fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Fundusze PE coraz chętniej inwestują w naszym regionie

Tomasz Czechowicz, prezes MCI Capital
parkiet.com
Fundusze private equity doceniają wysoki wzrost gospodarczy naszego regionu, a jednocześnie widzą też ryzyko związane z innymi częściami świata – mówił Tomasz Czechowicz, prezes MCI Capital, który gościł w studiu #PROSTOzKRYNICY.

W ciągu nieco ponad miesiąca WIG20 stracił przeszło 10 proc., co jest przejawem globalnej niechęci inwestorów do podejmowania ryzyka, w tym do inwestowania na rynkach wschodzących. Jak długo pana zdaniem ta sytuacja może się utrzymać? 

Dobre pytanie…. Natomiast my – jako inwestor typu private equity – obserwujemy raczej odwrotny trend, czyli widzimy, że światowe fundusze PE coraz chętniej inwestują na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Doceniają wysoki wzrost gospodarczy tego regionu, a jednocześnie widzą też ryzyka związane z innymi częściami świata. Myślę, że istotnym czynnikiem jest obecna sytuacja w Europie Zachodniej, a w szczególności brexit i ryzyko spowolnienia gospodarczego. Będę pokazywał w Krynicy prezentację o aktywności funduszy PE – w segmencie związanym z „aktywami cyfrowymi” mamy niemal dwukrotny wzrost w ujęciu rok do roku.

Czy ten wzrost aktywności funduszy PE jest przejawem tego, że nie ma ciekawszych opcji? Na rynku obligacji praktycznie nie ma czego szukać, rynek akcji od kilku lat też nie jest najlepszy – w efekcie inwestorzy szukają alternatywy i trafiają do funduszy PE?

Myślę, że przede wszystkim są zmęczeni niestabilnością rynków giełdowych. Od wielu lat widać trend przełączania się z aktywów publicznych na prywatne i stąd ten dynamiczny rozwój segmentu private equity. Jest bardzo dużo funduszy, które mają po 20-30 mld dolarów/euro zgromadzonych w funduszach buyoutowych. Mamy też rekordowy fundusz technologiczny Softbanku. Niedawno – na początku trzeciego kwartału – zebrał się drugi fundusz Softbanku na 110 mld dolarów. To niesamowita kwota. Tak więc generalnie widać, ze rynkach prywatnych jest dużo spokojniej. Nie ma tam cykliczności, która mocno obciąża rynki publiczne.

Wracając natomiast do wątku emerging markets to widać np. że w Rosji - po 4-5 latach zapaści - pojawiają się oznaki ożywienia. Myślę, że dla tych którzy mogą i chcą inwestować w Rosji nadszedł dobry moment. Z kolei w Turcji nadal mamy spadek, ale on się stabilizuje na określonym poziomie. Myślę, że za rok, dwa powinniśmy w Turcji zaobserwować podobną sytuację jak w Rosji. Podobnie było w poprzednim cyklu gospodarczym. Gdy kryzys materializował się w USA i Europie Zachodniej, to akurat te rynki były pierwszymi, które potem odbiły. Czy Europa Środkowo-Wschodnia jest rynkiem wschodzącym? Z perspektywy giełdowej może tak, natomiast z perspektywy rynków prywatnych – już nie. To raczej rynek „okrzepły”.

Dobra koniunktura na rynku PE świadczy o tym, że inwestorzy są skłonni wydłużać swój horyzont inwestycyjny, który zazwyczaj w funduszach jest długi, bo aktywa nie są tam płynne. Natomiast to kontrastuje z sytuacją w państwa funduszu, gdzie część inwestorów pokazała, że nie rozumie tego, że natura takich inwestycji jest długoterminowa.

Myślę, że trzeba tu wspomnieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, to co się wydarzyło w Polsce w ostatnich 2 latach to był potężny wstrząs dla wielu inwestorów. Spowodował panikę i niepokój na rynku. Po drugie – z naszych obserwacji i obecności na rynku private-bankingowym wynika, że ta grupa inwestorów niespecjalnie nadaje się do długoterminowych inwestycji.

Tradycyjny inwestor instytucjonalny w funduszu PE ma z reguły 10-letni horyzont inwestycyjny. Podejmuje tę decyzję świadomie i pod tym kątem konstruuje swój portfel, aby mieć zarówno inwestycje płynne, jak i niepłynne. Z kolei w przypadku inwestorów z sektora private-bankingu sytuacja wygląda inaczej. Myślę, że w zasadzie jedyną klasą aktywów PE, którą można tej grupie w pełni świadomie szerzej oferować, jest private debt. Ma stosunkowo szybką rotację. Natomiast klasyczne pozycje mają zdecydowanie dłuższą zapadalność. Najdłuższa wiąże się z inwestycjami w aktywa typu early stage. To może być nawet 15 lat, licząc od inwestycji w klasyczny startup do czasu aż będzie można go sprzedać za dobre pieniądze. Z kolei w przypadku ventrue capital to średnio 7-10 lat, a w boyoutach 5-6 lat. To horyzonty czasowe, które w większości przypadków dla inwestorów indywidualnych są nie do wytrzymania.

Na początku sierpnia przedstawili państwo propozycję zmian w waszym funduszu MCI TechVentures . Głosowanie na ten temat dopiero się odbędzie, ale proszę powiedzieć jakie macie odczucia. Czy inwestorom te propozycje się podobają?

Nie prowadziliśmy bezpośrednio rozmów z inwestorami, tylko z instytucjami pośredniczącymi, oferującymi (spór wybuchł po tym, jak inwestorzy MCI.TechVentures dowiedzieli się, że złożone przez nich żądania wykupu certyfikatów zostały zredukowane o 100 proc., natomiast statut daje preferencje tym seriom certyfikatów, który znajdują się w posiadaniu firmy MCI Fund Management -red.). MCI TFI było „producentem” funduszu. MCI Capital jest jego największym inwestorem. Mamy dwie opcje: albo zostaje obecna umowa, albo zmieniamy ją i wtedy wszystkie strony muszą się zgodzić co do nowego porozumienia. Jesteśmy otwarci na obie opcje.

Chciałem jeszcze zapytać o skup akcji zrealizowany przez MCI Capital. Czy był on przejawem waszej obecny, że wycena spółki na giełdzie jest za niska, czy może to pierwszy krok do delistingu?

Skupy akcji realizujemy od lat. To nic nowego. Myślę, że jesteśmy jednym z liderów jeśli chodzi o realizowane buybacki. Ostatni zakończył się w lipcu. Mieliśmy wysoką redukcję.

Czyli żadnego planu zdjęcia MCI z giełdy nie ma?

Na chwilę obecną nie mamy takich planów. Widzimy wartość związaną z obecnością na giełdzie. Cenimy transparentność - uważamy, że nadzór KNF zawsze zwiększa wiarygodność podmiotów.

Jednak przez GPW przetacza się fala delistingów...


Nie należy generalizować. Jeśli chodzi o GPW to za obecną sytuacją stoi kilka czynników, ale są przecież na świecie giełdy, na których wyceny są dobre, a nowe firmy przeprowadzają tam duże oferty publiczne. Przykładem może być Londyn, który – mimo brexitu – nadal przyciąga nowe spółki. Dobrze radzi sobie też m.in. Sztokholm czy oczywiście Nasdaq, gdzie notowane są firmy technologiczne.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA