Konflikt na Ukrainie

Donbas: strach przed głosowaniem

Donieck fot. Vladimir Yaitskiy
Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0 Generic
Szykowane na listopad wybory separatystycznych prezydentów i deputowanych parlamentów w Doniecku i Ługańsku przeniesiono na „nieokreśloną" przyszłość.

– Nie ma obecnie bezpośredniej konieczności przeprowadzania wyborów – powiedział anonimowy urzędnik Kremla agencji RBC. Rosja „opiekuje się" liderami separatystów i to ona decyduje, czy mają być wybierani czy nie.

Zgodnie z ustawami uchwalonymi przez samych separatystów głosowanie powinno odbyć się nie później niż w listopadzie. Ale już obecnie wiadomo, że tak nie będzie.

Na początku sierpnia z Doniecka i Ługańska wysłano do Moskwy kosztorysy kampanii wyborczych i głosowań. Od tej chwili wszyscy zaczęli mówić o „niekonieczności wyborów".

Jednocześnie do okupowanej części Donbasu przyjechała grupa socjologów z Moskwy, która prowadziła rozległe badania. „Nastroje okazały się bardzo niekorzystne dla obecnych ekip" – podsumował ich pracę jeden z kremlowskich urzędników.

Obecnie w Doniecku rządzi „prezydent" Aleksandr Zacharczenko. W Ługańsku „pełni obowiązku prezydenta" Leonid Pasiecznik. Jego poprzednik został obalony w listopadzie 2017 roku w bezkrwawym zamachu stanu. Wydawałoby się więc, że przynajmniej Pasiecznik będzie chciał wyborów, by przestać być „pełniącym obowiązki", a stać się pełnoprawnym prezydentem.

Ale Moskwa zdecydowała inaczej. – Wyznaczono ich nie z powodu zdolności do pracy, jakichś talentów czy zwykłej uczciwości (bo nawet tego nie mają), ale dlatego, że gotowi są podpisać wszystko, co im każą – powiedział o obecnych „prezydentach" były oficer rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU i dowódca pierwszego oddziału separatystów Igor Striełkow.

– Obecne władze nie wytrzymałyby konkurencji na wyborach. W zasadzie każdy lider opozycyjny mógłby zająć ich miejsce, nawet taki, który obecnie nie reprezentuje nikogo poza sobą – podsumował z kolei Michaił Połynkow, szef organizacji zajmującej się werbunkiem i szkoleniem Rosjan wyjeżdżających do Donbasu.

Decyzja Kremla o odłożeniu wyborów była tak zaskakująca, że jeszcze miesiąc wcześniej władze Ługańska wyrzucały z pracy członków miejscowej Centralnej Komisji Wyborczej, chcąc obsadzić ją swoimi ludźmi i szykując się do głosowania. Wyrzuceni uciekli do Rosji i poskarżyli się urzędnikom administracji prezydenta na Kremlu.

Teraz ich następcy zaczynają szykować ustawy przedłużające kadencje obecny władz z czterech do pięciu lat. Choć nikt nie wie, kiedy i czy w ogóle będą jakieś wybory w Donbasie.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL