Przez dwa tygodnie można było odnieść wrażenie, że cały świat muzułmański kipi niechęcią do Izraela. Najpierw interwencja policji izraelskiej w meczecie Al-Aksa na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie. Potem 11 dni izraelskich nalotów na Strefę Gazy, będących odpowiedzią na ataki rakietowe z tego rządzonego przez radykalny Hamas terytorium. Zakończyły się przywitanym przez wszystkich z ulgą zawieszeniem broni w piątek wczesnym ranem.
CO TO JEST ARABSKA ULICA?
Sunnickie kraje arabskie, które w zeszłym roku zawarły z Izraelem historyczne porozumienia o normalizacji stosunków, nie tylko ich nie zerwały. - Sojusz się nawet umocnił - twierdzi w rozmowie z rp.pl Efraim Inbar, szef Jerozolimskiego Instytutu Strategii i Bezpieczeństwa, konserwatywnego izraelskiego think tanku.
- Łagodnie krytykowali. Nie odwołali ambasadorów. Nic się nie stało. Sądzę, że są zadowoleni, bo nie lubią Hamasu. A głos arabskiej ulicy? Co to w ogóle jest arabska ulica, z nią zresztą nie zawieramy umów, te państwa nie są demokracjami - dodaje prof. Inbar.
Niechęć do Hamasu Zjednoczonych Emiratów i Bahrajnu, a także Arabii Saudyjskiej, wynika z dwóch ważnych powodów. Po pierwsze współpracuje on z Iranem, szyickim wrogiem tych sunnickich monarchii. Po drugie Hamas wywodzi się z Bractwa Muzułmańskiego, najważniejszej islamistycznej organizacji, uznawanej przez nie za terrorystyczną.
PIERWSZY LOT AMBASADORA
Pierwszy w historii ambasador Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Mohamed Mahmud Al-Chadż, przybył do Izraela 6 kwietnia, miesiąc przed nagłym wybuchem konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Skorzystał z samolotu, który zainaugurował regularne połączenia emirackich linii między Abu Zabi a Tel Awiwem.
Ambasadora zdążył też kilka tygodni przed nalotami na Gazę mianować Bahrajn - Chalida Jusufa Al-Dżalahmę.
Zjednoczone Emiraty i Bahrajn, sunnickie monarchie znad Zatoki Perskiej, podpisały we wrześniu ubiegłego roku, w Waszyngtonie pod okiem Donalda Trumpa, porozumienia o normalizacji stosunków z Izraelem - dotychczasowym wrogiem znacznej części świata arabskiego (stosunki z nim wcześniej utrzymywały tylko Egipt i Jordania). Historyczną umowę nazwano porozumieniem Abrahama. Abraham może symbolizować wspólnotę duchową Żydów i muzułmanów (chrześcijan zresztą także).
Później Izrael uznały jeszcze Maroko i Sudan. Najważniejszy gracz, Arabia Saudyjska, jeszcze się na to nie zdecydowała, ale popiera tych, co się zdecydowali.
PALESTYŃCZYCY - TAK, HAMAS - NIE
- Porozumienia państw arabskich będą kontynuowane, choć przez chwilę trochę o nich ciszej - mówi rp.pl Adil Abdel Aati, opozycyjny polityk sudański i analityk specjalizujący się w sprawach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.
- Dla części z tych krajów, Zjednoczonych Emiratów i Bahrajnu, to Iran jest głównym zagrożeniem, a w tej sprawie Izrael jest dla nich sojusznikiem. Sudan nie ma interesu w normalizacji, ale wykonuje wolę innych krajów, i uważa, że normalizacja ułatwia mu kontakty z Amerykanami - tłumaczy Adil Abdel Aati.
Sunnickie kraje skupione wokół Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów miały dylemat, opisywany przez komentatorów wychodzącego w Londynie arabskiego dziennika „Aszark al-Awsat”: Trzeba wesprzeć Palestyńczyków i zarazem powiedzieć nie Hamasowi. Nie jest to łatwe, bo Hamas dzięki konfliktowi z Izraelem zawładnął duszami większości Palestyńczyków. Na dodatek, krytyka Hamasu, która zabrzmiałaby jak jego potępienie, byłaby równoznaczna z poparciem Izraela także w sprawie interwencji w meczecie Al-Aksa oraz wyrzucania Palestyńczyków z ich domów. A to już za dużo.
Te rozważania intelektualistów mają raczej symboliczne znaczenie, monarchie nie prowadzą konsultacji społecznych w sprawach międzynarodowych. Ograniczyły się do werbalnej krytyki niektórych działań Izraela.