fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Barack Obama oskarżony o dopuszczenie się "aktu przeciw Żydom"

Netanjahu (z prawej) liczy, że Trump odwróci „szkodliwą politykę” Obamy wobec Izraela.
AFP
Prezydent dopuścił się w tym roku najpoważniejszego aktu przeciw Żydom – twierdzi Centrum Wiesenthala.

Na opublikowanej w środę liście dziesięciu najgorszych działań antysemickich w tym roku znalazła się też Polska – na ostatniej pozycji. Chodzi o podważanie przez minister edukacji Annę Zalewską odpowiedzialności Polaków za mord w Jedwabnem w 1941 roku i w Kielcach cztery lata później oraz o ściganie przez polskie państwo historyka Jana Tomasza Grossa za twierdzenie, że w czasie okupacji Polacy zabili więcej Żydów (100 tys.) niż Niemców (30 tys.).

O naszym kraju mowa też na pozycji dziewiątej, gdzie umieszczono najważniejsze przypadki antysemickich zachowań kibiców na świecie. Chodzi o wydarzenia z 19 sierpnia, kiedy zwolennicy Widzewa Łódź manifestowali przeciwko drużynie ŁKS z transparentem „dziś są Żydów imieniny, niech się palą sk...syny".

Corbyn gorszy od Abbasa

Ale dla Centrum Wiesenthala, najbardziej znanej organizacji zajmującej się m.in. ściganiem nazistowskich zbrodniarzy, o wiele bardziej niepokojące są przypadki narastającego antysemityzmu na zachodzie Europy. Wielka Brytania trafiła na drugą pozycję z powodu przejęcia przez Jeremy'ego Corbyna przywództwa opozycyjnej Partii Pracy. Autorzy raportu uważają go za zdeklarowanego zwolennika palestyńskiej organizacji terrorystycznej Hamas.

Francja znalazła się na trzecim miejscu nie tylko ze względu na liczne przypadki antysemickich incydentów oraz odmowy przez niektórych muzułmańskich policjantów ochrony synagog, ale przede wszystkim z powodu wprowadzenia wymogu zaznaczenia, że produkty ze Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu zostały wytworzone „na terytoriach okupowanych".

Oskarżenia wysuwane przez przewodniczącego Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa na forum Parlamentu Europejskiego, że niektórzy rabini rzekomo namawiają władze izraelskie do zatrucia wody używanej przez Palestyńczyków, zostało uznane za mniej groźne (pozycja szósta), podobnie jak konsekwentnie propalestyńska (zdaniem autorów raportu) polityka szwedzkiej minister spraw zagranicznych Margot Wallström.

Wszystko to jednak blednie wobec roli USA w przyjęciu przez Radę Bezpieczeństwa w miniony piątek rezolucji 2334. W dokumencie uznano, że Izrael nie ma prawa zajmować terenów poza granicami z 1967 r. Okupacja nie tylko Zachodniego Brzegu, ale także wschodniej części Jerozolimy, łącznie z najświętszymi dla judaizmu miejscami, takimi jak Ściana Płaczu, jest więc nielegalna i stanowi złamanie prawa międzynarodowego.

– To nic innego jak próba wykreślenia naszej historii – powiedział premier Beniamin Netanjahu.

Demokracja albo okupacja

Izrael anektował wschodnią część Jerozolimy w 1980 r.

Ostatnia rezolucja potępiająca okupację terytoriów palestyńskich przez Izrael została przyjęta 36 lat temu. Od tego czasu wszelkie takie inicjatywy były wetowane przez USA. Teraz Amerykanie nie tylko wstrzymali się od głosu, ale też – jak twierdzi Netanjahu – wiele dni przed przyjęciem rezolucji uzgodnili jej treść z przedstawicielami władz Autonomii Palestyńskiej.

– Mamy na to murowane dowody, które przekażemy administracji Donalda Trumpa – powiedział szef izraelskiego rządu. Amerykański Departament Stanu jednak zaprzecza.

Rezolucja co prawda nie jest prawnie zobowiązująca, ale izraelskie władze obawiają się, że może ona nakreślić „przyszłe ramy" procesu pokojowego, w szczególności jeśli Amerykanie zgodziliby się na przyjęcie kolejnych rezolucji ONZ. Na 15 stycznia, czyli pięć dni przed inauguracją Trumpa, została zwołana w Paryżu konferencja, która ma się zająć tą kwestią. Izrael już odmówił w niej udziału. Palestyńczycy zapowiedzieli jednak, że pozwą izraelskich przywódców do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, jeśli rezolucja 2334 nie będzie wprowadzona w życie.

Netanjahu liczy teraz na to, że nowa amerykańska administracja naprawi „szkody" wyrządzone przez Obamę.

„Izraelu, pozostań silnym! 20 stycznia zbliża się wielkimi krokami" – napisał w środę Trump, mając na myśli datę swojej inauguracji. Jego zdaniem państwo żydowskie „nie może być traktowane z pogardą".

Ale obalić rezolucję 2234 będzie bardzo trudno. Trump musiałby uzyskać poparcie pozostałych czterech stałych członków Rady Bezpieczeństwa (Chin, Rosji, Francji i Wielkiej Brytanii) oraz dziesięciu niestałych członków dla nowej rezolucji, która uznawałaby legalność okupacji terytoriów palestyńskich. To wydaje się wykluczone.

Innym „zadośćuczynieniem" byłoby przeniesienie Ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznanie w ten sposób przez Waszyngton „wiecznej stolicy Izraela". Za takim rozwiązaniem opowiedział się mianowany przez Trumpa nowy ambasador amerykański w Izraelu David Friedman. Mówił o tym także w czasie kampanii wyborczej sam prezydent elekt. Czy tak jednak rzeczywiście się stanie – nie wiadomo, bo Ameryka ryzykuje nie tylko palestyńskim powstaniem w Izraelu, ale i wybuchem rozruchów na całym Bliskim Wschodzie.

W samym Izraelu opinie na temat statusu terenów zajętych po 1967 r. też są podzielone. Wielu polityków wskazuje, że jeśli całkowicie zniknie rozróżnienie Izraela i terenów okupowanych, trzeba będzie przyznać prawa wyborcze 2,5 miliona żyjących na Zachodnim Brzegu Palestyńczyków i pogodzić się z zanikiem żydowskiego charakteru państwa albo uznać, że Izrael ostatecznie przestał być demokracją.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA