fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Budowa i remont

Ston walls – długi, misterny, uroczy

Fotorzepa/
Te niezwykłe mury to najdłuższa fortyfikacja średniowiecznej Europy, która – podobnie jak Mur Chiński – jest już dzięki Mr. Google'owi widoczna z satelity.

Jednak europejski mur jest piękniejszy, bardziej na ludzką skalę i stoi zdecydowanie bliżej – u nasady półwyspu Peljesac w Chorwacji.

I jeszcze jedna ważna sprawa. Mur w Ston budowali za ciężką kasę i bez ludzkich ofiar zwykli robotnicy. Co prawda był XIV wiek, słońce grzało jak w Chinach, ale ta praca nie miała w sobie nic z niewolnictwa. Wolna republika Raguzy wyłożyła kosze złotych monet, co przekonało miejscowych Słowian do cięcia i noszenia kamieni. Dlatego praca poszła szybko i sprawnie. I efekty są tak imponujące.

Duży i Mały Ston

W moim prywatnym rankingu oba schowane w cieniu zamków i murów miasteczka to najsympatyczniejsze miejsca w Chorwacji. Uszyte na ludzką miarę. Inaczej niż monumentalny i piekielny Dubrownik. Do miasteczka Ston wpływa się kiszkowatą zatoką, momentami bardzo płytką. Woda jest tam spokojna, szafirowa i wysmakowana. Wokół hodowle małż i ostryg, dzięki czemu restauracje z owocami morza w Ston uchodzą za najlepsze w kraju.

Widok z morza na miasteczko wprawia przynajmniej w osłupienie. Na pierwszym planie jakiś zaniedbany magazyn, po lewej wielkie solarnie, a przed oczami wzgórze z obwarowaniem w kształcie litery W. Jeśli ktoś nie wie, że to słynny mur, może być przynajmniej zdziwiony.

Samo miasteczko jest niewielkie, ale urocze. Kilkadziesiąt zwykle białych domów, ruda dachówka, wąziutkie ulice, średniowieczny kościół Świętego Mikołaja, snujące się jak duchy po kamiennych murach koty, eksplodująca z przydomowych ogrodów podzwrotnikowa roślinność, kiście kwiatów oleandra, winogrona, figowce, tu i ówdzie gruby pień palmy, kaleczące dłonie zaborcze krzaki jeżyn. Na przedmieściu nieduża, ale wyglądająca na bardzo solidną, twierdza. A ponad tym słynny mur.

Czy jest piękny? Raczej nie. Nawet przymiotnik „imponujący" jakoś nie przystaje do tych umocnień. Jest długi, misterny, uroczy. Najciekawsze jest jednak, że jego podstawowy korpus – ciągnący się przez najwęższą część Peljesaca od fortu Veliki Kastio do zamku Koruna w miasteczku Mali Ston – zbudowano ledwie w ciągu 18 miesięcy, za kwotę 12 tysięcy dukatów.

Ów mur pnie się przez 1200 metrów i jest na tyle szeroki, że oddziały broniącej go milicji Republiki Raguzy mogły bez problemów przemieszczać się po nim w pełnym rynsztunku i spychać osiem metrów w dół wdzierających się po drabinach barbarzyńców.

Z czasem mur wzbogacono o siedem półokrągłych bastionów, 41 wież obronnych i kilka dodatkowych fortyfikacji, w tym ciągnący się na tym samym dystansie „przedmurek" zwieńczony na szczycie wzgórza fortecą o wdzięcznej słowiańskiej nazwie „Podzvizd". Cała fortyfikacja ma długość około 5 kilometrów i trzeba przyznać, że pełniła swoją rolę niemal doskonale. Chroniła integralność terytorialną Republiki Raguzy przez prawie cztery stulecia.

Ston był miasteczkiem ufortyfikowanym, z trapezoidalnymi obwarowaniami. Defensywną siłę umocnień wzmacniały twierdze. Jedna z nich, fort Veliki Kastio, stoi w najbliższym sąsiedztwie miasteczka. Tuż nad nim zaczyna się mur, który przez wzgórze prowadzi w nieznane, czyli na przeciwną stronę półwyspu, do mieściny Mali Ston. Obok kościoła Świętego Mikołaja czynny klasztor. Przy nim zaniedbany park z czasów Tity. Pewnie celebrowano tu święta komunistycznej Jugosławii. Dziś plac zarósł trawą, a monumentalną aleję platanów ktoś mocno przetrzebił. Tylko pnie drzew świadczą o głośnej przeszłości.

To, co najbardziej przykuwa wzrok w miasteczku, to duża liczba zniszczonych domów. Tylko jedna trzecia kamieniczek jest w pełni zagospodarowana. Reszta nosi widoczne znamiona wojny. Wypalone od środka, bez dachów, z popękanymi frontonami średniowieczne perły. Ston niszczono w sposób planowy i barbarzyński. Po co? Bo nie był dostatecznie własny? Bo był cudzy? Bo istniał i był dowodem na to, że katolicka cywilizacja trwała tu od tysiąca lat? Trzeba było go spalić.

Perła Adriatyku

Palono nie tylko Ston. Prawdziwą belką w oku był Dubrownik, średniowieczna Raguza. Aspiracje niepodległościowe republiki Chorwacji miasto przypłaciło ośmiomiesięcznym oblężeniem. Już w październiku 1991 roku zaatakowano je z dwóch stron. Z morza ostrzeliwała je flota jugosłowiańska, z gór na wschodzie artyleria armii czarnogórskiej. Nie wiadomo, ile wystrzelono pocisków, ale znane są skutki masakry.

Pociski artyleryjskie szczerbiły miejskie mury, przebijały dachy i wywoływały pożary zabytkowych wnętrz. Uszkodzono aż 68 procent zabudowy starego miasta. Fasady budynków i ulice nosiły ślady 314 trafień, mury miejskie – 111. Pożar strawił dziewięć zabytkowych pałaców, poważnie uszkodzono Pałac Sponza i Pałac Rektorów, klasztor franciszkanów, kościół Świętego Błażeja oraz sławną Fontannę Onufrego. W oblężeniu zginęło 3 tysiące osób, a 20 tysięcy straciło dach nad głową.

Czarnym dniem dla Dubrownika był 6 grudnia 1991 roku, kiedy do ostrzału artyleryjskiego i z morza dołączyło bombardowanie z powietrza. Płonęły stropy domów. Z zabytkowych pałaców ludzie wynosili nadpalone i zmasakrowane obrazy i renesansowe meble. W górę szły słupy dymów. Ludzie chowali się w cieniu murów i na najniższych piętrach domów, ale i to było niebezpiecznie. Ginęli od odłamków i w pożarach.

Po co to komu było? Czemu bombardowała nas matka Jugosławia? Nasi bracia i kuzyni? Po co było niszczyć to historyczne miasto? Skąd to barbarzyństwo? Czyżby jugosłowiański nacjonalizm wart był więcej od jednego z najjaśniejszych zabytków Europy?

Dubrownik musiał się odbudować. Pomogło UNESCO. Ustalono, że renowacja odbędzie się z użyciem tradycyjnych technik i materiałów. Największy problem był z dachówką. Przed stuleciami, kiedy Dubrownik budowano, rzemieślnicy urabiali i formowali glinę na własnym udzie. Zastosowanie tej techniki byłoby teraz trudne, więc 200 tysięcy podobnych dachówek sprowadzono z francuskiego miasteczka Agen, a resztę, dwa razy tyle, z sąsiedniej Słowenii. Pochodzący z wyeksploatowanych kamieniołomów Korculi biały wapień, z którego oryginalnie budowano domy, zastąpiono materiałem z wyspy Brać. Po latach odbudowy Dubrownik wygląda jak przed wojną i przyciąga rzesze turystów. Miasto jest znów jak z folderów, choć wnętrza domów i pałaców wciąż kryją duże zniszczenia.

Dubrownik jest nie tylko piękny, ale i modny. Nawet zbyt piękny i zbyt modny. Dlatego wygrywają z nim Mali i Veliki Ston – dwa miasteczka z najlepszymi owocami morza na świecie.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: b.chrabota@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA