Na początku lutego Trump podpisał nową politykę eksportu broni – America First Arms Transfer Strategy. W skrócie: USA mogą przestawiać kolejkę zamówień zagranicznych według własnego uznania. Kto jest dla prezydenta Donalda Trumpa ważniejszy – dostanie szybciej. Kto mniej ważny – poczeka.

Dawało to nadzieję na przyspieszenie także dostaw dla Polski – kraju będącego fundamentem obrony wschodniej flanki NATO. Dziś, w cieniu trwającej wojny USA z Iranem, która w zastraszającym tempie pochłania zapasy amunicji rakietowej Waszyngtonu i jego bliskowschodnich sojuszników, wiemy już, jak ta polityka wygląda w praktyce. I wiemy też, gdzie w tej kolejce stoi Polska.  Niezbyt wysoko.

Polska jest uznawana za ważnego sojusznika USA – w sferze werbalnej. W sferze wojskowej jest nim Izrael. To różnica, której nie da się przykryć żadnymi deklaracjami.

Program SAFE

Program SAFE

Foto: Infografika PAP

Dywersyfikacja źródeł zakupu uzbrojenia przez PiS była dalekowzroczna

Paradoksalnie, najlepszą odpowiedź na tę lekcję dał jeszcze rząd PiS. Decyzja o równoległym zamawianiu uzbrojenia, w tym systemów artylerii rakietowej w USA i Korei Południowej – podjęta przecież z zupełnie innych powodów niż nieufność wobec Waszyngtonu jako dostawcy broni – okazuje się dziś dalekowzroczna.

Liczby mówią same za siebie. Plan zakładał zakup około 500 wyrzutni HIMARS. Zamówiono 20. Natomiast koreańskich Homarów-K (K239 Chunmoo) mamy dziś w Wojsku Polskim około 150 z zamówionych 290. I jest ku temu bardzo dobry powód.

Czytaj więcej

Jak pokonać Rosję? Jak zmieni się armia? Znamy plany

Różnica między tymi systemami – z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski – jest fundamentalna. W Polsce odbywa się nie tylko końcowy montaż Homarów-K. Ważniejsze jest to, że udało nam się pozyskać prawo do lokalnej produkcji podstawowej amunicji do tych systemów. W przypadku zestawów HIMARS mimo długotrwałych starań obecnego rządu, zgody na produkcję amunicji w Polsce ze strony Amerykanów nie ma. I pewnie nie będzie.

Zestaw HIMARS

Zestaw HIMARS

Foto: PAP

To nie jest wyjątek od reguły. To jest reguła. Amerykanie chętnie sprzedają samoloty, czołgi, wyrzutnie. Chętnie sprzedają amunicję. Czasem godzą się na budowę centrów obsługi swojego uzbrojenia za granicą. Ale kontrolę nad samym uzbrojeniem zachowują zawsze – łącznie z tym, do jakich celów może być użyte. Tak działał Waszyngton za Joe Bidena, tak działa za Donalda Trumpa. I tak zapewne będzie działał w przyszłości.

Czytaj więcej

Wojsko kupuje pociski rakietowe za 14 mld zł. Powstanie nowa fabryka

Polska musi mieć kontrolę nad produkcją amunicji

Z tej perspektywy europejski SAFE to nie jest tylko kwestia pieniędzy na obronność. To kwestia tego, kto trzyma klucz do naszego uzbrojenia i naszych magazynów. Dlatego tak ważna jest dywersyfikacja źródeł importu uzbrojenia i – przede wszystkim – budowanie własnych zdolności produkcji amunicji w Polsce. Nie tylko artyleryjskiej 155 mm. Także rakietowej, i to w możliwie najszerszym spektrum.

Bo nie wiadomo, kiedy znów ktoś przestawi kolejkę. Albo w chwili zagrożenia uzna, że nasze bezpieczeństwo nie jest dla niego aż tak dużym priorytetem. Tak jak wmawiają nam politycy, dla których poza uzbrojeniem „made in USA” żadnego innego już nie ma.