fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikty zbrojne

Wojna na wyczerpanie na granicach Europy

Azerska artyleria ostrzeliwuje teren Górskiego Karabachu
AFP
Na terenie Górskiego Karabachu armie azerska i armeńska prowadzą zajadłe walki pozycyjne, które żadnej ze stron nie dają przewagi ani tym bardziej zwycięstwa.

Azerska ofensywa rozpoczęta w niedzielę utknęła gdzieś w górach. Ale i ormiańskie kontrnatarcia do niczego nie doprowadziły. Pierwszego dnia Baku informowało o zajęciu sześciu wiosek i „kilku wzgórz o znaczeniu strategicznym". Tak pozostało do dziś.

Straty wojskowe nie są znane. Obie strony informują, że w sumie zginęło też kilkanaście osób cywilnych: mieszkańców wiosek na linii frontu i w pobliżu niego.

Władze w Erywaniu twierdzą też, że azerskie drony ostrzelały miasto Wardenis leżące już w Armenii, a nie w Górskim Karabachu. Ormianie chcą za wszelką cenę udowodnić, że Azerowie atakują terytorium Armenii właściwej, a nie tylko nieuznawanego państwa w Karabachu, by wymusić na Rosji wypełnienie zobowiązań wynikających ze wspólnego członkostwa w wojskowym sojuszu Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB).

– W przypadku, gdy konflikt ograniczony jest do terytorium Górskiego Karabachu, żadne zobowiązania wobec Armenii wynikające z członkostwa w ODKB nie są ważne – uważa rosyjski ekspert wojskowy Wiktor Murachowski.

Będąc formalnie sojusznikiem i nawet posiadając w Armenii bazę wojskową obsadzoną przez wielotysięczny garnizon, Moskwa uchyla się więc od ingerencji w wojnę dwóch sąsiadów.

– (Premier Armenii) prześladował poprzedniego lidera Serża Sarkisjana, a wstawiał się za nim osobiście Putin. Po ulicach (Erywania – red.) chodzili wtedy z plakatami „Rosja okupant!". No a teraz, biorąc pod uwagę sytuację w Górskim Karabachu, Rosja co najmniej nie przegrywa – zwraca uwagę kolejny ekspert Walerij Amirow na kremlowski resentyment wobec Armenii.

Większość obserwatorów jest zdania, że „ofensywny potencjał Azerów zostanie wkrótce wyczerpany". Nie wiadomo, jak z zasobami Armenii, która jest i mniejsza od sąsiada, i miała ostatnio większe kłopoty gospodarcze. Obecnie Erywań zaczął grozić użyciem przeciw terytorium Azerbejdżanu rakiet „Iskander" – najprawdopodobniej swojej ostatniej rezerwy. Armenia jest jednym z dwóch krajów, którym Rosja sprzedała te balistyczne pociski (jeszcze w 2016 roku).

Analitycy sądzą, że w tej sytuacji bez ingerencji z zewnątrz konflikt nie będzie długo trwał. Na razie okazało się, że Turcja dostarczyła Azerbejdżanowi nowoczesną broń, a rosyjscy wojskowi zwracają uwagę, że przy granicy z Armenią latają tureckie samoloty zwiadowcze. Prawdopodobnie więc Ankara dostarcza Baku informacje wywiadowcze. Bardzo możliwe, że rosyjska armia to samo robi dla Armenii.

Ale regularne wojska obu regionalnych mocarstw nie pojawiają się jednak na placu boju. – Rosja może wziąć udział w konflikcie tylko wtedy, gdy sama Turcja zacznie uderzać w terytorium Armenii, na przykład bombardując je – sądzi z kolei ormiański ekspert Stepan Grigorjan. – Rosja po prostu musiałaby nas poprzeć. Choć nie jestem pewien na 100 procent, że to zrobi, ale jest takie prawdopodobieństwo – dodał.

„Osłabienie (obu krajów – red.) jest Moskwie na rękę, dlatego że daje jej pole do manewru. Ze słabymi łatwiej się rozmawia" – sądzi jeden z Rosjan.

Mimo to antagoniści nie są skłonni do negocjacji, na przykład pod egidą Grupy Mińskiej OBWE (na której czele stoją Rosja, Francja i USA), a istniejącej od 1992 roku. Sama OBWE też nie przejawia aktywności w sprawie toczącej się wojny.

Tymczasem przed wybuchem walk premier Armenii Nikol Paszynian wspomniał o porozumieniach z 2007 roku z Azerbejdżanem. Przewidywały one wycofanie wojsk obu stron z części zajętych terytoriów, a następnie przeprowadzenie w Karabachu referendum w sprawie jego przynależności państwowej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA