fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Cannes

Woody Allen: Ten stary, zabawny romantyk

Woody Allen po raz trzeci zainagurował festiwal w Cannes
AFP, Alberto Pizzoli
Na początek festiwalu Woody Allen dowiódł, że nawet komedia romantyczna może być mądra.

Barbara Hollender z Cannes

No i zaczęło się! Na fasadzie Pałacu Festiwalowego zawisnął gigantyczny plakat tegorocznej imprezy, wykorzystujący kadr z „Pogardy" Jeana-Luca Godarda, a na słynnych schodach, o których Claude Lelouch mówił, że łatwo po nich wejść, trudno zejść, pojawił się czerwony dywan. Woody Allen, którego film „Cafe Society" otworzył festiwal, wszedł do pałacu jako legenda, wyszedł jako triumfator, który zaczarował wymagającą canneńską publiczność.

Wydawało się, że w mocno skompromitowanym, ogłupiającym gatunku, jakim jest komedia romantyczna, niewiele już da się zrobić. Tymczasem 80-letni artysta zaserwował widzom opowieść bezpretensjonalną, pełną uroku i mądrą. Z dystansem do świata, no i – jak to u niego – bez happy endu. Bo przecież w życiu one nie zdarzają się często.

– Wychowałem się na hollywoodzkich komediach romantycznych – mówił Woody Allen po pokazie prasowym filmu. – Jestem romantykiem, choć moje partnerki uważały zawsze inaczej.

Dobrze też zrobił Allenowi powrót do Nowego Jorku. Jego europejskie wyprawy raz kończyły się lepiej, raz gorzej, ale to za oceanem twórca „Manhattanu" czy „Annie Hall" rozkwita. „Cafe Society" rozpięte jest między Los Angeles a Nowym Jorkiem: między pretensjonalnym światem pełnym blichtru, wybujałych ambicji i snobizmu a nocnym klubem, gangsterskimi porachunkami i moralnością żydowskich rodzin.

W środku życia

– To nieprawda, że nie znoszę Los Angeles – tłumaczy Woody Allen. – Po prostu nie mógłbym tam mieszkać, bo nie lubię słonecznej pogody i nie chcę być uzależniony od samochodu. W Nowym Jorku wychodzę z domu i od razu znajduję się w środku życia, w tłoku i hałasie, a nade mną wisi piękne, zachmurzone niebo.

W „Cafe Society" Allen opowiada o własnym świecie. – Chciałem zrobić ten film tak, jak pisze się powieść – mówił na konferencji prasowej. – O dużej żydowskiej familii, w jakiej sam wyrosłem. Znam to, dlatego sam jestem narratorem „Cafe Society".

A więc chłopak z nowojorskiej, żydowskiej rodziny zjawia się w Los Angeles, u swojego wuja – agenta trzęsącego połową Hollywoodu. I zakochuje się w jego sekretarce, ślicznej dziewczynie z Nebraski. Ale ona okazuje się kochanką wuja, który decyduje się zostawić dla niej żonę po 25 latach wspólnego życia. Uczucie młodych skazane jest na przegraną. Chłopak wraca do Nowego Jorku, znacznie bardziej wyrafinowanego niż Los Angeles, zaczyna pracować w nocnym klubie brata. Życie idzie naprzód, ludzie się zmieniają, ale dawne zauroczenie zostaje jak zadra.

Bardzo dobra jest w „Cafe Society" Kristen Stewart, której udało się uwolnić od roli wampirzycy ze „Zmierzchu" i od kilku lat przyjeżdża do Cannes z ambitnymi filmami. Jeden z nich, „Personal Shopper" Oliviera Assayasa, walczy w tym roku o Złotą Palmę. Jessie Eisenberg to klasa dla siebie.

Rekordzista

„Cafe Society" jest czternastym filmem Woody'ego Allena wyświetlanym w Cannes. Po raz trzeci nowojorczyk otwierał festiwal. W przeszłości dwukrotnie zrobili to William Wyler, Ridley Scott, Luc Besson, Baz Luhrmann. Allen, który dostąpił tego zaszczytu w 2002 roku („Koniec Hollywood") i w 2011 r. („O północy w Paryżu") stał się więc w tej dziedzinie rekordzistą.

Zabawne, że on, który przez lata niechętnie opuszczał Nowy Jork, nie cierpi samolotów i wpada w panikę w tłumie, mówi, że lubi Cannes, ale jednocześnie narzeka: – Moja żona kocha spotykać się z ludźmi, biega na przyjęcia, lunche, kolacje. Czasem i mnie każe iść, bo mówi, że to dobre dla promocji filmu. Zresztą nie mam tu szansy zrobić nic, co się z promocją nie wiąże. Prowadzą mnie z wywiadów na sesje zdjęciowe i tak całe dnie – mówi. A zapytany, czy po ataku w Brukseli nie bał się przyjechać do Europy, odpowiada: – Pewnie, że tak. Ja się boję nawet jak wychodzę po gazetę czy na zakupy do supermarketu.

80-letni Allen trzyma się fantastycznie. Ma kłopoty ze słuchem, ale jest błyskotliwy, dowcipny, otwarty. Pełen dystansu do świata, a jednocześnie ciekawy go. Przyznaje tylko, że nie ma żadnych kontaktów ze współczesnymi osiągnięciami elektroniki. Nie używa komputera, został ze swoją maszyną do pisania. Ale, paradoksalnie, to nowoczesny świat go dogonił. „Cafe Society" to pierwszy film Allena sfilmowany, zresztą przez wybitnego operatora Vittoria Storaro, w technice cyfrowej.

Allen robi filmy tanio – budżet „Cafe Society" wyniósł 30 mln dolarów i wiadomo, że gwiazdy nawet tej miary co Kristen Stewart czy Jessie Eisenberg grały za najniższe stawki. A film kupiła za 15 mln dolarów firma Amazon, która również finansuje pierwszy serial telewizyjny Allena z Miley Cyrus i Elaine May w rolach głównych.

Dalej kręci

Nowojorski mistrz przygotowuje kolejny film fabularny i nie myśli o odpoczynku.

– Mam 80 lat – śmiał się w Cannes. – I czuję się pełen życia, jestem sprawny umysłowo, dobrze jem, ćwiczę. Mój ojciec umarł, mając sto kilka lat, matka dożyła niemal setki. Wiem, że pewnego dnia obudzę się rano, dostanę wylewu, a jak będę leżał jak zewłok, ludzie będą mówić: „Pamiętacie, to ten Allen, który kiedyś robił filmy." Ale dopóki tak się nie stanie, będę pracował.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA