fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Piękne kino z nutą goryczy

Kino
Harmonia i cierpienie. Ład, którego już nie ma, i traumy XX wieku. „Szczęście świata" Michała Rosy na ekranach.

„Szczęście świata" to film pełen nostalgii i poezji, a jednocześnie bolesny. Opowieść o świecie, który przeminął, o współistnieniu wielokulturowej społeczności, ale też o tragicznej historii XX wieku, a wreszcie o ludzkiej naturze. O strachu. I o wolności.

– Czuję przesyt mocnymi historiami z coraz bardziej fałszywymi emocjami, konstruowanymi na potrzeby publiczności i festiwali – mówi „Rzeczpospolitej" reżyser Michał Rosa. – Chciałem zrobić film skrajnie prosty, uwodzący kolorem, zapachem. Ale mam nadzieję, że jeśli ktoś będzie chciał, to poczuje w nim również gorycz.

Przedwojenny Śląsk. Jedna kamienica, samotna i osobna. Na parterze urząd pocztowy z kulawym urzędnikiem. Za każdymi drzwiami inny, odmienny świat. Ślązak z żoną i dwojgiem dzieci, człowiek prosty, a przecież genialny matematyk-samouk. Kostyczna Niemka wychowująca syna chorej psychicznie siostry. Pochodzenie chłopca jest skrywaną tajemnicą. Wuj dziecka idzie za nazistowską ideologią. „Przyszedł taki czas, że trzeba decydować, kto zasługuje na życie, a kto jest tylko obciążeniem. Prosta, uczciwa selekcja" – mówi. „Pojedziemy, zobaczysz kraj, gdzie nie ma chorych i słabych" – obiecuje siostrzeńcowi. „Ja jestem słaby" – odpowiada chłopiec.

Za innymi drzwiami mieszka Polak hodujący orchidee. I wreszcie niepokojąca, piękna kobieta – Żydówka Róża, w której kochają się wszyscy mężczyźni. Rudowłosa, pociągająca. Sprawia, że każdy z jej gości – kimkolwiek by był – czuje się lepszy, wyjątkowy. „Jestem szczęściem świata" – powie o sobie Róża.

Potrzebni sobie

Film Michała Rosy jest pełen nostalgii i westchnień do tamtego ładu. I do multikulturowej społeczności.

– Zbudowanie takiego współistnienia wymaga dużo czasu. W śląskiej kamienicy, do której zawęziłem akcję, czuje się oczywiście wewnętrzne napięcia. Ale jej mieszkańcy są sobie wzajemnie potrzebni. Funkcjonują razem nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że chcą. Ich wzajemny szacunek jest esencją tego świata – mówi Michał Rosa.

Jego film to również hołd złożony kobiecości. Bo Róża jest postacią fascynującą.

– Pan w pewnym wieku może odwołać się do wzruszeń z młodości – uśmiecha się reżyser. – Piękno tej kobiety zderzyłem jednak z nadchodzącą wojną. Nad tą kamienicą unosi się już przeczucie czegoś, co będzie. Wszystko zaczyna się rozpadać. To są ostatnie momenty nie tylko współistnienia Żydów, Polaków, Niemców i Ślązaków. Także pewnego ładu.

Jest przecież lato 1939 roku. Za chwilę harmonijna układanka zostanie skazana na zagładę. Druga część filmu toczy się już po wojnie. W kamienicy zabraknie Róży.

Kobieta, która była „szczęściem świata", przegrywa z brutalną ideologią i nienawiścią. Ale też ze strachem, bo w chwili, gdy Róża tego potrzebowała, nikt w kamienicy nie wyciągnął do niej ręki. Żaden z mężczyzn jej nie pomógł, choć tak wiele każdemu z nich dała.

Rosa pokazuje wojnę bez scen wojennych i Holokaust bez obrazów z Auschwitz oraz getta. Ogromne wrażenie robią drzwi mieszkań, które zamykają się przed zaszczutą Różą.

„Szczęście świata" to także opowieść wielowymiarowa. Jest tu i taka refleksja: bohaterowie filmu zostali przez Różę naznaczeni. Poznali dzięki niej smak piękna, poezji, wolności. W zgrzebnym, powojennym porządku wchodzą do pustego mieszkania Róży, gdzie jeszcze czuć woń różowego mydełka i ziół. I przypominają sobie, że można inaczej.

– W scenariuszu część powojenna była bardziej rozbudowana – przyznaje Rosa. – Zrezygnowałem z niej, bo czułem, że zaczynam robić inny film. Najważniejsza była dla mnie trauma i poczucie winy, które bohaterowie nosili w sobie.

Autor takich filmów jak „Co słonko widziało" i „Rysy" nie ukrywa, że jest moralistą. W „Szczęściu świata" przestrzega, że nasze niegodziwości, nasz brak odwagi – zostaną w nas.

– Możemy wyzwolić się jednak, jeśli ten lepszy świat do nas wróci – mówi. – Jeśli przypomnimy sobie, jacy kiedyś byliśmy.

– Wolność nosi się w sobie? – pytam

– Tak. Tylko czasem trzeba ją przywołać – odpowiada Michał Rosa.

Bez słabych punktów

„Szczęście świata" fascynuje i wciąga w niepowtarzalny klimat. Także dzięki zdjęciom Marcina Koszałki – w pierwszej części filmu ciepłym, niemal sensualnym. Dzięki muzyce Janusza Wojtarowicza i Motion Trio. Dzięki zespołowi aktorskiemu, w którym nie ma słabych punktów, a kolejną, zupełnie inną twarz pokazuje Agata Kulesza. Przede wszystkim jednak dzięki filmowej Róży – Karolinie Gruszce. Bez niej ten film byłby inny. Może w ogóle by go nie było.

Gruszka tworzy postać zmysłową, urzekającą, tajemniczą, a jednocześnie inteligentną i tragiczną. Hojnie obdarza widzów pięknem. Ma coś, co trudno nazwać i zdefiniować. Prawdziwą osobowość? Łatwo uwierzyć, że może być „szczęściem świata".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA