fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Banki

Banki sięgają coraz głębiej do kieszeni klientów

Adobe Stock
Wyższymi opłatami, poza cięciem stawek lokat i wydatków operacyjnych, kredytodawcy chcą zminimalizować wpływ obniżek stóp procentowych i wzrostu kosztów ryzyka na spadek rentowności.

Ostatnie tygodnie przyniosły podwyżki opłat – lub wprowadzanie nowych – przez polskie banki. I na tym się nie skończy: dojdzie do kolejnych podwyżek, bo sektor zanotuje skokowy spadek zysku i próbuje bronić rentowności.

– Podwyżki to kolejny element próby obrony rentowności przez banki, które tną też oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych, aby obniżyć koszty finansowania – mówi Marta Czajkowska-Bałdyga, analityk Haitonga.

Podwyżki nieuniknione

Konkurencja między bankami jest w Polsce spora. Na ile mogą sobie pozwolić? – Wszystkie banki są w podobnej sytuacji: zmieniły się dla wszystkich zasady gry po obniżce stóp procentowych. Widać to choćby po cięciu stawek kont oszczędnościowych, przeprowadziły je wszystkie banki. Jeśli duzi gracze zaczną wprowadzać i podnosić opłaty, a spodziewam się tego prędzej czy później, małe również zaczną to robić – mówi analityczka Haitonga. Dodaje, że być może część graczy będzie chciała zwiększyć swój udział w rynku przez niepodnoszenie opłat. Jednak z czasem pewnie i oni będą musieli to robić, żeby chociaż częściowo zapełnić ubytek przychodów po cięciu stóp procentowych.

Klienci są przyzwyczajeni do darmowego konta czy karty płatniczej, o ile są odpowiednio aktywni i wykonują np. minimalną liczbę czy wartość transakcji. – Teraz dużych podwyżek zmieniających filozofię opłat i prowizji w polskich bankach się nie spodziewam – mówi Łukasz Jańczak, analityk Ipopemy Securities. – Karty nadal pewnie będą darmowe, ale może zwiększyć się wymagany poziom aktywności klientów niezbędny do braku opłat. Jest jeszcze miejsce na podwyżki, tak przynajmniej twierdzi większość banków, podkreślając, że w tych warunkach opłaty muszą rosnąć. Jednak parę lat temu także mówiono, że nadchodzi koniec bankowości za zero, ale tak się nie stało: odpowiednio aktywny klient indywidualny jest w stanie pominąć opłaty za prowadzenie konta czy karty – dodaje.

Mogą się za to pojawić powszechne opłaty za depozyty firm. Wprawdzie koszt finansowania jest dla banków bliski zera, ale nie jest tak, że dużo na nich zarabiają. Nadpłynność sektora jest spora i po przyjęciu depozytów banki inwestują je teraz często w papiery dłużne, które przynoszą realną stratę, biorąc pod uwagę podatek bankowy i niskie stopy procentowe. – Relacja wyniku z opłat i prowizji do aktywów polskiego sektora bankowego pokazuje, że wysokość opłat w polskich bankach relatywnie nie jest na bardzo niskim poziomie w porównaniu choćby z czeskimi – mówi Czajkowska-Bałdyga. – U nas w dużych bankach wynosi średnio około 1 proc., a w czeskich jest wyraźnie mniejszy: rzędu 0,5 proc. To sugeruje, że miejsca na podnoszenie opłat przez polskie banki może nie być dużo – dodaje. Na ostatniej konferencji wynikowej zarząd Banku Millennium wskazywał, że nie zamierza znacząco podnosić opłat i ma nadzieję, że wynik z opłat i prowizji poprawi się głównie dzięki większej liczbie transakcji czy sprzedaży bardziej rentownych produktów, jak np. fundusze inwestycyjne. Ale nawet duże podwyżki nie skompensowałyby ubytku wyniku odsetkowego po cięciu stóp, bo to najważniejsze źródło przychodów banków (odpowiadające za 70 proc. przychodów).

Kryzysowa oferta

Broniąc rentowności, banki próbują też ciąć wydatki operacyjne. Szybciej niż do tej pory zamykają oddziały i redukują zatrudnienie. Może się zdarzyć, że sektor będzie mniej skłonny do inwestowania w nowe rozwiązania, bo zaangażowany kapitał nie przynosi satysfakcjonujących zwrotów. Mogłoby to oznaczać zatrzymanie się polskiej bankowości w rozwoju. To zjawisko już w pewnym stopniu występuje, bo wprowadzenie podatku bankowego i spadek rentowności banków skłania je do konsolidacji, a ta oznacza mniejszą konkurencję i umożliwia utrzymywanie wyższych cen. W takim scenariuszu klienci straciliby, bo jakość oferty i obsługi mogłaby się pogorszyć.

– W czasie kryzysu wydatki banków na rozwój technologii i rozwiązań dla klientów mogą zostać częściowo ograniczone, ale nie będzie to oznaczać hamowania rozwoju systemów w dłuższym terminie. Raczej się spodziewam, że pomimo niższej rentowności budżety na rozwój będą spore. Banki będą starały się inwestować, aby nie zostać w tyle, jednocześnie ograniczając koszty w innych obszarach – ocenia Czajkowska-Bałdyga.

Opinia dla „rzeczpospolitej"

Łukasz Jańczak, analityk, Ipopema Securities

Banki podnoszą ostatnio opłaty i prowizje, ale zachęcają też do częstszego korzystania z obrotu bezgotówkowego i bankowości cyfrowej, wprowadzają np. opłaty od transakcji w oddziałach czy wypłat z bankomatów. Informują też, że nie pobiorą opłaty, jeśli klient wykona czynność w określony sposób. Banki promują bezpieczniejsze i wygodne dla klientów formy płatności, które są także tańsze, bo obrót gotówkowy czy utrzymanie oddziałów i bankomatów kosztują. Efektu tych działań banki nie zobaczą we wzroście wyniku z opłat i prowizji, ale w zmniejszeniu kosztów operacyjnych, co pozytywnie wpłynie na zysk. Są też segmenty, gdzie ceny spadają. Na przykład TFI zmniejszą opłaty za zarządzanie funduszami obligacyjnymi. Gdyby się nie zmieniły, konsumowałyby znaczącą część wyniku tych funduszy, więc byłyby mało atrakcyjne dla klientów.

Rentowność spada

W latach 2018–2019 wskaźnik ROE (rentowność kapitałów własnych) polskiego sektora bankowego wyniósł około 6,7 proc. W tym roku będzie niższy, bo stopy procentowe obniżono do 0,1 proc. z 1,5 proc. i rosną koszty ryzyka ze względu na pandemię. Niski wskaźnik w Polsce to w znacznej mierze efekt obciążeń fiskalnych i regulacyjnych. W 2019 r. sektor odprowadził ponad 5,5 mld zł podatku CIT, 4 mld zł daniny od aktywów i 2,7 mld zł składek na BFG. Do tego ma wysokie wymogi kapitałowe m.in. z powodu rygorystycznego podejścia do wag ryzyka, ale kapitały puchną też ze względu na ograniczenia wypłat dywidend. Niższy zysk i wysokie kapitały oznaczają niskie ROE, a to oraz wzrost ryzyka kredytowego zwiastują ryzyko nadmiernego ograniczenia podaży kredytu (tzw. credit crunch). Na razie jednak, na co wskazują dane NBP, problemem jest słaby popyt firm na kredyt.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA