki, dostosowujące firmy do rynkowych ograniczeń. – Na razie nie mamy, na szczęście, przypadków upadłości firm czy rzeczywiście ostrych cięć, np. masowych zwolnień. Skrzydlata, technologiczna branża, mimo przeciwności, wciąż zatrudnia ponad 30 tys. specjalistów i rzesze pracowników o doskonalonych latami kwalifikacjach – mówią szefowie Doliny Lotniczej. Pocieszają, że skalę tąpnięcia w Dolinie udało się nieco złagodzić dzięki zamówieniom na lotnicze części i komponenty potrzebne do remontów samolotów pasażerskich i cargo Boeinga oraz Airbusa.

Sączą się także zamówienia militarne, bo trzeba przecież utrzymywać w sprawności floty maszyn wojskowych, pozostających w ciągłej służbie. W spółkach podkarpackiego klastra od lat produkowane są m.in. podwozia do wielu typów cywilnych, ale też bojowych, odrzutowców.

Opinia dla „rzeczpospolitej"

Andrzej Rybka, dyrektor Stowarzyszenia Dolina Lotnicza

W lotnictwie, jak w każdym biznesie, nie ma pojęcia próżni. Obserwujemy ostatnio rosnące zainteresowanie możliwościami Doliny Lotniczej ze strony wielkich zagranicznych kontrahentów, którzy wyciągają wnioski z kłopotów, jakie mieli z utrzymaniem łańcuchów dostaw w regionach szczególnie dotkniętych pandemią, np. w Chinach czy w północnych Włoszech. Teraz koncerny w podkarpackim klastrze dostrzegają nowe, pewniejsze źródło pozyskiwania ważnych lotniczych komponentów. W awiacyjnym biznesie mamy już markę, oferujemy sprawdzoną jakość, a świat zaczął doceniać i przykładać wielką wagę do stabilności dostaw.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA