Jest pan jednym z czterech członków Rady Medycznej przy Premierze, który nie złożył rezygnacji. Dlaczego zdecydował się pan zostać?

W 100 proc. utożsamiam się z manifestem kolegów, którzy odeszli z Rady – w czasie pandemii trzeba słuchać autorytetów naukowych i lekarzy. Nie może być tak, że do głosu dochodzą osoby głoszące tezy niezgodne z obecnym stanem wiedzy medycznej. Pozostałem w Radzie, bo nie występowałem w niej jako lekarz czy tym bardziej epidemiolog, którym nie jestem, a organizator z ramienia MSWiA. Moim zadaniem było stworzenie punktu szczepień przeciw Covid-19 i wskazanie, która grupa osób powinna jako pierwsza przyjąć szczepionki. Od początku mówiłem, że podstawową grupą są pracownicy ochrony zdrowia i funkcjonariusze służb mundurowych, ponieważ bez funkcjonariuszy zapanuje anarchia, która będzie sprzyjać rozwojowi epidemii. Jeżeli wyeliminujemy przedstawicieli służb mundurowych, nie będzie komu wręczyć mandatu za brak maseczki. Zwracałem też uwagę, że dopuszczanie do głosu kilku lekarzy, którzy myślą inaczej niż blisko 200 tys. pozostałych, daje społeczeństwu mylne wrażenie, że takie głosy nie są odosobnione. Tymczasem tych kilku lekarzy głoszących tezy antyszczepionkowe czy nawet podważających istnienie Covid-19 stanowi taki sam margines, jak sprawcy zawinionych błędów medycznych. Choć w kwestii szczepień istnieje konsensus świata medycznego, zaczynamy słuchać marginesu.

dr n. med. Artur Zaczyński

Zastępca dyrektora ds. medycznych Centralnego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, dyrektor Szpitala Narodowego.

Niektórzy powiedzieliby, że zostając w Radzie, legitymizuje pan działania rządu, które są sprzeczne z wytycznymi medycznymi.

Jeszcze raz powtarzam, że jestem w Radzie jako organizator i jako organizator w niej zostałem. Zapytany o wytyczne medyczne, będę powoływał się na badania światowe i przytaczał argumenty zgodne z obecnym stanem wiedzy medycznej. I jako lekarz, i jako organizator Szpitala Narodowego i punktów szczepień cały czas powtarzam, że szczepienia są najlepszym obecnie sposobem na ograniczenie pandemii i zmniejszenie długu zdrowotnego, jaki ona spowodowała. Najprostsza definicja końca pandemii głosi, że nastąpi on, gdy chorobę przechoruje ostatnia osoba wrażliwa i umrze ostatnia osoba wrażliwa, czyli wówczas, gdy wszyscy członkowie populacji nabiorą odporności. A uzyskać ją można tylko przez przechorowanie lub przez szczepienie. Niestety, ta pierwsza ewentualność może skończyć się zgonem. Szczepienia natomiast pozwalają zmniejszyć narastający dług zdrowotny, bo chronią przed ciężkim zachorowaniem i ograniczają napór na ochronę zdrowia.

W drugim roku pandemii o tym długu zdrowotnym mówi się coraz więcej. Jak należy rozumieć to pojęcie?

Każdy zgon z powodu covidu powoduje wypalenie personelu i niechęć do przeciwników szczepień

Dług zdrowotny wynika nie z pandemii koronawirusa, a zaniedbań w systemie od momentu, gdy opieka społeczna oddzieliła się od Ministerstwa Zdrowia. Pandemia go tylko uwidoczniła. Obecnie o długu zdrowotnym mówimy w kontekście ograniczenia dostępu do placówek medycznych dla osób z innymi chorobami niż Covid-19. Pacjenci z koronawirusem, często mający choroby współistniejące, które podczas pandemii jeszcze się pogorszyły, blokują miejsca w szpitalach pacjentom „ujemnym”, które nie zaraziły się, bo sumiennie przestrzegają zasad dystansowania społecznego lub się zaszczepiły. Trzeba mieć świadomość, że ten dług narasta z każdym miesiącem, a średni czas pobytu w szpitalu z powodu koronawirusa urósł z kilku dni podczas zeszłorocznych fal do 14 dni w przypadku pacjentów obciążonych innymi chorobami.

Czytaj więcej

Szczyt piątej fali pandemii COVID-19 zacznie się za dwa tygodnie

To znaczy, że zdrowa osoba zaszczepiona nie doczeka się planowej operacji, np. kolana?

Nie tylko zdrowa osoba czekająca na operację kolana, endoprotezoplastykę stawu biodrowego czy też inny zabieg. Pomocy medycznej może nie doczekać także osoba zdrowa, zaszczepiona, a więc spełniająca normy współżycia społecznego, która wpadnie pod samochód. Karetka może nie dojechać do niej na czas albo nie dowieźć jej do szpitalnego oddziału ratunkowego, bo wszystkie siły będą skupione na wezwaniach do pogarszających się pacjentów covidowych. Sytuacja jest naprawdę poważna, a zbliżająca się wielkimi krokami fala zakażeń wariantem Omikron jeszcze ją pogarsza. Wielokrotnie podkreślałem, że nie wyobrażam sobie tej fali bez 50-proc. wyszczepienia w Polsce. Gdyby nie ono, bardzo szybko nastąpiłby całkowity paraliż ochrony zdrowia. Nasze zespoły widziały to na własne oczy podczas misji w Rumunii, gdzie odsetek zaszczepień wynosi 26 proc. Nadmiarowe zgony w Rumunii wyprzedzają nawet polskie. Ale nawet przy obecnym poziomie wyszczepienia może czekać nas kryzys. Przy zwiększonym tempie zakażeń 60 tys. łóżek covidowych, które w czarnym scenariuszu zdecydowało się uruchomić Ministerstwo Zdrowia, zapełni się w zaledwie 2,5 tygodnia.

Czy jesteśmy w stanie w jakikolwiek sposób uchronić się przed takim scenariuszem?

Wiele zależy od lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) i ich pacjentów. Wielu z nich wciąż nie rozumie, że koronawirusa można na wczesnym etapie z powodzeniem leczyć właśnie u lekarza POZ. Jeśli lekarz odpowiednio wcześnie rozpozna covid i w odpowiednim czasie wdroży leczenie, w większości przypadków uda mu się zahamować rozwój ciężkiej postaci Covid-19. Jeśli jednak stwierdzi, że nie poradzi sobie z koronawirusem, a pacjenta odeśle do szpitalnego oddziału ratunkowego czy na nocną i świąteczną pomoc lekarską, skąd ten odbije się z powrotem do domu, przyłoży się do zablokowania systemu ochrony zdrowia i pogorszenia stanu samego pacjenta. Inna sprawa to fakt, że wielu pacjentów nie wie, że covid może leczyć u lekarza POZ, a wielu wciąż nie wie, kim jest ich lekarz POZ. Nigdy nie wypełnili deklaracji przynależności do danej poradni, a poradnia pediatryczna, z chwilą gdy skończyli 18 lat, automatycznie przypisała ich do dowolnej poradni POZ w regionie. I tak osoba od lat mieszkająca w Warszawie jest na aktywnej liście lekarza w Suwałkach, nawet nie wiedząc, jak ten lekarz ma na nazwisko. Kolejnym zagrożeniem są osoby, które unikają testowania albo nie zgłaszają się do lekarza mimo pozytywnego wyniku testu, który kupili w aptece. Z nieoficjalnych danych, przekazanych przez sieci apteczne wynika, że dziennie kupowanych jest 40–50 tys. testów w kierunku Covid-19. Część z nich jest pozytywna. Nie widzimy tego w systemie, ale ta liczba – po ekstrapolacji – zgadzałaby się z liczbą hospitalizacji.

Rząd wspomina o możliwości wprowadzenia dalszych restrykcji, choć sięga po nie mniej chętnie niż jeszcze rok temu.

Restrykcje na pewno pomogłyby ograniczyć transmisję i przetrwać najgorszy okres V fali. Najskuteczniejszy byłby kolejny lockdown, który jednak jest decyzją mocno niepopularną. Podkreślam jednak, że w sytuacji zagrożenia jeszcze większą falą zgonów nie będziemy mieli wyjścia. Powiem tu jak lekarz: lepiej pozamykać kraj kosztem gospodarki niż spowodować falę nadmiarowych zgonów. Tu chodzi o ludzkie życie. Obyśmy jednak tego nie doczekali.

Dziś liczba osób zmarłych na covid przekroczyła 100 tys., a mówimy tylko o zakażonych, pomijając tych, którzy zmarli, bo nie było dla nich miejsca w szpitalu.

Liczba 100 tys. może szokować, ale ja mówię, że to tylko 100 tys., bo niestety może być ich znacznie więcej. Pamiętajmy, że 100 tys. zgonów jest odzwierciedleniem 100 tys. lekarzy wypisujących akt zgonu, a liczbę osób uczestniczących w tym procesie można mnożyć – pielęgniarka, salowy, sanitariusz. W tym dramatycznym akcie umierania uczestniczyło co najmniej pół miliona osób. To jest jedną z przyczyn wypalenia zawodowego i niechęci środowiska lekarskiego do osób negujących pandemię.

Jest pan organizatorem i dyrektorem pierwszego szpitala tymczasowego w Polsce. Jak dziś funkcjonuje Szpital Narodowy?

Obecnie jest w nim 90 pacjentów i po wielu miesiącach funkcjonowania i sprawdzeniu się podczas poprzednich fal organizacja działa bez zarzutu. Uważam, że system pracy, jaki udało się w nim wypracować, jest wzorowy. Jeśli natomiast chodzi o samą pracę w takim szpitalu, to jest ona unikalną szansą na sprawdzenie się w trudnych warunkach epidemii. Lekarz, który poradzi sobie przy pracy w takich warunkach stresu, można powiedzieć – w warunkach wojny – poradzi sobie wszędzie i z każdym pacjentem.

W obecnej fali szpitalom tymczasowym grozi większe obciążenie niż w poprzednich, bo szpitale jednoimienne, leczące tylko pacjentów z covidem, zamieniono na hybrydowe, w których tylko część łóżek przeznaczonych jest dla zakażonych. To przykład szpitala, w którym jest pan wicedyrektorem ds. medycznych, czyli Centralny Szpital Kliniczny MSWiA.

Na Wołoskiej mamy dziś 80 łóżek dla pacjentów dodatnich, podczas gdy w ubiegłym roku było ich 400, ponieważ covidowy był cały szpital. Obok oddziału intensywnej terapii z ECMO mamy oddział dla chorych ujemnych, po udarach i zawałach. Działamy z zachowaniem procedur opracowanych przez zespół zakaźny, nie krzyżujemy szlaków komunikacyjnych dla pacjentów dodatnich i ujemnych, a każdy przejazd windą z pacjentem dodatnim czy jego obecność w pracowni diagnostyki obrazowej kończy się wyłączeniem takiego pomieszczenia w celu dekontaminacji. To krótkie procesy, bo ten wirus nie jest taki trwały, przenosi się bezpośrednio drogą kropelkową. Do takiego modelu funkcjonowania po dwóch latach pandemii powinny dążyć wszystkie szpitale. Niestety, mimo że pandemia trwa już dwa lata, wielu zarządzających szuka wymówek. Wymawiają się albo brakiem personelu, albo nieodpowiednią infrastrukturą. A gdyby każdy szpital zapewnił 20 proc. wolumenu łóżek dla pacjentów dodatnich, walka z pandemią byłaby skuteczniejsza.