fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

"Kobieta, która odeszła": Cztery godziny z kobietą, która po 30 latach wyszła z więzienia

Charo Santos-Concio w roli Horacii Somorostro
nowe horyzonty
„Kobieta, która odeszła” Lava Diaza – cztery godziny kontemplacji, ale też opowieść o współczesnych Filipinach.

Film Lava Diaza to dzieło oryginalne i nieszablonowe. Trzeba też przyznać – niełatwe w oglądaniu. Filipińczyk konsekwentnie uprawia tzw. slow cinema – kino skupione i niespieszne. Uważnie przygląda się światu i ludziom. Mówi: „W sztuce cenię wolność, nie liczę czasu”. Jego głośny film „Evolution of a Filipino Family” z 2004 roku trwał dziesięć godzin, „Z tego, co było, po tym, co było”, zdobywca locarneńskiego Złotego Lamparta z 2014 roku – pięć i pół godziny. Wyróżniony w Berlinie (w 2016 roku) Nagrodą Bauera obraz „A Lullaby to the Sorrowful Mystery” o rewolucji filipińskiej w XIX wieku – osiem godzin.

 

Ponadczterogodzinną „Kobietę, która odeszła” w tym samym roku 2016 doceniło obradujące pod przewodnictwem Sama Mendesa jury festiwalu weneckiego, przyznając jej Złotego Lwa. Diaza zainspirowało opowiadanie Lwa Tołstoja „Bóg widzi prawdę, ale czeka”. To historia Horacii – nauczycielki, która – niesłusznie skazana za morderstwo – pod koniec lat 90. wychodzi z więzienia po 30 latach, gdy do zbrodni przyznaje się prawdziwa zabójczyni. Próbuje odnaleźć swoich bliskich, ale też zemścić się na byłym kochanku: przez jego intrygę została aresztowana.

Diaz zrobił film o zemście i przebaczeniu. Wciągający, pełen cierpienia i empatii dla człowieka, który stracił całe życie, nosi w sobie ranę. Ale przecież nikt mu nie zwróci młodości, bliskości z własnymi dziećmi, tego wszystkiego, czego nie było dane jej doświadczyć.

Ale obraz Diaza jest również diagnozą stanu filipińskiego społeczeństwa.

– Nasz system polityczny jest dysfunkcjonalny – twierdzi reżyser. – Próbowałem pokazać ludzi opuszczonych, wyrzuconych na margines.

Diaz często próbuje rozliczyć przeszłość, pokazuje, jak odkłada się ona w ludziach i w społeczeństwie.

– Często wracam do czasu stanu wojennego wprowadzonego przez Marcosa. Dla mnie to ważny okres – dojrzewania, wchodzenia w dorosłe życie. Myślę zresztą, że zostawił w Filipińczykach trwały ślad.

Filmy Diaza czasem niosą szczyptę magii, jak „Lullaby to the Sorrowful Mystery”, czasem są bardzo realistyczne, jak „Kobieta...”. Poza drobnymi wyjątkami mają powolne tempo i czarno-białe zdjęcia, a jednak wciągają. To wręcz zadziwiające, jak długo i uważnie możemy razem z Horacią obserwować życie, które toczy się wokół niej. Diaz zresztą nam tego zadania nie ułatwia. Konsekwentnie stosuje ujęcia nieruchome, unika montażu. Bo każde zbliżenie, każda przebitka ukierunkowuje odbiór, skupia uwagę widza na tym, co chce powiedzieć reżyser. A Filipińczyk chce, byśmy sami wykonali intelektualną pracę, przeanalizowali sytuację, wyciągnęli wnioski.

– Wychowałem dzieci, to już dorośli ludzie, mam nawet wnuka – mówi Diaz. – Pielęgnuję rośliny w moim małym ogródku przy domu w Nowym Jorku. Mam też małą farmę na południu Filipin, choć z powodu napięć nie odwiedziłem jej w tym roku. Biedny sad! Wciąż myślę, co stało się z moimi owocami. To wszystko, podobnie jak robienie filmów, ma w moim życiu wymiar duchowy.

I może właśnie „duchowość” jest – obok rzetelnej obserwacji – największą siłą jego filmów. Choć wciąż otwarte pozostaje pytanie: kto ma dzisiaj czas, żeby zamknąć się w sali kinowej na tyle godzin? Czy to nie jest jednak pewien rodzaj lekceważenia widza i jego możliwości? Więc namawiam do obejrzenia „Kobiety, która odeszła” tylko tych, którzy mają na to czas albo dojrzeli do tego, by w codziennym biegu się zatrzymać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA