fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Katalonia

Katalonia w rękach radykalnej lewicy

AFP
Barcelońska burżuazja traci kontrolę nad katalońskim ruchem niepodległościowym. To efekt ucieczki Carlesa Puigdemonta przed hiszpańskim wymiarem sprawiedliwości do Brukseli.

W niedzielę o 9.17 były szef rządu regionalnego (Generalitat) i czterech jego „ministrów" stawiło się w komisariacie policji przy ulicy Royale w centrum belgijskiej stolicy.

Po całym dniu przesłuchań sędzia miał podjąć decyzję, czy odrzucić wydany w piątek przez Hiszpanię europejski nakaz aresztowania, czy też uznać, że spełnia wszelkie warunki formalne i wymaga rozpatrzenia. A jeśli tak, to czy aresztować do czasu rozstrzygnięcia sprawy pięciu Katalończyków czy też, pod pewnymi warunkami, pozostawić ich na wolności.

Obrońca Puigdemonta, znany adwokat Paul Bekaert, będzie grał na czas. Podstawą jego strategii jest to, że w belgijskim prawie nie ma zbrodni „rebelii i nawoływania do buntu", o co oskarżony jest przez Madryt jego klient. Bekaert wskazuje także na „upolitycznienie" hiszpańskiego wymiaru sprawiedliwości. Nawet belgijski minister sprawiedliwości Koen Geens przyznał, iż istnieje możliwość odrzucenia przez jego kraj nakazu aresztowania Puigdemonta.

To oznaczałoby jednak fundamentalny kryzys dyplomatyczny nie tylko między Belgią i Hiszpanią, ale w ogóle w Unii Europejskiej. Dalszy rozwój Wspólnoty, w której kraje członkowskie nie zachowują między sobą minimalnej lojalności, wydaje się trudny do wyobrażenia. Tym bardziej że kryzys kataloński daleki jest od rozwiązania.

Co prawda na półtora miesiąca przed wyborami do parlamentu regionalnego blok ugrupowań dążących do zerwania więzi z Hiszpanią traci poparcie, ale nieznacznie. Jak wynika z najnowszego sondażu dziennika „La Vanguardia", mógłby liczyć na 46 proc. poparcia (o 1,8 pkt proc. mniej niż dotychczas), co dawałoby mu 66 deputowanych w liczącym 135 posłów zgromadzeniu. Do tej pory miał ich 72, o trzech więcej, niż wynosi większość. Teraz tę większość secesjoniści by stracili.

To jednak nie tyle wynik załamania atrakcyjności idei budowy niezależnego państwa, ile mobilizacji tzw. cichej większości Katalończyków, którzy chcą pozostać poddanymi Felipe VI. Ankiety przewidują rekordową frekwencję: 81 proc. uprawnionych. A jednocześnie 1/4 zwolenników niepodległości nie chce głosować w wyborach, które zarządził premier Mariano Rajoy po odebraniu prowincji autonomii. Dla nich to „zamach stanu".

Minione dwa miesiące uświadomiły nawet tym, którzy nie interesują się polityką, stawkę tej gry. Niepewność spowodowana przyszłym statusem prowincji spowodowała, że ponad 2 tys. firm wyprowadziło się z Katalonii. Ruch turystyczny z zagranicy spadł o 1/3, zdecydowanie więcej niż po zamachach w sierpniu tego roku. Tylko w październiku pracę straciło 15 tys. osób.

To jednak tylko początek kłopotów. Nie tylko mnożą się akcje protestacyjne, a na wtorek zapowiedziano strajk generalny, ale na czele ruchu niepodległościowego stają partie radykalne, nieprzychylne biznesowi. W 2012 r., ostatnim roku, gdy startowała samodzielnie, umiarkowana PDeCAT otrzymała 31 proc. poparcia. Jednak według „La Vanguardii" może teraz liczyć na ledwie 10,4 proc. głosów. Trudno tego nie wiązać z wielotygodniowymi wahaniami jej lidera Carlesa Puigdemonta w sprawie ogłoszenia niepodległości i ucieczką tydzień temu do Brukseli.

Przywódca radykalnej Esquerra Republicana (ER) Oriol Junqueras stawił się natomiast (z ośmioma innymi członkami rządu) przed sędzią w Madrycie, choć grozi mu do 30 lat więzienia. Od tego czasu jest w areszcie. Z sondażu wynika jednak, że jego ugrupowanie może teraz liczyć na 29,3 proc. poparcia. Tyle że ER to partia radykalna. W kolejnych referendach w 1978 r. opowiadała się przeciw demokratycznej konstytucji Hiszpanii, w 1986 r. przeciw członkostwu kraju w NATO, w 2005 r. przeciw europejskiej konstytucji, a w 2006 r. przeciw poszerzeniu statusu autonomii. Za to bliskie są jej tradycje marksizmu. Bardziej radykalna jest jedynie inna partia niepodległościowa, Candidatura de Unidad Popular (CUP), która może liczyć na 6,3 proc. głosów.

Puigdemont, podobnie jak Junqueras, chce, aby w wyborach 21 grudnia powstał „wspólny front" zwolenników niepodległości. To oznaczałoby całkowite zdominowanie przez radykałów jego ugrupowania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA