Minister zdrowia Adam Niedzielski zdecydował, że od 16 maja stan epidemii zostanie zniesiony. Zapewniał, że mamy teraz endemię a nie epidemię. Co to oznacza?

O endemii mówimy wtedy, gdy coś występuje stale na tym samym, określonym poziomie. Przykładowo endemia malarii w Sierra Leone to mniej więcej 500 zgonów dziennie. Z kolei epidemia jest to wzrost w stosunku do poprzedniego okresu. Obecnie współczynnik szerzenia się wirusa mamy poniżej 1, co oznacza, że liczba zakażeń spada.

Czy rzeczywiście mamy w Polsce endemię?

Kilkaset zachorowań dziennie w stosunku do kilku tysięcy to jednak zasadnicza różnica. Przy liczbie dziennych zachorowań, które obecnie obserwujemy, w zasadzie można już próbować uznawać, że coś się skończyło.

Covid-19 nie pozbędziemy się nigdy.

Mniej zakażeń jest także dlatego, że przestaliśmy testować chorych. 

To druga strona medalu. Testy wykonuje się tam, gdzie występuje podejrzenie kliniczne. Jest obserwowana zależność między liczbą testów a zachorowań i zgonów. Mniejszy odsetek chorych umiera jeżeli się robi więcej testów. Wykrywa się więcej, bo najcięższe przypadki zawsze są badane i można na czas zainterweniować – stąd właśnie zgonów jest mniej.

Obostrzeń już nie będzie, ale pozostaną maseczki w przychodniach czy szpitalach. Słusznie?

Tak, bo w tych miejscach spotykają się ludzie chorzy, którzy diagnozę otrzymują dopiero po badaniu. Ta decyzja ministra ta ma swoje uzasadnienie.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Jesteśmy odporni na SARS-Cov-2?

Mamy już ponad 60 proc. osób uodpornionych szczepieniem. Do tego dochodzą uodpornieni po przechorowaniu. To oznacza, że 23 mln osób jest uodpornionych po szczepieniu a kolejne 10-12 mln po przechorowaniu. Czyli możemy mówić, że osiągnęliśmy tzw. odporność stadną. Będą zachorowania, ale będą one miały formę łagodniejszą, bo organizmy są w większości przygotowane na walkę z tym patogenem. Problem w tym, ze rocznie dochodzi ok. 300 tys. dzieci, które są częściowo zabezpieczone przez organizm matki, ale później wejdą do tej puli wrażliwych. Covid-19 nie pozbędziemy się nigdy.  

Można spodziewać się wzrostu zakażeń jesienią?

To nie jest grypa, to całkiem inny zespół chorobowy. Do wzrostu zakażeń wcale nie musi dochodzić jesienią, ale także na wiosnę czy latem. Tej chorobie sprzyja mieszanie ludzi. Zachorowania mają miejsce od 6 do 14 dni po kontakcie. Czyli do wzrostu może dojść, jak ludzie będą wracać z letnich wyjazdów. Trzeba się przyzwyczaić, że hamulec wciśnięty nie oznacza natychmiastowego zatrzymania.

Ale mutacji alertowych na razie nie ma.

Wirusy cały czas mutują. Mutacje w Covid-19 przestałem śledzić gdy wykazano ich 1600. Jeżeli jakiś mutant pojawił się na obszarze odpowiadającym jednemu województwu, to nikt nie zwracał na niego uwagi.

Wirus ma dwa istotne punkty. Jednym z nich jest rozpoznanie komórki gospodarza, drugim – zdolność połączenia błony wirusa z błoną komórki przez która chce wniknąć do środka. Jeśli zmieni te parametry, to albo będzie zakażał inne komórki albo nie będzie w stanie wejść do środka. W tym drugim przypadku mutację mamy szczęśliwie z głowy.