43 lata była pani żoną Andrzeja Wajdy. Dziś, gdy myśli pani o mężu, co przychodzi pani najczęściej do głowy?
Wie pani, jak ktoś mnie pyta o Andrzeja, to wyciągam z pamięci różne zdarzenia i opowiadam. Ale jak jestem sama, mam takie poczucie ogromnego braku. Jakby ktoś mi zabrał wszystko, co było najważniejsze.
Poznali się państwo w krakowskim Starym Teatrze, gdy projektowała pani kostiumy do „Biesów”, które Andrzej Wajda wystawiał w 1971 r.
To był przypadek. Andrzej chciał wszystko w tym spektaklu zrobić sam. Zanim skończył w łódzkiej szkole reżyserię, studiował przecież w Akademii Sztuk Pięknych. Miał świetne pomysły na dekoracje, na światło. Kostiumy chciał dobrać z magazynów. Ale to była olbrzymia praca. Andrzej przenosił na scenę adaptację zrobioną we Francji przez Alberta Camusa. Musiał sporo w niej przerabiać, bo jednak punkt widzenia Francuza i Polaka jest inny. To mu zabierało bardzo dużo czasu, więc nie mógł już panować nad wszystkim. Piotr Skrzynecki, z którym się przyjaźniliśmy, zaproponował mu mnie. Zgodziłam się natychmiast. To było marzenie. „Biesy” zostały świetnie przyjęte, a nam bardzo dobrze się razem pracowało. Zrozumieliśmy, że się ze sobą zgadzamy, nadajemy na tych samych falach, nie ma między nami żadnych nieporozumień. No i tak to się zaczęło.
Miała pani za sobą lata występów w „Piwnicy pod Baranami”. Dzisiaj można w internecie obejrzeć pani cudownie zabawne wykonanie piosenki „Taka głupia to ja już nie jestem”, ale na planie u męża zmierzyła się pani kilka razy z zadaniami aktorskimi.
W „Piwnicy” byłam od początku, od 1956 r. A w filmie obsadziła mnie właściwie kierowniczka produkcji Andrzeja, Basia Ślesicka. Przygotowując „Człowieka z marmuru” nie mogli znaleźć aktorki do roli Birkutowej. Hanka pojawiała się na ekranie jako młoda dziewczynka, a potem miała czterdzieści kilka lat. Andrzej chciał obsadzić w tej roli dwie aktorki, ale nie mógł znaleźć pary, która by do siebie pasowała. I wtedy Basia zaproponowała, żeby sprawdził, czy ja nie mogłabym zagrać tej roli. Byłam wtedy w odpowiednim wieku, by wcielić się w dojrzałą Birkutową, ale wciąż miałam dość dziewczęcą urodę. Do tego byłam wysportowana, bo w młodości znalazłam się w kadrze narciarskiej. I charakteryzatorkom udało się „przerobić” mnie na nastolatkę. Pamiętam, że przyklejały mi rzęsy przez dwie godziny. Pojedynczo. Bo inaczej kamera uchwyciłaby sztuczność.
I jak się ułożyła współpraca? Jako aktorka zobaczyła pani w Wajdzie kogoś innego?
Nie. Zresztą na planie jego filmów zawsze panowała wspaniała atmosfera. Nikt do nikogo nie miał pretensji. Nie pamiętam, żeby Andrzej kiedykolwiek podniósł głos. Nie złościł się, nie zdarzały się w czasie zdjęć napięcia, kłótnie. Wszystko robiliśmy razem, całą ekipą.
Dzisiaj w uczelniach filmowych kształci się armia scenarzystów. Twórcy polskiej szkoły filmowej opierali się na literaturze. Kawalerowicz sięgał po prozę Stryjkowskiego, Iwaszkiewicza, kilka scenariuszy napisał dla niego Jerzy Lutowski. Stanisława Różewicza wspierali jego brat Tadeusz Różewicz, Witold Zalewski, Kornel Filipowicz. Pani mąż przenosił na ekran klasyczne polskie dzieła – Mickiewicza, Wyspiańskiego, Reymonta, ale też utwory Andrzejewskiego, Iwaszkiewicza, Konwickiego. Autorami scenariuszy jego filmów byli zazwyczaj pisarze. Łączyły was z nimi przyjaźnie?
Oczywiście. Przecież „Człowieka z marmuru” napisał Aleksander Ścibor-Rylski, potem też „Człowieka z żelaza”. I na pewno dobrze się razem czuli. Andrzej przyjaźnił się też z Andrzejewskim, Stawiński napisał dla niego „Kanał”. Spotykaliśmy się, bywaliśmy u siebie. Tak, w tamtym czasie było wielu pisarzy, na których nowe powieści czy opowiadania filmowcy czekali. Andrzej bardzo dużo czytał. Ja zresztą też byłam „czytaczką”, czasem podsuwałam mu lektury. Nie potrafiliśmy żyć bez książek.
Czytaj więcej
W Muzeum Iwaszkiewiczów w Stawisku trwa wystawa „Umarzyłem więc sobie piękny film…Wajda/Iwaszkiewicz. „Panny z Wilka” w obiektywie Renaty Pajchel”....
W tamtym czasie w środowiskach inteligenckich właściwie nie można było nie czytać.
A dzisiaj można?
Dzisiaj mówimy o inteligencji technicznej, a młodzież więcej niż w książkach siedzi w internecie.
To ja jestem staroświecka. Nie mogę się opanować. Ciągle kupuję książki.
Pani mąż miał ulubione lektury? Takie, do których wracał?
Trudno wymieniać tytuły, bo było ich dużo. Mogę natomiast powiedzieć, że były dwie książki, bardzo różne, których atmosfery Andrzej nie potrafił zrozumieć. Pierwszą był „Kubuś Puchatek”. Wielu ludzi kocha ten rodzaj poczucia humoru. Andrzeja namawiałam wielokrotnie do przeczytania „Kubusia”, ale nigdy nie mógł przez niego przebrnąć. Drugą taką lekturą było „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Ale prawdą jest, że nie wszyscy w ten świat chcą wchodzić. Dla mnie on był ważny, zwłaszcza, że zostałam wychowana w kręgu języka francuskiego. Namawiałam nawet Andrzeja, żeby zrobił film według ostatniego tomu. Ale on po prostu nie czuł Prousta. To nie był jego świat.
Był chory na polskość. Wykorzystywał każdą odwilż, żeby powiedzieć coś ważnego o Polsce.
Gdybyśmy żyli w innych czasach, w demokratycznym, spokojnym świecie, pewnie wszystko wyglądałoby inaczej. Ale są przecież imponderabilia. Dla mnie, czternastolatki, w sierpniu 1944 r. było oczywiste, że muszę iść do powstania. W sytuacji zniewolenia, jaka była w PRL-u, Andrzej – kiedy to tylko stawało się możliwe – wykorzystywał każdy lepszy moment, by przypomnieć ludziom, że wciąż istnieje Polska niezależna.
Wspomniała pani o powstaniu. Jak kiedyś spytałam pani męża, które ze swoich filmów ceni najwyżej, bez chwili wahania na pierwszym miejscu wymienił „Kanał”. Powiedział mi wtedy: „Nie obchodziły mnie oceny polityczne i militarne powstania. Opowiedziałem historię ludzi, którzy zerwali się do walki, bo nie umieli i nie chcieli żyć w niewoli”. Rozmawiali państwo o powstaniu, w którym była pani przecież sanitariuszką i łączniczką?
Oczywiście. Ja zawsze chciałam, żeby Andrzej zrobił film o mojej mamie, która przez 63 dni rano żegnała się z nami, gdy wychodziliśmy – ja i mój ojciec – do miasta i potem czekała na nasz powrót. Myślała, czy wrócimy. Raz nie wróciłam na noc. Poszłam z meldunkiem na drugą stronę Marszałkowskiej, ale ostrzał był taki, że mnie dowódca nie puścił z powrotem. Siedziałam całą noc na jakimś krzesełku. Dotarłam do naszego mieszkania przy Lwowskiej rano i zaraz potem poszłam znów na Wilczą, gdzie się codziennie zbieraliśmy. Mama nic nie powiedziała. Rozmawialiśmy o tym z Andrzejem, ale on czekał na materiał literacki, który przeniósłby to wszystko na jakiś wyższy poziom. Niestety, nic takiego się nie urodziło. Jednak rzeczywiście bardzo cenił „Kanał”. To było osobiste, ważne i poruszające świadectwo Stawińskiego, który też był w powstaniu.
Czy był film, na którym bardzo pani mężowi zależało, a nie mógł go zrobić?
Katyń. Temat, którego absolutnie nie można było poruszyć w czasach komunizmu. Dla niego bardzo ważny, także z powodów osobistych. Jego ojciec w 1939 r. zaginął, długo nie wiadomo było, co się z nim dzieje. Nigdy ze Wschodu nie wrócił. To była wielka, rodzinna trauma. W końcu, już w wolnej Polsce, w 2007 r., udało mu się „Katyń” nakręcić. No i było coś jeszcze: on marzył, by drugi raz zrobić „Lotną”. Był z tego filmu niezadowolony. Chciał wszystko zmienić.
Zawsze mówiło się, że Wajda to najbardziej polski z polskich reżyserów. Odbierając Oscara powiedział: „Myślę po polsku, więc mówię po polsku”. Ale też kilka filmów jak „Danton” czy „Piłat i inni” nakręcił za granicą. Zastanawiałam się, czy nigdy państwo nie myśleli o tym, żeby przenieść się do Francji lub do Stanów?
Był moment, gdy Andrzej kręcił w Paryżu w 1982 r. „Dantona” i od mieszkającego już wówczas w Stanach Sołżenicyna dostał scenariusz „Czołgi mają rację”. To był tekst o stłumieniu przez NKWD buntu w radzieckim łagrze. Ale był jeszcze czas komunizmu, w Polsce trwał stan wojenny i nikt nie przypuszczał, że za naszego życia może się coś zmienić. Mieliśmy więc świadomość, że gdyby Andrzej zdecydował się zrobić ten film w Stanach, nie moglibyśmy nigdy wrócić do Polski. To zdecydowało, że Andrzej nie podjął się reżyserii.
Pani była gotowa na taki wyjazd?
Też nie, ale ja się poddawałam temu, co Andrzej chciał. I widziałam, że Andrzej nie chce wchodzić w świat Hollywoodu, w inne życie. Dlatego wtedy wróciliśmy do Polski. Kiedy zmienił się system, były próby powrotu do tego tematu, ale jakoś się to rozeszło.
A może też tacy byli starzy mistrzowie? Przywiązani do korzeni? Fellini bardzo rzadko pracował poza Włochami, a Bergman poza Szwecją. Pani mąż też rzadko pracował poza krajem. „Bramy raju”, „Danton”, „Miłość w Niemczech” i już po transformacji japońska „Nastazja”.
Myślę, że Andrzej nie miał tak wielkich oporów. W normalnych czasach mógłby pojechać na Zachód, wrócić. A tego Sołżenicyna było mu żal. Scenariusz był bardzo dobry, temat łagrowy był nam bardzo bliski…
W kraju wciąż prowadził walki z cenzurą. Czasem aż do ostatniej chwili przed premierą. Często nie ulegał. W dniu premiery „Popiołu i diamentu” kazano mu wyrzucić scenę, w której Maciek umierał na śmietnisku. Kiedy na ekrany wchodził „Człowiek z żelaza” cenzura zażądała wycięcia 21 scen. Nie zrobił tego ani w jednym, ani w drugim przypadku. Nie mówię już o „odporach”, które musiał czytać w partyjnej prasie.
Przy „Popiele i diamencie” był na tyle silny i zdeterminowany, że mógł sobie na to pozwolić. A 21 punktów przy „Człowieku z żelaza”? Pamiętam je dokładnie. To my – razem z Basią Ślesicką – wtedy zadecydowałyśmy. Powiedziałyśmy: „Nie ma mowy”. Ale to był rok cudów „Solidarności”, w którym mogli sobie na to pozwolić. A paszkwile? Kiedy Andrzej zaczął chorować na wrzód dwunastnicy, lekarz powiedział mu: „Albo pan będzie czytał recenzje albo pan będzie robił filmy”. I on przestał sięgać po recenzje. Nie czytał ani złych, ani dobrych.
Czytaj więcej
Andrzej Wajda był artystą i wizjonerem. Ale był też obywatelem, czuł ogromną odpowiedzialność za kraj. Poruszał często tematy świeże i aktualne, ni...
Był moment, gdy pani mąż zajął się polityką. Uznał, że „naród bardziej niż jego filmów potrzebuje go w Senacie”. Co on pani wtedy mówił?
To była konsekwencja całej jego postawy. Za komunizmu Andrzej nigdy nie podpisywał żadnych protestów, bo jak słusznie powiedział nam Kazio Brandys: „Pamiętaj, że ja mam pióro w szufladzie, a ty masz kamerę w Komitecie Centralnym”. Jednak rok 1980 wszystko zmienił. Andrzej pojechał do Gdańska na strajk…
Robotnicy powiedzieli mu wtedy „Niech pan zrobi film o nas”.
I ten film powstał ekspresowo. Andrzej od razu spotkał się ze Ściborem-Rylskim. Siedzieli razem nad tekstem, zaczynały się też próbne zdjęcia. Pamiętam, że przejęłam wtedy od męża wszystkie obowiązki związane z odsłonięciem pomnika stoczniowców. A potem Andrzej znów się czynnie włączył do polityki. W 1987 r. zaczął powstawać przy Lechu Wałęsie Komitet Obywatelski Najpierw jeździliśmy do Lecha do Gdańska, potem wszystkie zebrania odbywały się w Warszawie, w kościele na Żytniej. Oficjalne ukonstytuowanie nastąpiło w grudniu 1988 r. Wtedy powstały sekcje, oznaczono, kto ma się czym zajmować. To wszystko było nieformalne. My wkrótce potem pojechaliśmy do Japonii, bo dawno mieliśmy podpisany kontrakt w teatrze. Wróciliśmy po obradach Okrągłego Stołu, który zadecydował, by wznowić Senat. Padła propozycja, by Andrzej kandydował i on się od razu zgodził. Ja też go do tego namawiałam. Uważałam, że to naturalna konsekwencja jego postawy przez lata.
Kandydował z Suwałk. Jego współpracownicy wspominali, że z ogromnym poświęceniem jeździł na spotkania wyborcze. Nawet gdy się bardzo źle poczuł, nie pozwolił wezwać lekarza. Przeleżał w samochodzie kilka godzin i wyszedł do wyborców. Spotkanie wypadło świetnie.
To prawda, Andrzej przywiązywał wielką wagę do tych spotkań. Jeździł na nie z naszym nieodżałowanym przyjacielem Bronisławem Geremkiem. Bronek z tego samego okręgu kandydował do Sejmu.
Ten czas spędzony w Senacie był ważny?
Bardzo. Ale po pierwszej kadencji Andrzej uznał, że ważniejsze jest dla niego robienie filmów i teatr. Uważał też, że za mało mówi się w Senacie o kulturze, że ta tematyka jest spychana na bok.
No i jeszcze trudno nie wspomnieć, że Andrzej Wajda był wśród założycieli „Gazety Wyborczej”.
Tak. Dokumenty zostały podpisane na stole u nas w domu, na Żoliborzu. Szkoda, że nie mam fotografii z tamtego wydarzenia. Podałam wszystkim kawę, ale nie zrobiłam zdjęć. Stół jest teraz w siedzibie „Gazety”, Andrzej przytwierdził do niego małą tabliczkę.
Jako reżyser Andrzej Wajda wrócił do polityki na ekranie, gdy kręcił „Wałęsę”.
Uważał, że musi ten film zrobić. Bo uznał, że ataki na Wałęsę to obrzydliwe, zakłamane, kompletnie wymyślone bzdury.
Bardzo lubił współpracować z młodymi ludźmi. W założonym w 1972 r. Zespole X, obok Edwarda Żebrowskiego czy Marcela Łozińskiego byli m.in. Krzysztof Kieślowski, Agnieszka Holland, Janusz Kijowski, Feliks Falk. Zespół został rozwiązany z powodów politycznych w stanie wojennym. Ale Wajda wciąż chciał coś zaoferować kolejnym młodym pokoleniom filmowców. Szkoła, którą założył równo ćwierć wieku temu, była chyba dla niego ważna?
On się z takim zamiarem nosił od dawna. Pierwszy raz pomyślał o założeniu szkoły w 1987 r., gdy dostał nagrodę Kioto. Ale w tamtych czasach to było praktycznie niemożliwe. Udało się dopiero w 2001 r. Dla niego to było ogromnie ważne. Studenci mieli już na ogół skończone studia filmowe i szkoła miała im pomóc uruchomić wyobraźnię, nakręcić pierwszy film. Robili etiudy, które mogli pokazać potem producentom starając się o fundusze na fabułę.
Często słyszę od młodych twórców, że studiowali w Katowicach, Łodzi, ale dopiero w Szkole Wajdy odblokowali się i zrozumieli, jaką drogą powinni pójść.
Tam zebrała się znakomita kadra. Wojciech Marczewski – wybitny reżyser, Marcel Łoziński – wielki dokumentalista, wciąż nie mogę pogodzić się, że już go nie ma. W szkole pracowali oni ze studentami nad scenariuszami, potem uczestnicy kursów robili próbne zdjęcia, uczyli się pracy z aktorem.
Wspomniała pani o nagrodzie Kioto przyznawanej osobom o znaczącym wkładzie w naukę, technologię, sztukę i filozofię. Ta nagroda, nazywana japońskim Noblem, to jedna z najwyższych finansowo nagród na świecie. W czasach komunizmu taka suma była wręcz niewyobrażalna. Artyści też nie byli dobrze wynagradzani…
Może dziś trudno w to uwierzyć, ale my przez całe lata żyliśmy bardzo skromnie. Kiedy po ślubie zamieszkaliśmy razem, musieliśmy jakoś utrzymać dom. Pamiętam, że pożyczałam od ojca pieniądze, bo nam nie starczało „do pierwszego”. Dostawało się honoraria za film. Albo nie. Zresztą stawki naprawdę były niskie. Kiedyś wzięłam wypłatę za rolę w „Pannach z Wilka”, pojechałam do Telimeny – to był wtedy taki modny sklep z ubraniami – i kupiłam sobie sweterek. Ale ta gaża nie starczyła, musiałam trochę dopłacić. Takie były stawki. Daniel Olbrychski w tym samym czasie pojechał na dwa dni do Schloendorffa i za honorarium kupił sobie Volvo. A gaża z „Panien z Wilka” nie starczyła mu na cło. Z Małgorzatą Kidawą-Błońską w czasie pierwszej Wigilii po przewrocie 1989 r. zrobiłyśmy zbiórkę dla biednych reżyserów. W tamtym czasie filmowcy nie mieli żadnych praw autorskich. To dopiero Jacek Bromski, jak został prezesem Stowarzyszenia Filmowców wywalczył dla nas tantiemy.
No właśnie. A państwo nagrodę Kioto przeznaczyli na założenie w Krakowie Muzeum Manggha.
W tamtym czasie pensje w Polsce były odpowiednikiem kilkunastu dolarów, a ta japońska nagroda była rzeczywiście ogromna. I naprawdę, nam nie przyszło w ogóle do głowy, że moglibyśmy ją zatrzymać dla siebie. Myśleliśmy tylko na co ją przekazać. Powstał pomysł utworzenia Muzeum Manggha, które pięknie funkcjonuje do dzisiaj i stale się rozwija.
Tam znajduje się również archiwum Andrzeja Wajdy.
Tak, Andrzej przekazał wiele dokumentów i filmowe pamiątki. Właściwie wszystko poza Oscarem.
Oscar jest w Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Wtedy jeszcze Mangghi nie było i Andrzej podarował statuetkę Uniwersytetowi, którego rektorem był wówczas profesor Franciszek Ziejka. Na rynku w Krakowie zrobili uroczystość przekazania Oscara, pamiętam tłumy, które się tam zebrały. Biskup Pieronek śmiał się, że rektor niesie tego Oscara z Rynku do muzeum niemal jak hostię.
Pani Krystyno, chciałabym pani zadać bardziej osobiste pytanie. Andrzej Wajda zostawił wspaniałe „Dzienniki”. Ale ciekawi mnie też państwa prywatność. Mówi się, że życie z wielkim artystą jest trudne. Czy życie z Andrzejem Wajdą było trudne? Zwłaszcza, że pani też jest artystką.
Nigdy nie było nam trudno razem żyć. A dlaczego miałoby być? Myśmy się nigdy nie pokłócili.
Naprawdę?
Naprawdę. Pamiętam, że zdziwiło to nawet panią, którą zaangażowaliśmy, by na co dzień pomagała nam w prowadzeniu domu i karmiła nasze psy i koty, gdy wyjeżdżaliśmy. Ona z nami zamieszkała i po roku czy dwóch zagadnęła mnie, czy może o coś spytać. „Dowiedziałam się właśnie od sąsiadów, że państwo nie mają ślubu kościelnego...” – zaczęła. „No nie mamy” – mówię. „No, to jak to jest możliwe, że państwo się nigdy nie kłócą?”.
Przynosiliście filmy i teatralne przedstawienia do domu czy zostawialiście je za progiem?
Jak się pracuje na przykład w księgowości, można zostawiać robotę za drzwiami i wracać do domu, żeby odpocząć. U nas tak nie było. Cały czas rozmawialiśmy na temat tego, co robiliśmy. Albo na temat kotów i psów.
Czytaj więcej
Andrzej Wajda, najbardziej polski z polskich reżyserów, kończy 90 lat.
Dom był miejscem, w którym Wajda nabierał sił?
Myślę, że tak. Znów wracam do tego, że nigdy się nie kłóciliśmy. Gdyby była napięta atmosfera, nierozwiązywalne problemy, jakieś wypominania – to on nie mógłby spokojnie pracować.
Lubił spędzać czas przed telewizorem?
Absolutnie nie. Nie cierpiał oglądać na małym ekranie filmów. Uważał, że film trzeba oglądać w kinie, razem z ludźmi.
To bardzo by cierpiał teraz, gdy filmy przeniosły się do portali i ludzie oglądają je na ekranach komputerów albo nawet smartfonów.
On by tak nie mógł. Ja zresztą też. Jak kupiłam mieszkanie w Krakowie, wstawiłam do niego telewizor, bo czasem muszę coś obejrzeć. Ale nie filmy.
Co lubiliście państwo robić w wolnym czasie?
A czy był wolny czas? Nie było. Szkoła, Manggha, zawsze było dużo spraw do załatwienia, ja zaczęłam uczyć na Akademii Sztuk Pięknych. Nie pamiętam takiego rozdzielania praca – czas wolny: w sobotę i niedzielę odpoczywamy, a w poniedziałek rano stawiamy się o siódmej, ósmej czy dziewiątej w pracy. W naszych zawodach to wszystko wygląda inaczej.
A urlopy?
Nigdy nie byliśmy na żadnych wakacjach za granicą. Za komuny paszporty artystów leżały w Pagarcie. Ale w wolnej Polsce też nie mieliśmy ochoty jechać dokądkolwiek. Żadnych wakacji nad ciepłym morzem. Nad Bałtykiem zresztą też. Najwyżej jeździliśmy do Spytkowic, takiej małej miejscowości pod Krakowem. Do kameralnego pensjonatu, gdzie wciąż jestem zaprzyjaźniona z właścicielami. Tam była rehabilitacja, basen i spacery.
Co więc sprawiało państwu przyjemność?
Spotkania z przyjaciółmi. Przyjaciele przychodzili do nas do domu. My odwiedzaliśmy ich. To było wspaniałe.
Czy pan Andrzej miał niespełnione marzenia?
Chyba nie. Myślę, że był spełnionym człowiekiem.
Chorował na serce. Ale on chyba lekceważył tę chorobę.
Ja zawsze byłam w środku jego walki o zdrowie. Ale Andrzej, choć był pod opieką lekarzy, choć codziennie przyjmował lekarstwa, nie lubił o tym mówić. Pilnowałam tylko, żeby zawsze te lekarstwa były i żeby o nich nie zapominał. Ale staraliśmy się zachować spokój.
Zawsze powtarzał, że musi pracować i robić filmy, bo to mu daje siłę.
Tak, on wtedy nie miał czasu na chorowanie. Przez lata pracy opuścił minimalną liczbę dni.
Mówi pani o szczęściu. Ale przecież wy byliście pokoleniem, które miało tak bardzo trudne losy. Myślę o panu Andrzeju, o pani, o mojej matce, z którą byłyście przed wojną w tej samej klasie w szkole Platerki i jako czternastolatki poszłyście do powstania. Ojciec Andrzeja Wajdy został zamordowany w Charkowie. Potem był stalinizm, niszczone i lekceważone inteligenckie pokolenie, polskie czerwce, grudnie. Dzisiaj, kiedy patrzy pani na świat coraz bardziej niespokojny, ogarnięty nienawiścią i wojnami, ma pani w sobie lęk?
Nie. Ja już dosyć się nabałam. Może doszłam do jakiegoś limitu. Już się nie boję.
A są w pani życiu takie chwile, do których często wraca pani myślami?
Chwile? Nie. Myślę o tych 43 wspólnych latach z Andrzejem. To ponad połowa dorosłego życia. I to życie skończyło się razem z jego odejściem.
Proszę tak nie mówić. Jest pani niezwykle aktywna. W ubiegłym tygodniu była pani na festiwalu Off Camera na spotkaniu z Bogusławem Lindą po projekcji „Powidoków”, niedługo odbierze pani honorowe obywatelstwo Krakowa. Codziennie jest pani w fundacji Kioto Kraków, która co roku daje nagrodę imienia Andrzeja Wajdy, przyznaje stypendia dla młodych ludzi studiujących w szkole Wajdy i absolwentów liceów sztuk plastycznych. A w Muzeum Manggha zorganizowała pani właśnie Wajdowską wystawę…
No tak, to prawda. Nie mogę się położyć do łóżka, bo jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia.