Pensje Ukraińców są już najniższe w Europie – gorsze niż w najbiedniejszej do niedawna Mołdawii. Przerażająco wygląda to w porównaniu z pozostałymi sąsiadami: Polak zarabia siedem razy więcej niż Ukrainiec, Rosjanin i Rumun prawie cztery razy, a Białorusin – trzykrotnie więcej. I te różnice raczej będą się zwiększać, a nie maleć, pogarszając nastroje społeczne na Ukrainie.

Prezydent Petro Poroszenko postanowił poprawić atmosferę w kraju. I zaczął wiosenne porządki. Doprowadził w środę o świcie do dymisji ze stanowiska gubernatora obwodu dniepropietrowskiego najważniejszego oligarchy nowej Ukrainy Ihora Kołomojskiego i przypieczętował utratę przez niego wpływów w państwowych przedsiębiorstwach związanych z obrotem ropą naftową. Parę godzin później do porządków przyłączył się gabinet Arsenija Jaceniuka: do aresztu pod zarzutami korupcyjnymi trafili urzędnik rządowy w randze ministra i jego zastępca.

Ograniczanie władzy najbardziej znanego oligarchy i walka z korupcją to jest to, na co Ukraińcy czekali. Przez jakiś czas władze nie będą się musiały obawiać nowego Majdanu. Ale wybuchu niezadowolenia społecznego nie da się na zawsze powstrzymać pojedynczymi, nawet spektakularnymi działaniami. Systemowych zmian na Ukrainie nie czuć. A Poroszenko jest głową państwa już ponad dziewięć miesięcy, rząd Jaceniuka zaś powstał po wyborach, które odbyły się pięć miesięcy temu. Prezydent nie sprawia też wrażenia, jakby sam miał zamiar rezygnować ze statusu oligarchy i z robienia prywatnych cukierkowych interesów w Rosji, z którą jednocześnie prowadzi wojnę.

Ograniczanie władzy Kołomojskiego też może być pozorne. Trudno sobie wyobrazić, żeby Poroszenko chciał uczynić z oligarchy zasłużonego dla obrony wschodniej Ukrainy swojego wroga numer jeden.

Mimo wszelkich zastrzeżeń dobrze, że rządzący w Kijowie zademonstrowali wreszcie stanowczość. Może pójdą jednak za ciosem i stanowczo zabiorą się do reformowania kraju. Czas bowiem ucieka, Putin przebiera nogami, a Zachód traci cierpliwość.