– Przerwanie pracy niektórych urządzeń może świadczyć o tym, że katastrofa nastąpiła o 8.41 – wynika z informacji, jakie podał premier Donald Tusk na wczorajszej konferencji prasowej.
Mówił podczas niej o działaniach państwa po katastrofie prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem. Szef rządu zapewniał, że nie zna treści rozmów utrwalonych w czarnych skrzynkach samolotu, ale z jego wiedzy wynika, że nie ma w nich niczego sensacyjnego.
[srodtytul]Egzamin dla państwa[/srodtytul]
– Te trudne dni, zarówno dla ludzi, jak i dla państwa, po 10 kwietnia pokazały nadzwyczajną klasę zachowań ludzkich, zarówno wśród obywateli, jak i wśród urzędników państwowych – mówił szef rządu. I podkreślał: – Chcę stwierdzić, że nie tylko w mojej ocenie państwo tutaj też dobrze zdało egzamin.
Donald Tusk chwalił urzędników, psychologów i patomorfologów pracujących w Moskwie, pod adresem których – jak mówił – usłyszał „wyłącznie wysokie oceny”.
Tłumaczył, że śledztwo w sprawie katastrofy prowadzi rosyjska prokuratura, ponieważ wynika to z przepisów prawa międzynarodowego. – Państwo, w którym zdarzenie ma miejsce, odgrywa rolę wiodącą – mówił Tusk.
Jak wyjaśnił, zgodnie z regulującą współpracę państw w takich sytuacjach konwencją chicagowską Polska wysłała do Rosji tzw. osobę akredytowaną. To Edmund Klich, który uczestniczy w postępowaniach strony rosyjskiej.
Premier przekonywał, że Rosjanie niczego przed nami nie ukrywają. – Nie mamy powodów sądzić, by po stronie rosyjskiej były próby zaciemniania śledztwa – zaznaczył. Ale na temat samego śledztwa powiedział niewiele. – Dzisiaj możemy z dość dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że przyczyną katastrofy nie była awaria samolotu lub eksplozja na jego pokładzie – podkreślał.
[srodtytul]Laptopy są w kraju[/srodtytul]
Od wczoraj pracami Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych kieruje szef MSWiA Jerzy Miller.
Jej dotychczasowy szef Edmund Klich zrezygnował, uznając, że nie jest w stanie łączyć funkcji osoby akredytowanej przy komisji rosyjskiej i odpowiadać za przygotowanie raportu polskich biegłych. Ma on zawierać nie tylko informacje o przyczynach katastrofy, ale też zalecenia dotyczące zmian, które trzeba wprowadzić, by do takich tragedii już nie dochodziło.
Tusk zapewnił, że nie ma obaw, iż telefony i laptopy ofiar katastrofy mogły się dostać w niepowołane ręce. Są w kraju.
– Ten sprzęt drogą dyplomatyczną został przez Rosjan przekazany i jest w Polsce także do dyspozycji prokuratury. Łącznie z telefonem komórkowym prezydenta – stwierdził.
Co premier sądzi o zapowiedzi prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa o przekazaniu Polsce nieznanych dokumentów dotyczących Katynia? – Słowa już nie wystarczą – stwierdził. – Jestem więc ciekawy, czy Rosja tę możliwość, jaką przyniosła tragedia, wykorzysta – zaznaczył i dodał, że czeka na fakty.
Czy krytykowany ostatnio przez część polityków i ekspertów minister obrony Bogdan Klich straci stanowisko? Premier odpowiedział, że ewentualne polityczne decyzje w tej sprawie zapadną po wyborach prezydenckich.
Dziś sprawą katastrofy zajmie się Sejmowa Komisja Obrony.
[ramka][b]NATO nie narzuca vip-om liczby samolotów[/b]
To, że jedną maszyną lecieli zwierzchnik Sił Zbrojnych, szef Sztabu Generalnego i szefowie wszystkich rodzajów wojsk, wywołało dyskusję o zagranicznych standardach. Gen. Sławomir Petelicki, twórca GROM, napisał do posłów, że według NATO „delegacja takiego szczebla i w takim składzie powinna udać się do Smoleńska czterema samolotami (minimum dla krajów biedniejszych – trzy samoloty)”.
– W NATO nie ma żadnych spisanych procedur dotyczących przewożenia VIP-ów samolotami – mówi Bogusław Winid, ambasador RP przy NATO. Jedyną niepisaną zasadą jest, że do tego samego samolotu nie wsiadają sekretarz generalny i jego zastępca. Ale powszechną praktyką jest, że razem lecą sekretarz generalny i szef Komitetu Wojskowego NATO, czyli najważniejszy cywil i najważniejszy oficer NATO.
[i]—a.sł.[/i][/ramka]