fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Tomasz Pietryga: Wirus odwoła te wybory

Fotorzepa,Jakub Czermiński
Dziś nie czas na dyskusje, czy przesunąć wybory, jest tylko pytanie, jak to zrobić. Decyzje powinny zapaść szybko, bez politycznego celebrowania nowych terminów.

Jeszcze niedawno wielu z nas miało nadzieję, że epidemia za tydzień czy dwa wyhamuje. Niestety, każdego dnia liczba zakażonych, a co za tym idzie osób objętych kwarantanną i izolacją, rośnie, idąc już w tysiące.

Złudzeń nie ma w tej sprawie minister zdrowia. Mówi o spodziewanej liczbie 10 tys. chorych i że „najgorsze dopiero nadchodzi".

Sceptycyzmu nie ukrywał w TVN 24 prof. Wojciech Maksymowicz, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego. Powiedział wprost, że wybory prezydenckie nie odbędą się w zaplanowanym terminie. Bo „(...) przyroda tutaj rządzi". To jedyne racjonalne podejście.

Niemal wszystkie prognozy rozwoju epidemii, również rządowe, pokazują, że stan zagrożenia będzie się utrzymywał jeszcze długo. I nie ma szans, żeby wybory w ustalonym terminie odbyły się bez ryzyka dla zdrowia obywateli.

Tymczasem politycy, eksperci i dziennikarze trwonią energię na dyskusję o terminie wyborów.

To jednak nie powinien być główny punkt debaty publicznej. Dziś trzeba rozmawiać o tym, jak ratować obywateli i gospodarkę przed rozpędzającym się koronawirusem.

Decyzje o przesunięciu wyborów powinny zapaść szybko, bez politycznego celebrowania nowych terminów. Dziś obywatele nie są zainteresowani kandydatami i ich programami.

Ich troska kieruje się w stronę zdrowia i życia najbliższych. Z badań IBRiS opublikowanych w poniedziałek w „Rzeczpospolitej" wynika, że ponad 77 proc. badanych chce przełożenia wyborów o rok ze względu na epidemię.

Opcje są dwie. Obie karkołomne i obciążone wadami. Pierwsza to epizodyczna zmiana konstytucji, która przesunie wybory o rok, przedłużając kadencję urzędującego prezydenta. Jej mankamenty to: potrzebna do zmiany konstytucji współpraca rządzących i opozycji (o co zwykle trudno) oraz terminy. Na zmianę ustawy zasadniczej w ekspresowym trybie potrzeba minimum sześciu tygodni, co oznacza, że konsensus polityczny ponad podziałami w tej sprawie musiałby zostać osiągnięty w ciągu najbliższych trzech dni.

W przeciwnym razie zmiana konstytucji nie mogłaby wejść w życie przed 10 maja. Nie byłoby też możliwe uchylenie obecnego zarządzenia o przeprowadzeniu wyborów.

Druga opcja to wprowadzenie przez rząd stanu klęski żywiołowej, ale oznacza to ryzyko nadmiernego ograniczania praw i wolności obywatelskich. Gorset terminów w tym przypadku nie jest jednak tak sztywny.

Rząd może wprowadzić ten stan nadzwyczajny rozporządzeniem na 30 dni, a na jego przedłużenie każdorazowo musi zgodzić się Sejm, mający kontrolę nad tym procesem.

Po jego zakończeniu wybory mogłyby się odbyć po 90 dniach. To rozwiązanie daje elastyczne podejście do określenia nowego terminu wyborów, z uwzględnieniem stanu zagrożenia epidemiologicznego.

Trzeba pamiętać, że dziś obywatele chcą przede wszystkim, aby państwo cały swój wysiłek włożyło w ratowanie zdrowia i życia Polaków, a także gospodarki przed zabójczymi skutkami wirusa.

I z tego, a nie z dotrzymania terminów wyborów, obywatele będą rozliczać polityków.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA