fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Michał Szułdrzyński: Prezent za weto

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Wielu prawników jest przekonanych, że nie istnieje spór kompetencyjny pomiędzy Sądem Najwyższym a prezydentem w sprawie ułaskawienia Mariusza Kamińskiego.

Mało tego, takiego zdania było wielu sędziów SN. A mimo to Sąd Najwyższy postanowił we wtorek zawiesić postępowanie kasacyjne w sprawie byłego szefa CBA do czasu rozpatrzenia przez Trybunał Konstytucyjny wniosku marszałka Sejmu, który zwrócił się do TK, by ten spór kompetencyjny rozstrzygnął. Skąd więc taka decyzja? Sąd Najwyższy argumentował, że to Trybunał Konstytucyjny jest władny orzekać, czy spór kompetencyjny istnieje czy też nie, i ewentualnie rozstrzygać, która ze stron ma rację.

To tłumaczenie nie wszystkich przekonało. Dlatego od razu we wtorek pojawiły się spekulacje, że decyzja SN ma charakter nie tyle prawniczy, ile polityczny. Dali temu wyraz zarówno przeciwnicy PiS, którzy decyzję Sądu Najwyższego krytykowali, jak i przedstawiciele obozu władzy i jego sympatycy, którzy zawieszenie sprawy Kamińskiego przyjęli z nieskrywaną satysfakcją.

Sęk w tym, że granica pomiędzy prawem a polityką bywa niezwykle cienka. Choć idea trójpodziału władzy zakłada niezależność władzy sądowniczej i pozostałych, zawsze wszelkie rozstrzygnięcia prawne niosą ze sobą pewien ładunek polityczny i na odwrót – otoczenie polityczne wpływa na werdykty. Przykładem jest właśnie wyrok na Mariusza Kamińskiego. Zwolennicy decyzji sądu, który skazał go na bezwzględne więzienie, podkreślali jego znaczenie właśnie dla polityki, nazywając uzasadnienie werdyktu „mową oskarżycielską pod adresem PiS i IV RP". A krytycy tego wyroku również twierdzili, że ma on charakter represji za walkę z korupcją. Zatem obie strony przyznawały, że ten wyrok ma charakter polityczny. Decyzją polityczną było też ułaskawienie Kamińskiego przez prezydenta Andrzeja Dudę, polityczny był też spór, który ono wywołało, choć orężem w tej politycznej batalii były argumenty prawne.

Nie sposób nie popatrzeć na decyzję Sądu Najwyższego w kontekście weta, jakie zastosował prezydent Andrzej Duda wobec ustawy o SN. Gdyby SN zignorował argumenty Trybunału Konstytucyjnego, głowa państwa dostałaby prztyczka w nos. Tajemnicą poliszynela było, że PiS bardzo spieszył się z odesłaniem na emeryturę obecnych sędziów SN, by nie zdążyli rozpatrzeć planowanej na 9 sierpnia kasacji w sprawie ułaskawienia Kamińskiego. Po wecie Sąd Najwyższy postanowił jednak sprawę zawiesić. Duda dostał więc od SN argument w negocjacjach z PiS, że jego weto nie zwróciło się wcale przeciw Mariuszowi Kamińskiemu ani samemu Dudzie, który go ułaskawił.

I choć pojawią się głosy o politycznym kunktatorstwie sędziów, faktem jest, że wtorkowa decyzja Sądu Najwyższego zmniejsza napięcie między Temidą a obozem władzy i przybliża nas do takiej – potrzebnej przecież – reformy tej instytucji, która nie będzie wywoływać wielotysięcznych protestów na ulicach polskich miast. To zaś może zbliżać nas do zakończenia sporu, na którym traci państwo i jego instytucje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA