Są takie chwile w polityce, że nawet Jarosław Kaczyński lubi się pobawić w szeryfa. We czwartek wieczorem rzeczniczka PiS ogłosiła, że po spotkaniu z prezesem NIK Marianem Banasiem, prezes PiS wyraził oczekiwanie, że ten poda się do dymisji. Publiczne ogłoszenie oczekiwania dymisji to poważny polityczny sygnał. Bo to nie pierwszy raz, gdy PiS oczekuje od Banasia odejścia ze stanowiska. Nie udało mu się zapewne wybronić z wątpliwości co do jego majątku, które znalazły się w raporcie, który przygotowała CBA. Tyle tylko, że dotąd PiS nie był wstanie nic zrobić, ponieważ prawo gwarantuje prezesowi NIK niezależność, a zatem nieodwoływalność. A podanie do publicznej wiadomości informacji, że Kaczyński domaga się dymisji Banasia, to element nacisku na szefa NIK. By zakończył sam historię, która zaczęła się w sierpniu, gdy Sejm powołał go na to stanowisko.

Ale to nie koniec tego, co opozycja nazwała „republiką banasiową”, choć to nieładnie, bo do nazwisk należy podchodzić z szacunkiem. Ale to sformułowanie oddaje całą patologię sytuacji, w jakiej się znalazło nasze państwo. Po pierwsze to sytuacja ekstraordynaryjna w której prezes partii organizuje spotkanie, w którym bierze udział zwierzchnik służb specjalnych Mariusz Kamiński, oraz prezes NIK. Można zadać pytanie na jakiej podstawie Kaczyńskiego zapoznano z tezami raportu służb, który przecież jest klauzulowany? W jakim trybie Kaczyński ogłasza, że oczekuje dymisji Banasia? Przecież to oznacza, że wszystko stoi w Polsce na głowie. A państwo, które PiS obiecał naprawić po ośmiu latach rządów Platformy dalej jest czysto teoretycznie. Bo jak to możliwe, że Marian Banaś pełnił kluczowe funkcje w państwie, był zwierzchnikiem służb skarbowych, potem ministrem finansów a na koniec został jedną z najważniejszych osób w państwie – prezesem konstytucyjnego organu jakim jest Najwyższa Kontroli – i odpowiednie służby jakoś wcześniej nie kwapiły się do prześwietlenia jego majątku? Jak to możliwe, że kłopoty prezesa NIK pojawiły się dopiero po tym, jak dziennikarze – najpierw TVN, a później „Rzeczpospolitej” czy Radia Zet – zaczęli ujawniać niewygodne dla Banasia fakty, powiązania i dokumenty? Powinniśmy poznać odpowiedź na pytanie, czy ktoś nad Banasiem rozpostarł parasol ochronny, który pozwolił mu funkcjonować właściwie poza kontrolą, a służby weszły do akcji dopiero wtedy, gdy mleko się już rozlało. Przecież minister a potem prezes Banaś musiał uzyskać dostęp do informacji niejawnych od służb, co jest standardową, ale też powinno być dość żmudną procedurą prześwietlania majątku, życiorysu, znajomych i rodziny. Czy wówczas nie znalazły nic niepokojącego.

Ale sprawa jest jeszcze poważniejsza. Bo – po drugie – afera Banasia to kompromitacja pomysłu na państwo, z którym do władzy przyszedł w 2015 roku Jarosław Kaczyński. Filozofia ta wyglądała tak: trzeba usunąć wszystkich ludzi dawnej władzy i zastąpić ich swoimi. Jeśli coś nie działa, to znaczy, że są tam źli ludzie. Zamiast naprawiać procedury, przeprowadzono kadrową rewolucję, której kluczem była partyjna lojalność. Dopóki z Banasiem nie było kłopotu, dopóki był częścią obozu PiS, procedury nie działały. Bo one nie mają być – w myśli filozofii rządzenia PiS – obiektywnym mechanizmem funkcjonowania państwa, ale narzędziem w rękach partii. Dokładnie ten sam proces przeprowadza w prokuraturze i sądach Zbigniew Ziobro. Wyimaginowaną bestię postkomunizmu pokonać mają nominaci Ziobry. Ale potem się okazuje, że ci nasi to Łukasz Piebiak, Marek Kuchciński, Marek Chrzanowski itd.

Dlatego nawet dymisja Banasia nie będzie oznaczać końca problemu. Nie wystarczy wydać 80 mld złotych na – skądinąd potrzebne – transfery socjalne, by móc powiedzieć, że państwo przestało być teoretycznie. Po czterech latach okazuje się, że „państwo teoretyczne” to nie była diagnoza, ale program, który chciał zrealizować PiS.