– Jeżeli Izrael zdecyduje się na aneksję 1 lipca, ogłosimy powstanie państwa palestyńskiego ze stolicą w Jerozolimie – zapowiedział Mohammed Sztajeh, premier Autonomii Palestyńskiej.

Aneksja, o której mowa i którą zapowiadał premier Beniamin Netanjahu, miałaby polegać na prawnym włączeniu do państwa żydowskiego jednej trzeciej całego obszaru Zachodniego Brzegu.

Jest to tzw. obszar C obejmujący tereny osiedli żydowskich plus strategicznie ważny pas ziemi po zachodniej stronie Jordanu oddzielającą Autonomię Palestyńską od Królestwa Jordanii.

W 141 osiedlach żydowskich mieszka ponad 400 tys. osadników żydowskich, nie licząc wschodniej Jerozolimy zdobytej jak cały Zachodni Brzeg przez Izrael w wyniku wojny sześciodniowej w 1967 roku. Cały ten obszar jest uznawany przez ONZ za teren okupowany, a osiedla żydowskie za nielegalne. Także przez Polskę. Takie jest też stanowisko UE, w której przewodnictwo obejmują 1 lipca Niemcy.

– Wspólnie z UE stoimy na stanowisku, że aneksja byłaby sprzeczna z prawem międzynarodowym, i dlatego opowiadamy się za rozwiązaniem znanym jako two-state solution – oświadczył niedawno w Izraelu szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas.

Formuła tzw. two-state solution, czyli powołania do życia niepodległego państwa palestyńskiego obok żydowskiego, jest formalnie na stole negocjacyjnym od 1994 roku bez jakichkolwiek rezultatów.

W tym czasie wzrosła liczba zwolenników aneksji Judei i Samarii, którymi to biblijnymi pojęciami definiuje się w Izraelu obszary okupowane. Zwłaszcza po ubiegłorocznej deklaracji amerykańskiego Departamentu Stanu, że „ustanowienie cywilnych osiedli izraelskich na Zachodnim Brzegu nie jest samo w sobie niezgodne z prawem międzynarodowym”. Takie deklaracje dają premierowi Netanjahu podstawę do twierdzenia, że żaden prezydent USA nie był tak przyjaźnie nastawiony do Izraela jak Donald Trump. Niewybaczalnym więc błędem dla państwa żydowskiego byłoby niewykorzystanie historycznej szansy jeszcze przed listopadowymi wyborami w USA.

– Nie widzę sprzeczności pomiędzy formułą two-state solution a ewentualną aneksją. Wszystko jest sprawą negocjacji – zapewnia „Rzeczpospolitą” Efraim Inbar, szef konserwatywnego Jerusalem Center for Strategic Studies.

Jak zapowiada Netanjahu, sprawą aneksji parlament zajmie się po 1 lipca. Koalicyjny rząd prawicowego bloku Likud oraz centrowego ugrupowania Niebiesko-Biali Benny’ego Ganca ma w nim zdecydowaną przewagę. Nie znaczy to jednak, że większość zdecyduje się na aneksję. W kraju organizowane są protesty przeciwko takiej decyzji, a z niedawnego sondażu lewicowej izraelskiej organizacji Geneva Initiative wynika, że 41,7 proc. mieszkańców jest przeciwko aneksji, a za – 32,2 proc. Ale sondaż Israel Democracy Institute z ubiegłego miesiąca mówi o 44,7 proc. opowiadających się za aneksją, a 31,8 przeciw.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Co ciekawe, w USA najważniejsza proizraelska organizacja lobbystyczna AIPAC nie kryje negatywnej oceny planu aneksji. Wydaje się, że robi to przed listopadowymi wyborami pewne wrażenie na Waszyngtonie. – W sprawie aneksji zielone światło zmieniło się na żółte – skomentował „New York Times” wynik majowej wizyty Mike’a Pompeo w Izraelu.

Niebezpieczeństwo podjęcia decyzji o aneksji jest dla samego Izraela ogromne, jak chociażby uznanie przez niektóre kraje, nawet w samej UE, niepodległości państwa palestyńskiego obejmującego całość obszarów Zachodniego Brzegu. W jego granicach miałyby się znaleźć teoretycznie osiedla żydowskie. Jest to bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że społeczność międzynarodowa przyznała już w ONZ osiem lat temu Autonomii Palestyńskiej status „państwa obserwatora”.

Z kolei aneksja obszaru okupowanego nie jest dla Izraela rzeczą nową. Do państwa żydowskiego została już włączona wschodnia część Jerozolimy i zjednoczone miasto stało się stolicą państwa żydowskiego. Ten akt pozostaje w sprzeczności z prawem międzynarodowym podobnie jak np. aneksja Krymu przez Rosję. Jednak Izraelowi nigdy nie groziły gospodarcze sankcje międzynarodowe. Nie ma gwarancji, że tym razem pomysł nie pojawi się w Brukseli. Węgry i Czechy są zdecydowane zablokować takie plany.