Wcześniej informowano, że na pokładzie samolotu było 13 osób i nie zdecydowano się na podanie oficjalnej informacji o liczbie zabitych. - Ofiary niezwykle ciężko zidentyfikować, nie chcemy popełnić błędu - wyjaśniał James Rovella z Departamentu Służb Ratunkowych i Bezpieczeństwa.

Wieczorem Rovella podał jednak, że zginęło siedem osób, a sześciu kolejnych pasażerów samolotu przeżyło. Komisarz powiedziała, że nie może podać nazwisk ofiar, ponieważ nie każda rodzina została jeszcze powiadomiona. Wiadomo, że na pokładzie było dwóch strażaków z Simsbury.

Władze podały, że trzynaście osób - 10 pasażerów i trzech członków załogi - znajdowało się łącznie na pokładzie „latającej fortecy” - Boeinga B-17, który rozbił się na końcu pasa startowego. Dodatkowo ranna została jedna osoba znajdująca się na ziemi.

Samolot był zarejestrowany jako cywilny i nie był pilotowany przez wojskowego w momencie katastrofy - zaznaczyła Federalna Administracja Lotnicza.

Do wypadku doszło na terenie portu lotniczego Bradley w miejscowości Windsor Locks w amerykańskim stanie Connecticut. Bombowiec B-17 wystartował o godz. 9.45 czasu lokalnego. Po pięciu minutach piloci zgłosili problemy techniczne. Według świadków, bombowiec nie nabierał wysokości. Piloci chcieli wrócić na pas startowy, jednak przy próbie lądowania stracili panowanie nad maszyną. B-17 rozbił się i stanął w płomieniach, uderzając w budynek, w którym przechowywany jest lotniskowy sprzęt do odladzania samolotów.

Stanowy Departament Zdrowia zalecił mieszkańcom unikanie kontaktu z pianą gaśniczą, która po katastrofie znalazła się w rzece Farmington lub jej brzegach. Odradzał także łowienie tam ryb.