fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Ikar": Talent ciąży jak kalectwo

Dawid Ogrodnik jako Mieczyslaw Kosz. „Ikar” od piątku w kinach
Next Film
„Ikar" to piękny i poruszający film, w którym losom Mieczysława Kosza udało się nadać walor uniwersalny.

Pełny tytuł filmu Macieja Pieprzycy brzmi „Ikar. Legenda Mietka Kosza". Z legendami zaś bywa tak, że oprócz wyjątkowych zdarzeń, które ją tworzą, są w nich elementy powtarzalne: artysta będący wyjątkowym geniuszem, niezrozumienie u innych, trudna droga na szczyt, klęski i porażki oraz, często – tragiczny finał. Wszystko to znajdziemy i tym razem, a jednak ten film daje nam opowieść wyjątkową.

Geniusz jak meteor

Dwie są przynajmniej tego przyczyny. Pierwszą jest postać fenomenalnego, niewidomego pianisty Mieczysława Kosza, być może najbardziej wyjątkowej, a z pewnością najmniej rozpoznanej dzisiaj postaci polskiego jazzu. W historii muzyki improwizowanej mieliśmy i mamy artystów, których świat docenił – od Krzysztofa Komedy, przez Adama Makowicza, Michała Urbaniaka, Tomasza Stańkę, aż po całą grupę dzisiejszych młodych jazzmanów.

Mieczysław Kosz był obdarzony tak wielkim talentem, że mógłby odnieść większy od nich sukces. Przez sceny Polski i Europy przemknął jednak niemal jak meteor. Był na nich obecny zaledwie pięć lat, a w czasach jazzowego boomu w naszym kraju z końca lat 60. zdołał nagrać jedną solową płytę, która dziś jest fonograficznym białym krukiem.

Jako pianista nie wpisywał się w żadne ówczesne nurty. Należał do tych największych indywidualności, którzy je wytyczają. Nie wszyscy jednak – i słuchacze, i inni muzycy – potrafią za nimi podążać. I to był także problem Kosza. Jest w „Ikarze" znamienna scena, gdy nagrywa on płytę. Towarzyszą mu muzycy ze stałego tria, właściwie przyjaciele. I nagle okazuje się, że nie potrafią za nim nadążyć. On w poszukiwaniach muzycznych poszedł już dalej, czego oni nie potrafili dostrzec.

Drugą wartością „Ikara" jest sposób, w jaki Maciej Pieprzyca (także autor scenariusza) przedstawił życie swego bohatera. Trafnie zrezygnował z linearnej narracji. W historię artysty, który próbuje tworzyć sztukę, jakiej pragnie, wplatają się migawkowo, ale sugestywnie pokazane zdarzenia z przeszłości. Są jak zadry wbite w serce albo też rzadkie chwile szczęścia.

W ten sposób – bez taniego sentymentalizmu – widz poznaje jego dzieciństwo na zapadłej, lubelskiej wsi, kiedy to niepiśmienna matka uczyła go miłości do muzyki, a ojciec nie mógł sobie poradzić z chorobą syna, gdy chłopiec coraz bardziej tracił wzrok. Są reminiscencje z zakładu dla niewidomych dzieci w Laskach i czas nauki w szkole muzycznej po opieką mądrej i życzliwej mu profesorki.

Rekonstrukcja świata

Te krótkie na ogół scenki nie mają plakatowego charakteru, jest w nich prawda, tak jak w intrygujących próbach odtworzenia kamerą sposobu, w jaki Kosz widział świat, zanim całkowicie oślepł. Maciej Pieprzyca stara się zachować biograficzny charakter opowieści, podaje na przykład daty znaczące w karierze muzyka, ale nie zabiega o wierną rekonstrukcję przeszłości.

Wnikliwi znawcy polskiego jazzu odnajdą oczywiście w „Ikarze" postaci z kluczem, choćby Adama Makowicza, który objawił się w tym samym czasie i postanowił jechać do Ameryki, czy Mariannę Wróblewską, najwybitniejszą polską wokalistkę jazzową, w której Kosz dostrzegał partnerkę, a ona wybrała inny rodzaj kariery.

Te odniesienia nie są ważne dla zrozumienia filmu, bo reżyser, przywołując rozmaite realia, nie odtwarza obrazu PRL z czasów tzw. gomułkowskiej małej stabilizacji, w której znalazło się miejsce dla kapitalistycznego jazzu.

Powstał film uniwersalny, przedstawiający historię, która mogła się wydarzyć w każdym miejscu i czasie, ozdobiony do tego świetną muzyką samego Kosza, a także Leszka Możdżęra. „Ikar" może być zrozumiały dla widza wychowanego w każdej kulturze, bo jest w nim pogłębiony, wielostronny portret genialnego artysty i zarazem człowieka głęboko nieszczęśliwego. Po zejściu z estrady Mieczysław Kosz zostawał bowiem sam ze swoim talentem i kalectwem.

Takiego właśnie artystę nakreślił Dawid Ogrodnik – bez przerysowań, bez nadmiernego emocjonalnego rozedrgania, za to wewnętrznie skupionego, w niektórych momentach stosując ascetyczne wręcz środki aktorskie.

Potrafił też wydobyć z tej postaci ukryty w niej rodzaj szaleństwa, który sprawiał, że Mieczysław Kosz miał momenty, gdy chciał być Ikarem, w przenośni i dosłownie. To zresztą najprawdopodobniej doprowadziło jego życie do tragicznego finału.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA