fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Witajcie w podziemiu usługowym

Gdy koronawirus pojawił się w Europie, polskie zakłady fryzjerskie i kosmetyczne podjęły środki ostrożności. Wkrótce jednak rząd zamknął wszystkie takie punkty usługowe
Fotorzepa, Robert Gardziński
„Tylko zaufani klienci", „Wpuszczam tylnymi drzwiami" – zdesperowani przedsiębiorcy, którym pandemia uniemożliwiła legalną działalność, starają się przetrwać. Wykonują usługi w konspiracji, a zapłatę przyjmują wyłącznie gotówką.

– To już nie jest tzw. szara strefa, która i tak w jakimś tam stopniu była zawsze obecna. Teraz znaleźliśmy się już w podziemiu, tzn. ktoś nas tam wcisnął – mówi Adam K., fryzjer z dużym doświadczeniem.

Od lat prowadzi w Trójmieście salon fryzjerski. Jak opowiada, niektórzy stali klienci są z nim od dziesięciu lat. Zatrudnia czterech fryzjerów i jedną recepcjonistkę – wszystkich na umowie o pracę.

– Zakład zamknęliśmy już w połowie marca, bo sporo wizyt odwołano. Zakładaliśmy powrót do pracy 26 marca na zasadzie dyżurów. No, ale okazało się, że od 1 kwietnia nie możemy działać. Za marzec jestem rozliczony – powiada Adam K.

1 kwietnia zmienił pracownikom umowy na 0,8 etatu. Wystąpił o anulowanie składek ZUS i mikropożyczkę. O dofinansowanie działalności nie wystąpił, bo w urzędzie pracy powiedziano mu, że nie ma jeszcze procedury. Czeka i zastanawia się co dalej.

– Salon nie działa, wymyśliłem, by sprzedawać bony na poczet przyszłej usługi. Jakiś odzew jest, dziesięć osób się odezwało. Nie wiem jednak, z czego utrzymam salon, z czego zapłacę pracownikom – zastanawia się. – Nie wykluczam, że będę musiał jeździć do domu do klientów. Wcześniej zrobię dokładny wywiad, bo muszę chronić siebie. Wydaje mi się to już nieuniknione. To jedyny ratunek. Co mam innego zrobić po dziesięciu latach budowania swojej marki i salonu? – pyta retorycznie.

Wirusa i rządu się nie boję

W identycznej sytuacji znalazło się wiele branż, którym rząd po 1 kwietnia całkowicie zakazał działalności, nie dając alternatywy. Wśród nich znalazł się właśnie ogromny sektor urody i zdrowia. Na listę „zawodów zakazanych" trafili, m.in. fryzjerzy, kosmetyczki, manikiurzystki, a także fizjoterapeuci i masażyści. To firmy mikro- i małe, które najczęściej nie mają zapasów gotówki, dostępu do linii kredytowych. Większość żyje z dnia na dzień, czyli z bieżącego obrotu.

Ewelina R., fizjoterapeutka z Trójmiasta. Od kilku miesięcy prowadzi własną firmę. W marcu cieszyła się, gdy udało się wyjść na zero. Inwestycja była spora – blisko 200-metrowy lokal, a do tego dziesięciu pracowników. Ciężka praca szybko zaczęła przynosić efekty. Do momentu marcowego krachu.

– Wystąpiłam do ZUS o anulowanie składek na trzy miesiące. Wystąpię też o postojowe dla pracowników, ale ja sama nie łapię się na żadną pomoc, bo w marcu przekroczyłam kryterium przychodu. Co z tego, że nic nie zarobiłam, bo koszty były takie same jak przychody. Rząd ogłosił, że ważny jest przychód i już – mówi rozżalona.

Szybko zaczęła szukać ratunku w internecie. Podobnie jak cała Polska. Uruchomiła sprzedaż swoich produktów: koszulek, a także porad online. W ciągu dwóch tygodni sprzedała... pięć sztuk. Jak dodaje Ewelina R., jedna konsultacja musiała kosztować mniej niż zwykła godzina fizjoterapii, więc obrót zamknął się kwotą kilkuset złotych.

– To nie ma sensu, fizjoterapeuta przecież pracuje rękoma – mówi.

Wobec widma bankructwa, niejasnych procedur pomocowych razem z dwoma chętnymi pracownikami zdecydowała się na dalszą działalność.

– Ja się wirusa i rządu nie boję. Jak ktoś chce przyjść, to go przyjmiemy. Zmieniliśmy system płac. Do tej pory płaciłam im stawki godzinowe, teraz za klienta. Podział mamy pół na pół. Oczywiście przyjmujemy tylko gotówkę – opowiada.

Wszystko odbywa się bardzo dyskretnie. – Dzisiaj dzwoniła do mnie klientka. „Bolą mnie plecy, proszę przyjechać". Pojechałam. Inna dzwoni, że od miesiąca w domu siedzi i zaczyna wariować, prosi o masaż relaksacyjny. Wiem, że to nie jest ratowanie życia, ale to jej życzenie. Ludzie wariują. No, a my ani z internetu, ani social mediów nie wyżyjemy. Nie będę czekać na upadek mojej firmy – mówi gorzko.

Więcej czasu na manikiur i pedikiur

Podobnie myśli Katarzyna W. Jeszcze w marcu wynajmowała jeden pokój w salonie, gdzie wykonywała manikiur i pedikiur. Teraz już nie ma pokoju, a do klientek dojeżdża własnym samochodem. Zdjęła tylko oznaczenia i reklamy, by nikt z sąsiadów nie doniósł.

Stara się też rygorystycznie przestrzegać zasad bezpieczeństwa. Zaopatrzyła się w maski i rękawice. Każda klientka dostaje maseczkę. Używa lakierów jednorazowego użytku, klientka albo musi kupić ten lakier, albo wykorzystuje własny. Pilniczki też zostają u klientki. Narzędzia po pracy wrzuca do wielkiego garnka w domu i wygotowuje. Później opryskuje płynem dezynfekującym i odkłada w osobne paczki zamykane do czasu usługi. Płatności tylko gotówką.

Wcześniej – klientki z racji braku czasu – decydowały się albo na manikiur, albo na pedikiur. Obydwa są czasochłonne.

– Teraz biorą cały pakiet, który trwa do czterech godzin. Przecież i tak całymi dniami siedzą w domu. Mam więc teraz dziennie trzy klientki, ale dzienny obrót się nie zmienił – wyjaśnia W. Kolejna zmiana: nie płaci już żadnych podatków ani ZUS.

Dość ZUS i urzędów skarbowych

Agata L. od 20 lat prowadzi w Trójmieście salon kosmetyczny. W ofercie ma pełną gamę zabiegów, wykonywanych w dziesięciu pokojach. Zatrudnia 20 osób, połowę na umowę o pracę, a połowę na umowę zlecenie. Miesięczne obroty wahają się od 140 tys. do 170 tys. zł. Gdy zaczął się kryzys i salon stanął, zaczęła szukać pomocy od państwa. Na razie bezskutecznie. Zaczęła więc walczyć o przetrwanie.

– Jest garstka klientów i garstka obsługujących w podziemiu. Robimy pojedyncze zabiegi, żeby mieć cokolwiek na przetrwanie. Przyjmuję u siebie w domu tylko zaufane klientki, które wchodzą tylnym wejściem – opowiada Agata L.

Wyciąga już też wnioski na przyszłość. – Planuję przepisać działalność na kogoś z rodziny, żeby nie płacić mojego dużego ZUS, będę starała się zlikwidować umowy o pracę, by przejść wyłącznie na zlecenia albo samozatrudnienie.

Podobnie wypowiada się Krzysztof G., właściciel baru w Poznaniu. Bar, który miał średnio 80 tys. zł przychodu miesięcznie, stanął. Chce wystąpić o wszystkie możliwe środki pomocowe: zawieszenie ZUS na trzy miesiące, mikropożyczkę 5 tys. zł i dofinansowanie pensji 40 proc. Ale doskonale zdaje sobie sprawę, że nawet jeżeli się uda, to te działania nie uratują go w sytuacji, gdy już blisko miesiąc bar jest nieczynny, co oznacza zero przychodu.

– Działania rządu to około 30 proc. tego, co potrzebujemy. Straty będę wielkie. Zmieniam swoje podejście, ta sytuacja najlepiej pokazuje, że czas skończyć z ZUS-em i urzędem skarbowym. Mam teraz cztery osoby zatrudnione łącznie na 2,5 etatu. Jak wrócimy do życia, zmieniam to wszystko na jeden etat, czyli po jednej czwartej dla każdego. Reszta wypłat na czarno. Nie ma wyjścia – kwituje.

Imiona i inicjały naszych rozmówców zostały zmienione

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA